Po co przetwarzać szlachetny dźwięk fortepianu
wywiad z Piotrem Czernym
połową duetu Saksofort

 

Ireneusz Socha: Czym jest dla Ciebie dźwięk jako taki? Czy można powiedzieć - trawestując Stachurę - że wszystko jest muzyką?

Piotr Czerny: To bardzo bliskie pojęcia, proponuję jednak na chwilę je rozgraniczyć: oczywiście, jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć, ale to jednak "dwa światy". Dźwięk to z jednej strony budulec muzyki, w jakimś sensie jest jej podporządkowany, uzależniony od niej na tej zasadzie, na jakiej budulec, z którego budujesz dom, podporządkowany jest idei całej konstrukcji. W zależności od tego, CO budujesz - wybierasz odpowiednie materiały. Z drugiej strony dźwięk sam w sobie jest dla mnie fascynujący. Fascynujące są te jego cechy, które powodują, że można się nim zachwycić w najprzeróżniejszych konfiguracjach, momentach czy układach. Myślę, że już na samym wstępie, właśnie przy okazji tego "budulca" musi paść bardzo ważne słowo: PIĘKNO! Jestem w stanie zachwycić się SAMYM dźwiękiem, nawet takim, który w danej chwili nie ma dla mnie jeszcze jakiegoś muzycznego kontekstu... Jest stare jak świat pojęcie "pracy nad dźwiękiem". Znają je wszyscy ci szczęśliwcy, którym dane było kiedykolwiek trochę poważniej zajmować się graniem na instrumentach akustycznych. Tam wszystko zależy od Twojego aparatu gry, od ilości pracy, jaką włożysz w ten temat. Im więcej pracujesz nad swoim dźwiękiem, tym więcej masz możliwości kreowania go. Jest Ci coraz bardziej posłuszny i możesz wydobywać go na wiele sposobów. Czyli - innymi słowy - możesz GRAĆ dźwiękiem. Masz kontrolę nad barwą, do tego dochodzi jeszcze dynamika, artykulacja etc. Podobnie rzecz ma się z instrumentarium elektronicznym. Im więcej czasu poświęcisz na tworzenie np. barw w syntezatorze, mikserze, procesorze czy w jakimkolwiek urządzeniu - tym większe masz możliwości panowania nad jego dźwiękiem. I tu jest oczywiście pułapka - bo często w momencie, w którym zaczynam zachwycać się dźwiękiem samym w sobie, oznacza to, że (w wewnętrznej wyobraźni dźwiękowej) już usłyszałem za jego sprawą muzykę. I jeśliby pójść dalej tą ścieżką, to mogłoby się okazać, że - jak zasugerowałeś na początku - wszystko jest muzyką. Ale, moim zdaniem, tak nie jest. Jestem zdania, że można mówić o tym, czy coś jest muzyką, czy nie, tylko w odniesieniu do wnętrza. W odniesieniu do tego, czy w danej chwili masz ochotę na słuchanie, czy też nie. Innymi słowy - jeśli masz ochotę i chce Ci się wytężyć wyobraźnię, to możesz usłyszeć muzykę wszędzie - niezależnie od czasu i miejsca. Jeśli jednak nie masz na to w ochoty, to nawet najwspanialsza muzyka będzie tylko denerwującym hałasem. To, czy "wszystko jest muzyką" nie zależy od niej samej, tylko od Ciebie!

IS: A co w takim razie z dźwiękami niechcianymi (hałasem)? Co dla jednych męczące, dla innych stanowi główne pole działania. Dziś twórcy tacy, jak Japończyk Merzbow, uczynili z "komponowania hałasów" (sto razy głośniejszych niż za czasów Luigiego Russolo) całą "filozofię muzyczną", która zaczyna wywierać głęboki wpływ na wychowanie muzyczne nowego pokolenia kompozytorów nie tylko muzyki popularnej.

PCz: No cóż, po części uprzedziłem Twoje pytanie. Hałas jest oczywiście pojęciem względnym i raczej niewiele mówiącym. Tak naprawdę hałas istnieje tylko dla jego odbiorcy, który w danym momencie nie ma ochoty na jego słuchanie. Ale w tym przypadku za hałas równie dobrze może być uznany szum pracującego odkurzacza, jak i np. nokturn Chopina grany przez sąsiada za ścianą... Co zaś tyczy się odpowiedzi na pytanie, to jest ona absolutnie jednoznaczna: TAK! Jestem za! Muzyka to sztuka wyobraźni (jak każda sztuka zresztą) i w związku z tym od twórcy zależy, z jakiego budulca zbuduje swój utwór. Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że muzykę "należy" budować z tego, a z tamtego nie wolno! Dla mnie tak samo frapującym dźwiękiem jest to, co dochodzi do mnie z szeroko pojętego otoczenia dźwiękowego - z audiosfery - jak i to, co słyszę siedząc np. na sali koncertowej, czy słuchając płyty. W każdym przypadku liczy się jedno: moja w danej chwili poruszona (bądź nie) WYOBRAŹNIA...

IS: Brytyjski miesięcznik "The Wire", uważany obecnie w kręgach naszej popkultury za opiniotwórczy, wiele pisze nt. wyzwalania dźwięków ze znaczenia. Np. Francisco López (hiszpański kompozytor musique concrete, który nota bene wystąpi podczas tegorocznego Audio Artu) powołuje się na Pierre'a Schaeffera, rzekomo montującego dźwięki otoczenia tak, aby wyrwać je z codziennego kontekstu, i przeciwstawiając mu ojca ekomuzykologii R. Murraya Schafera, który ograniczał się do rejestrowania dźwięków środowiska (zwłaszcza naturalnego), by uczyć je identyfikować, a więc przywracać im pierwotny sens. López wysuwa postulat, żeby spojrzeć na nową muzykę konkretną jak na fotografię artystyczną, która z założenia nie stara się być jedynie dokumentalną i zrywa ze związkiem, jaki łączy zdjęcie z fotografowanym miejscem. Przenieśmy tę dyskusję na polski grunt. Znana jest Ci zapewne wypowiedź Lutosławskiego, który (zwłaszcza po doświadczeniach z socrealizmem) utrzymywał, iż muzyka nie jest sztuką semantyczną i nie może przenosić żadnej czytelnej informacji, prócz komunikatu czysto estetycznego. Z drugiej strony mamy tradycję ludową i takich kompozytorów, jak Zygmunt Krauze, dla których muzyka może być pełnoprawnym językiem, zachęcającym do znalezienia odpowiedniego klucza. A jak Ty patrzysz na tę fundamentalną dla muzyka sprawę?

PCz: Nikolaus Harnoncourt napisał kiedyś świetną książkę na ten temat pod chyba wszystko mówiącym tytułem "Muzyka mową dźwięków". Byłem kiedyś uczestnikiem zajęć prowadzonych przez Szabolcsa Eszteny'ego, który powiedział wprost: "muzyka to język". Natomiast na tym samym wykładzie ktoś inny powiedział, że muzyka nic nie przekazuje, że to absolutnie nie jest język komunikacji etc... Myślę, że przykładów na jedno i drugie podejście można podać bardzo wiele. Ale chyba jednak nie o to chodzi. Muszę przyznać, że ja sam mam w pewnym sensie dwoisty pogląd na tę sprawę: dla mnie odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta: "to zależy od muzyki". Tu słowo wyjaśnienia. Otóż wiadomo, że każdy (a więc i ja) ma pewne preferencje muzyczne - gusta, guściki etc. Ja np. uwielbiam, po prostu kocham muzykę Bacha i DLA MNIE ta muzyka przenosi jak najbardziej konkretne treści (no, może nie aż tak dosłownie, ale w każdym razie powoduje we mnie określone emocje, myśli, stany etc...); natomiast nie przepadam (delikatnie rzecz ujmując) np. za fortepianową muzyką tzw. klasyków wiedeńskich. I gdy zdarza mi się czasami słuchać tej muzyki, to jest to dla mnie zupełnie niezrozumiały bełkot, w dodatku (a może właśnie dlatego) śmiertelnie nudny... No i tu zaczyna się problem - no bo jak można powiedzieć w takiej sytuacji, że muzyka jest językiem, lub też, że nim nie jest??? Mamy tu więc klasyczny "ferdydurkizm": - Dlaczego kochamy Słowackiego... I jego poezja nas wzrusza? - Ale mnie nie wzrusza... Oczywiście, w tym momencie sama nasuwa się "kwestia gustu", o którym podobno się nie dyskutuje... Reasumując myślę, że muzyka jednak JEST językiem. Ale ten język przez wieki i kilometry tak bardzo się rozwinął, że w którymś momencie okazało się, że to, co kiedyś było ledwo "narzeczem", teraz się tak rozrosło, że stało się już ojcem odrębnej rodziny językowej i dlatego, aby go zrozumieć, trzeba się go po prostu nauczyć. Natomiast kwestią wolnego wyboru jest, CZEGO chcesz się nauczyć. W tym miejscu chcę dorzucić do tego ogródka kamyczek z którym - szczerze mówiąc - sam nie bardzo wiem co zrobić... Otóż mam bardzo dziwne doświadczenia z taką muzyką, jaką wykonuje np. zespół Cassiber. Otóż muzyka ta działa na mnie - jak to kiedyś bardzo trafnie określiłeś - "psychoaktywnie", tzn. słuchając tej muzyki odczuwam jej bezpośrednie działanie (w tym konkretnym przypadku - destruktywne) na mój mózg, ale też wręcz na moje ciało (jest mi niedobrze, robi mi się ciemno przed oczami, słabnę - ja nie koloryzuję, ta muzyka NAPRAWDĘ tak na mnie działa!). I co Ty na to w świetle tego, o czym mówiłem jeszcze przed chwilą? Ja - przyznaję się - nie wiem...

IS: Muzycy, nawet klasyczni, często są zmuszeni dorabiać sobie graniem. Zgódźmy się, że nie zawsze są to festiwale mozartowskie. Częściej jakaś fucha dla klubu biznesowego, wesele lub sesja muzyki pop.

PCz: Muszę przyznać, że nie mam zbyt bogatych doświadczeń w tym względzie - na weselu nie grałem nigdy, raz grałem na studniówce (w "moim" liceum była taka tradycja, że piąte klasy grały klasom szóstym na studniówkach, więc się "załapałem"); problemem nie jest kwestia grania (czy też nie) na tego typu imprezach. Problem polega na tym, że nikt nie ma ochoty płacić za pracę, jaką wykonujemy każdego dnia - mam na myśli tę muzykę, którą traktujemy serio. Czy wiesz, że jak dotąd nie dostaliśmy pieniędzy od ŻADNEGO organizatora, za ŻADEN koncert Saksofortu??? To samo tyczy się właściwie wszystkich moich/naszych przedsięwzięć... Pomyśl: sami organizujemy sale, sami załatwiamy sprzęt, sami robimy plakaty i sami je rozklejamy, za swoje własne, prywatne pieniądze wynajmujemy studio, gdzie nagrywamy, sami tłoczymy płyty, drukujemy okładki, wycinamy je etc. Słowem, nie jest różowo. Ja przez rok (96/97) uczyłem nawet w szkole muzycznej w Dębicy, ale stwierdziłem, że mając za sobą 12 lat regularnej nauki ZAWODU MUZYKA nie mam ochoty pracować na CAŁYM etacie za... 260 zł. na miesiąc. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że w tamtym czasie(96/97) stawka tzw. bezrobocia wynosiła 265 zł... No comments!

IS: Czym dla Ciebie jest muzyka popularna z jej licznymi, w tym awangardowymi, prądami? Czy miała lub ma jakiś wpływ na Twoją drogę muzyczną?

PCz: Jeśli o mnie chodzi, to przede wszystkim nauczyłem się innego podejścia do dźwięku - a konkretnie do jego barwy. Co tu dużo mówić - w muzyce jestem "barwowcem" i to zarówno w Bachu, jak i w improwizacji czy pisanej muzyce współczesnej. Mój kontakt z muzyką popularną w znaczący sposób rozszerzył moje horyzonty.

IS: Jakie są Twoje doświadczenia ze szkolnictwem muzycznym? Czy faktycznie akademia jest zamknięta na świat zewnętrzny?

PCz: Jestem absolutnie pewien jednej tezy: szkoła to nie jest jakaś abstrakcyjna instytucja czy stowarzyszenie kierujące się takimi czy innymi prawami. SZKOŁA TO LUDZIE!!! Jak wiadomo - z ludźmi bywa różnie. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, do kogo się trafi. Są wspaniali, światli, mądrzy i otwarci nauczyciele, którzy potrafią pokazać różne drogi, różne pomysły i kierunki. Są, niestety, też tacy, którzy nie wychodzą poza utarte ramy czy kanony, zdarzają się też tacy, którzy nie są w stanie przekazać nawet tych podstawowych rzeczy... Ja miałem wielkie szczęście: z wdzięcznością myślę o nauczycielach, którzy wprowadzali mnie w muzykę: do końca życia będę wspominał wspaniałe lekcje fortepianu u Pani prof. Krystyny Stępień w Szkole Muzycznej w Dębicy, lekcje fortepianu w klasie Pani prof. Katarzyny Markielowskiej-Kołodziej w Liceum Muzycznym w Rzeszowie, fantastyczne zajęcia z kształcenia słuchu u Pani prof. Urszuli Jeczeń-Biskupskiej, niezapomniane lekcje historii muzyki, harmonii, form muzycznych u Pani prof. Małgorzaty Gajewskiej, czy kapitalne lekcje metodyki fortepianowej u śp. Pana prof. Józefa Michałka. Mam świadomość ogromnego długu wdzięczności wobec nich, a przecież nie wymieniłem wszystkich! Natomiast jest też inny aspekt szkolnictwa muzycznego - permanentny, totalny brak pieniędzy. Ja nie chcę tu nawet wspominać o podstawowych rzeczach typu brak sal do ćwiczeń. Chcę poruszyć problem o wiele ważniejszy, który mnie osobiście bardzo dotyka, smuci, bulwersuje i boli. Mam na myśli stan instrumentów będących na wyposażeniu szkół. Ponieważ jestem pianistą - pozwól, że skupię się na nich (choć z pozostałymi instrumentami nie jest oczywiście lepiej). Klasyczna sytuacja szkół muzycznych (przynajmniej w Małopolsce): w sali lekcyjnej stoi stary, rozklekotany fortepian z nierówną mechaniką (zapomnij o tym, że uda Ci się na nim wyrobić równy dźwięk); rozstrojony (zapomnij, że wyrobisz sobie na nim słuch); z nierówno zintonowanymi młotkami (zapomnij o tym, żeby to, JAK grasz, miało wpływ na barwę dżwięku); z nieprecyzyjnie działającymi pedałami (w ogóle o wszystkim zapomnij...). A co na auli - bądź co bądź głównej, reprezentacyjnej sali każdej szkoły? Jest fortepian, czasem nawet dwa. O ich stanie lepiej nie wspominać. Np. w Liceum Muzycznym w Rzeszowie od paru już lat wisi ogłoszenie informujące o złym stanie technicznym fortepianów w auli (a mają naprawdę fajnego Steinwaya i niekiepskiego Kawaia. Ale cóż z tego, skoro obydwa wymagają remontu... To samo dotyczy wszystkich innych szkół z Akademią Muzyczną włącznie... O czym tu w ogóle mówić...!?

IS: Czy istnieją (a jeśli tak, to jakie?) wspólne pola dla rozwoju sztuk wizualnych i dźwiękowych? Uczono nas wszak, iż u pierwocin kultury europejskiej leży "trójjedyna chorea", czyli jedność sztuk scenicznych.

PCz: Nie wiem, czy mam prawo przeskakiwać na "swoje podwórko", ale że bardzo mnie korci, więc zrobię to. Otóż popełniłem niedawno sekstofoniczną muzykę do obrazów malarki Urszuli Gawin. Jest to mój pomysł na połączenie obrazu (a właściwie obrazów) z dźwiękiem.

IS: Jakie jest Twoje podejście do mass mediów (w tym do wytwórni płytowych)? Sam wypalasz swoje płyty i drukujesz okładki, sam dbasz o sprzedaż. Czy na tym polega niezależność muzyka?

PCz: Jak na mój gust, to powinno być tak: 1) mam pomysł; 2) idę z tym do wytwórni; 3) wytwórnia daje pieniądze na wynajęcie muzyków, studia nagrań etc. 4) wytwórnia tłoczy płyty; 5) wytwórnia zajmuje się reklamą, sprzedażą, no i zapłaceniem muzykom za udział i mnie za pomysł. Jak jest? 1) wpadłem na pomysł; 2) poprosiłem kolegów-muzyków, aby mi to zagrali za darmo (w porywach za jakies grosze); 3) nagrałem materiał w studiu (za własne pieniądze); 4) z własnej kieszeni pokryłem remiks, mastering, etc., 5) sam zaprojektowałem okładkę (ewentualnie poprosiłem o to znajomego plastyka); 6) sam napisałem teksty na okładkę, zająłem się stroną graficzną, doborem czcionek itd.; 7) sam wytłoczyłem płytę na swojej lub kolegi nagrywarce CD-R; 8) sam wydrukowałem okładkę; 9) sam ręcznie ją wyciąłem i włożyłem do pudełka razem z płytą; 10) poszedłem do wytwórni z GOTOWYM PRODUKTEM i co usłyszałem??? Że materiał jest, owszem, bardzo ładny, ale jeśli chcę, żeby wytwórnia XYZ zechciała to wydać, to muszę ZAPŁACIĆ taką zwariowaną sumę, że od razu dziękuję, idę do domu i zabieram się za robienie następnych projektów do szuflady - kto wie - może za sto lat ktoś to odgrzebie??? Z żalem muszę stwierdzić, że ani na jotę nie przesadziłem! Oto lista moich GOTOWYCH projektów (tzn. nagranych, zmiksowanych, po masteringu, z gotową okładką, książeczką etc.:

1. "Pastisz w stylu eklektycznym" (oktofoniczna elektronika, 1997 rok);

2. "Aksamitność dla Krzysia" (pięcioro zaproszonych przeze mnie pianistów 1998-1999);

3. "Minimalmusic" (elektronika z maleńkimi wtrętami akustycznymi 1999-2000);

4. "Saksofort" (płyta z koncertu: saksofon + fortepian + przetworzenia elektroniczne - styczeń 2000);

5. "Muzyka do obrazów Urszuli Gawin" (elektronika - 3 CD) (II-VI 2000).

Aktualnie pracuję nad nowymi rzeczami... Co zaś tyczy się innych mediów, no to z grubsza biorąc jest tak: w radiu nie dają ciekawej muzyki, bo myślą, że nikt jej nie posłucha (o telewizji - broń Boże - nawet nie śmiem wspominać); mało kto słucha ciekawej muzyki, bo w radiu jej nie ma (nie wspominając, oczywiście, o telewizji). Może lepiej już nic nie powiem...

IS: Opisz metodę pracy przy przygotowaniu koncertu. Po co przetwarzać szlachetny dźwięk fortepianu?

PCz: Pierwszą, bardzo ważną zasadą, jakiej trzymamy się w Saksoforcie jest to, że gramy ze sobą tylko i wyłącznie na koncertach. Nie mamy ŻADNYCH prób. Cała idea tego dua polega na tym, że każdy z nas osobno pracuje nad swoim warsztatem, osobno się rozwija, ćwiczy, pracuje i uczy się. Dzięki temu za każdym razem grając wspólny koncert w pewnym sensie zaskakujemy się nawzajem, gdyż każdy z nas trochę się rozwinął od ostatniego koncertu no i poszedł w trochę inną stronę. Dzięki temu mamy zawsze coś nowego, świeżego, zaskakującego dla siebie nawzajem... Jedyną rzeczą, która jest przygotowana wcześniej, jest zapis efektów przetworzeniowych miksera cyfrowego w sekwenserze. Ale ponieważ nie mamy jeszcze swojego nagłośnienia (a używamy sekstofonii), więc za każdym razem nawet te same efekty brzmią zupełnie inaczej, gdyż zawsze jest inny sprzęt... Po co przetwarzać dźwięk fortepianu? W tym samym celu, w jakim stosuje się przetworzenia we wszystkich innych przypadkach - dla uzyskania nowych, ciekawych barw (no i w przypadku naszej sekstofonii - dla efektów przestrzennych).

 

Kontakt z zespołem: tomasz.duda@interia.pl

Prezentacja płyty Saksofortu

Ireneusz Socha (C) 2000