wcześniejsze recenzje:
lipiec 2004
czerwiec 2004



/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

Powoli powstaje kolejny, szósty już numer Colda. Tymczasem zmiana na internetowej stronie pisma - co tydzień będą pojawiają się nowe recenzje płyt z gatunków: deathrock, goth, new wave, cold wave, gotha-/psychobilly, horror-punk, neofolk + psychodelia, ambient, industrial. Co tydzień aktualizacja.

RECENZJE

 1984
"Specjalny rodzaj kontrastu"

Boofish Rec. 2003
cold wave
Płyta ta, mająca być debiutem fonograficznym rzeszowskich zimnofalowców, powinna się ukazać w 1988 roku nakładem Klubu Płytowego "Razem". Jednak klub zawiesił działalność, potem zaginęła taśma matka i w rezultacie wydanie materiału stanęło pod znakiem zapytania. Jak widać, musiało upłynąć ponad 15 lat, aby w końcu "Specjalny rodzaj kontrastu" ujrzał światło dzienne. I dziękujmy bogom, że to nastąpiło.
Album został wydany na podstawie zachowanych kopii archiwalnego materiału, poddanych oczywiście remasteringowi. Trzeba przyznać, że płyta brzmi świetnie, pomimo iż od momentu jej nagrania minęło już tyle lat. Inna sprawa, że utwory były nagrywane w rzeszowskim studiu RSC, które w latach 80. było jednym z najlepiej wyposażonych w Polsce.
Jak na peerelowskie standardy brzmienie krążka faktycznie było bardzo nowoczesne, niesamowicie przestrzenne i mroczne. Muzycznie również płyta była na czasie i w niczym nie ustępowała podobnym produkcjom falowym z Zachodu. Słychać tam wszystko, co najlepsze w zimnym graniu lat 80. Posępną atmosferę The Cure z okresu "Pornography" i charakterystyczne dla tego albumu ciężkie brzmienie sekcji rytmicznej, nastrojowe pejzaże w stylu Durutti Column, wpływy produkcji spod znaku 4AD i zespołów typu Wolfgang Press, Modern English czy nawet, momentami, wczesnego Dead Can Dance. Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze sporą dawkę postpunkowego szaleństwa i elektronicznej motoryki, charakterystycznych dla Alien Sex Fiend, eksperymentalne sample, apokaliptyczno-surrealistyczne teksty wyśpiewywane przez Pawła Tautera i otrzymamy obraz płyty nieprzeciętnej i zupełnie wyjątkowej na mapie polskiego rocka.
Tak na dobrą sprawę "Specjalny rodzaj kontrastu" do dzisiaj brzmi tak powalająco i świeżo, że równie dobrze mógłby zostać nagrany i wydany miesiąc temu. Zresztą, zespół Mizernego zawsze wyprzedzał swój czas i tylko przypadek i niechęć losu sprawiły, ze nie należy on teraz do ścisłej krajowej czołówki, a jest znany jedynie garstce starych fanów i ewentualnie ich młodszemu rodzeństwu. Być może niedługo to się zmieni. Parę miesięcy temu miałem przyjemność wiedzieć 1984 na żywo w ramach cyklu koncertów "Gdzie oni są?" i był to jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem w ciągu ostatnich lat. Mizerny i spółka są w fantastycznej formie i pozostaje tylko czekać na nową płytę. Nie wątpię, że będzie znakomita. Ten zespół innych nie nagrywa, o czym ich debiut świadczy doskonale.
PS. Do płyty jako bonus dołączonych jest 12 utworów z kilku wcześniejszych sesji zespołu. W odróżnieniu od raczej stonowanego i klimatycznego materiału z właściwego albumu, tutaj mamy do czynienia ze skrajnie agresywnym postpunkowym, gitarowym wygarem, bliskim dokonaniom starego Killing Joke, Play Dead, czy momentami nawet deathrockowi w stylu wczesnego Kommunity FK. Słucha się tego świetnie, ale to już temat na inny elaborat.
www.1984.serpent.pl
nerve69

 ANTIWORLD
"Comedy of Terrors"

Alice In...
Horror-punk / deathrock
Śmieszna sprawa z tą amerykańską kapelą. Nigdy bym nie pomyślał, że ta grupa może wzbudzać kontrowersje. Tymczasem wśród zaprzyjaźnionych miłośników deathrocka, tradycyjnego gotyku i punka - szczególnie po tym, jak zespół odwiedził Polskę - trwa spór: czy Antiworld jest śmiertelnie nudny, czy nie. I o dziwo linia podziału na zwolenników i przeciwników często przebiega dość zaskakująco. Bywa, że ten punkowy w gruncie rzeczy zespół doceniany jest przez zwolenników współczesnych technologicznych brzmień i zdarza się, że kolesie wychowani na punkrocku krzywią się na niego, bo "wszystkie numery są takie same". Zarzut ten szczególnie śmiesznie brzmi w ustach fanów Ramones, Misfits czy Motorhead, czyli orkiestr, które po grubo ponad dwadzieścia lat eksploatowały lub nadal eksploatują wciąż ten sam muzyczny patent.
Osobiście nie mam co do Antiworld zbyt wygórowanych oczekiwań. Pasuje mi tak, jak jest. Ostro, mrocznie, punkowo i przebojowo i tak... wciąż tak samo jak na wszystkich poprzednich wydawnictwach kapeli. Piosenka po piosence podobne (są jednak dwa wyróżniające się wyjątki), wszystko zagrane w jednym tempie, zero wirtuozerstwa, brak aranżacyjnych smaczków. Antiworld jest prosty jak menu w McDonaldzie. Wchodząc do baru szybkiej obsługi, nie oczekuje się specjalnych frykasów w ofercie. Tak samo w przypadku "Comedy of Terrors" - wystarczy punk-horrorowe rzemiosło, dostarczające prostą strawę dla wygłodniałego ducha deathrockowca. Obowiązuje ta sama zasada, jak przy wypożyczaniu na wideo horrorów klasy B - wiadomo że raczej na nic wielkiego się nie trafi, a i tak zwykle miło obejrzeć. Antiworld OK., następną ich płytę też kupię!
www.anotherstateofmind.net
maniak

 ASOBI SEKSU
"Asobi Seksu"

Friendly Fire Recordings
indiepop / post-punk
Piosenki na tej płycie to nie tyle nowa fala co melodyjny indiepop przebrany w nowofalowe brzmienia - rzecz, którą zwykle kiepsko znoszę. Ale muzyka podkreślona jest hałaśliwymi gitarami a la My Bloody Valentine czy Sonic Youth, dzięki czemu zyskuje na oryginalności, agresji i w ogóle życia. Czy hałas szumi w tle, czy nagle się wdziera, nigdy nie brzmi sztucznie czy komicznie - jest całkiem dobrze połączony ze wzrostem i spadkiem emocji w piosenkach. Rzadko zdarza się zespół, który tak umiejętnie używa różnych poziomów głośności - większość umie grać tylko bardzo głośno lub bardzo cicho, a spora część cały czas głośno. Ciekawe, jak to wiele daje muzyce, która mimo niezłych melodii składa się z raczej schematycznych akordów i rytmów i która w innych aranżacjach (np. gitara akustyczna i głos czy w przypadku typowego koledżowego kwartetu) pewnie strasznie by nudziła. Podczas gdy ten cały hałas absolutnie mi nie przeszkadza, działa mi na nerwy głos gitarzysty, który śpiewa kilka utworów stereotypowym kiepskim indiepopowym sposobem - cicho, nieśmiało i niezbyt melodyjnie. Na szczęście główna wokalistka, choć niezbyt wybitna, jest o niebo lepsza. Swoją drogą zespół jest nowojorski, ale wokalistka jest Japonką i mniej więcej połowa piosenek jest po japońsku.
http://www.asobiseksu.com
smolken

AURORA
"Międzynarodówka"

Furia Musica / Pop Noise 2004
cold wave / totalitarian rock
Kolejny, obok recenzowanego niedaleko debiutu 1984, polski nowofalowy album z lat 80. wydany dopiero po kilkunastu latach od momentu nagrania. Pierwotnie zarejestrowany w 1988 roku materiał, ukazał się dopiero kilka miesięcy temu, za co ekipom Furia Musica i Pop Noise należy się bez dwóch zdań wielki bukiet czerwonych, niczym flaga Związku Radzieckiego, róż.
Podobnie jak 1984, Aurora również pochodzi z Rzeszowa, ale tutaj akurat powodem nie ukazania się płyty był podobno rozjazd członków zespołu po świecie w celach zarobkowych, a nie przygody z wydawcą i taśmą matką. Mniejsza jednak o to. Skupmy się na muzyce, bo to ona jest tu najważniejsza i najciekawsza.
Aurora zdecydowanie wyróżniała się na tle polskiej sceny nowofalowej lat 80. Głównie dlatego, że zespół prowokował ostrymi, bezkompromisowymi politycznie tekstami, notorycznie przez to borykając się z cenzurą, ale również dlatego, że muzyka rzeszowskiego kwartetu wykraczała znacznie poza ramy post punkowo-zimnofalowej sztampy i wędrowała śmiało w rejony industrialno-totalitarnego grania spod znaku Laibach. Połączenie tych dwóch głównych inspiracji dało świetny i przekonywujący nawet dzisiaj efekt.
Muzyka zawarta na "Międzynarodówce" opiera się na topornej i motorycznej pracy automatu perkusyjnego, lodowatych i posępnych partiach gitarowych oraz bardziej skandowanych niż śpiewanych tekstach (dodajmy, że w kilku różnych językach - podobno był to zabieg mający zapobiec kłopotom z cenzurą). Słychać tutaj zarówno wpływ wykonawców industrialno-totalitarnych typu Laibach czy Borghesia, jak i post punkową dynamikę Killing Joke, a także cyberpunkowy wygar w stylu wczesnych nagrań Cassandra Complex. Muzyka posępna i monumentalna jak peerelowskie ministerialne gmaszyska, a jednocześnie wściekła i bezlitosna niczym szwadrony ZOMO. Całość bardzo nowocześnie wyprodukowana (w końcu Izabelin Studio) i bogato okraszona różnego rodzaju samplami, które stwarzają jeszcze bardziej apokaliptyczny nastrój politycznego terroru i zagrożenia.
Bez wątpienia to jedna z ważniejszych płyt polskiego rocka. Obowiązkowa rzecz dla koneserów brzmień polskiej sceny lat 80., a także, a może przede wszystkim, dla dzisiejszej "mrocznej alternatywnej" młodzieży, której zapewne wciąż się wydaje, że industrial w Polsce zaczął się od Agressivy 69.
PS. Płyta zawiera dodatkowo 3 kawałki bonusowe (wcześniejsze polskojęzyczne wersje tych utworów) oraz czwarty numer będący autentycznym zapisem rozmów ZOMO. Z niewiadomych względów jednak w opisie płyty wymieniono tylko 2 utwory.
dada.serpent.pl/aurora
nerve69

BABY SHOWER
CDR, wyd. własne
deathrock
Kolejny świetny zespół ze Stanów. Dlaczego tak się nie gra w Europie?
Baby Shower pochodzą z Nowego Jorku i łupią przeważnie agresywnie i szybko, a w ich brzmieniu równie ważnym elementem co gitary, są mordercze, nisko nadające klawisze. Kojarzy mi się to, co robi Baby Shower, z muzyką Subtonix, Vanishing, Black Ice i Condor. Brud, czad, mrok i klimat. Deathrock, batcave, new wave, garage punk. Pięć piosenek z najciemniejszych zaułków wielkiego miasta. Już zapisuję się na większą dawkę tych ze wszech miar niepokojących dźwięków. Super!
http://superassembly.com/babyshower
maniak

 CUL DE SAC
"Death of the Sun"
"The Strangler's Wife"

Strange Atractors Audio House
psychodelia / postrock
Ten zespół kiedyś był wymieniany jednym tchem wraz z innymi pionierami postrocka, u nas jest jednak właściwie absolutnie nieznany. Szkoda, bo wyznacza zupełnie inną ścieżkę niż cała banda epigonów Tortois i innych flirtujących z elektroniką tuzów. "Death of the Su", ostatnia regularna studyjna płyta zespołu, jest z pewnością jednym z najlepszych krążków, jakie słyszałem w ostatnich miesiącach. Muzyka na nim zawarta trudna jest do sklasyfikowania. Jeśli szukać postrockowych porównań, to najprędzej wśród zespołów z Kranky, chociaż i to raczej odległe tropy. Klimat jednakże jest zbliżony. Dominuje muzyka dosyć minorowa w nastroju. Wiele tu wybijanych na kotłach rytmów, a rytmy te znajdują się gdzieś w pół drogi między jazzem a plemiennym biciem w bębny. Wiele tu również psychodelicznego szaleństwa. Ostatni utwór na płycie może się kojarzyć z Third Eye Foundation. Nieszablonowa płyta. Na "The Strangler's Wife" znajduje się muzyka filmowa. Album z pewnością zadowoli fanów, jednak nie polecałbym go tym, którzy dopiero pragną rozpocząć znajomość z zespołem. Za mało jak na mój gust jest tu magii charakterystycznej dla poprzedniej z omawianych płyt. Po prostu niezła muzyka filmowa.
www.strange-attractors.com
mirt

Rozmiar: 7077 bajtów DEADBOLT
"Haight Street Hippie Massacre (Best of...)" 2003

Cargo Music
rockabilly / surf / horror/ deathrock
Przepiękny zespół z tego kalifornijskiego Deadbolta. Tworzą go typki niczym spod ciemnej gwiazdy, wyglądający w zależności od czasu i potrzeby jak gangsterzy, członkowie Hell's Angels, meksykańscy pistoleros, rock'n'rollowcy z lat 50., czy wagabundzi lub poszukiwacze złota sprzed stulecia. Goście sami siebie nazywają najbardziej przerażającym zespołem na świecie, a grają muzykę wyrastającą z rockabilly i surfu, którą podlewają sosem tak nastrojowym i mrocznym, że wychodzi z tego koktajl w smaku pyszny tak dla deathrockowców, jak i fanów psychobilly. Z braku lepszych porównań, można odnieść paralele do tego, co robi The Cramps, ale Deadbolt jest bardziej stonowany i mniej dziki niż kapela Luxa Interiora, za to straszy na pewno lepiej. Grupa zdążyła do tej pory wydać sześć premierowych albumów (nie licząc inspirowanej westernami płyty wydanej jako Strangers 1800), z których wybrane piosenki (oraz kilka premierowych numerów) przedstawiła na "Haight Street...". Odkąd usłyszałem muzykę Deadbolt, stałem się fanem orkiestry i wiem, że na "Best of..." w moim przypadku nie może się skończyć. Deadbolt jest nie do pomylenia z żadnym innym zespołem. Bombowy, oryginalny band.
www.downinthelab.com
maniak

DEATHCAMP PROJECT
"Laxa(c)tive"

CDR, wyd. własne
gothic
Czwarta epka duetu z Kluczborka to najlepsza i najdojrzalsza rzecz, jaką chłopaki z Deathcampu do tej pory nagrali. Bez krygowania się na deathrockowców (ale udowadniając, że jakby chcieli, to by mogli - patrz: oldskulowa wersja "Spiritual Cramp"), za to w bezpośredni sposób nawiązując do darkwave'owego, gitarowego brytyjskiego gotyku lat 90. i czerpiąc wzorce z dokonań metalowych gotów z Niemiec ubiegłej dekady. Pierwszy, taneczny, chwytliwy numer, "Rule and Control", to najlepsza piosenka w dorobku Deathcamp Project. Prawdziwy hit parkietów, utrzymany w stylistyce Merry Thoughts, Rosetta Stone, Suspirii. Sześć, siedem lat temu label Nightbreed Records wydałby to bez wahania, jestem pewny. Potem zremasteryzowane "Away from You" i "Dead Hours", numery post-Sistersowskie, mocno gitarowe, przywodzące skojarzenia z wczesnymi Love Like Blood i Dreadfull Shadows, ale też z Type O Negative i późnym Christian Death, czyli nadal granie jak najbardziej w stylu drugiej połowy lat 90. Na koniec zagranie na nosie "oldskulowcom", czyli wspomniany "Spiritual Cramp", pochodzący z pierwszej płyty Christian Death, wykonany tak, żeby nie było wątpliwości, że jakby Deathcampowcy chcieli grać surowo i po punkowemu, to by mogli. W tej piosence nawet Void śpiewa czystym głosem, nie bucząc z przepony jak to ma w zwyczaju. Jestem pod wrażeniem sprawności i klimatu wykonania. Deathcamp to dobry zespół.
www.deathcampproject.w.pl
maniak

 DIE HAUT AND NICK CAVE
"Burnin' The Ice"

Hit-thing
post-punk
Klasyka z 1982 roku, niedawno wznowiona na CD z dodatkowym krążkiem DVD. Niestety, DVD wciąż się nie dorobiłem, ale muzyka z krążka jest zachwycająca i absolutnie warta polecenia. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie żadnego fana post-punku, deathrocka czy wczesnego gotyku, który by nie cenił Birthday Party i wczesnych dokonań Nicka Cave'a. Po rozpadzie swej macierzystej grupy australijski wokalista osiadł w Berlinie i związał się z tamtejszymi muzykami: Blixą Bargeldem z Einsturzende Neubauten oraz z Thomasem Wydlerem (grającym z Cave'em do dziś), perkusistą Die Haut. Cała historia rozpoczęła się jednak jeszcze za czasów Birthday Party, podczas wspólnego koncertu kapeli z Die Haut. Efektem tego spotkania była wizyta Australijczyków w Berlinie i gościnny występ Cave'a na płycie "Burnin' the Ice" (nie była to jedyna kolaboracja Nicka z Niemcami). Die Haut wyrastali z tych samych muzycznych tradycji, co Birthday Party: punk, garażowy post-punk i korzenny blues. Ich wiecznym problemem był tylko brak stałego wokalisty. Cave zaśpiewał w czterech utworach na "Burnin' the Ice". Pozostałe cztery kompozycje to numery instrumentalne. Gęsta, agresywna, pełna brudu i gitarowego czadu niepokojąca, złowroga muzyka wypełniła krążek. Die Haut poszli tą drogą. Ich kolejne dokonania stanowiły naturalną konsekwencję wyboru obranej formuły. Na kolejnych płytach zespołu pojawili się w roli wokalistów m.in: Blixa Bargeld, Jeffrey Lee Pierce z Gun Club, Anita Lane, Kid Congo Powers, Debbie Harry, Alan Vega, Lydia Lunch, Kim Gordon i jeszcze kilka wybitnych osobistości sceny niezależnej. Muzycznie być może było z biegiem czasu coraz spokojniej, ale zawsze równie ciekawie. To jednak temat na odrębną opowieść. Tymczasem radzę zaopatrzyć się w "Burnin' the Ice", album wyborny. Nie tylko Die Haut przedstawił świetne kompozycje, ale i Cave był w wyśmienitej formie!
www.hit-thing.com, płyta dostępna w sklepie serpent.pl
maniak
 DRONNING MAUD LAND
"The Essence of a Decade Part 1"

Schwarzrock (Dark Dimension)
gothic-rock
Grupa Dronning Maud Land działała na początku lat 90. i nagrała dwa albumy i mini CD. W 1996 roku muzycy zawiesili działalność, a całkiem niedawno zebrali się ponownie i w 2003 wydali album "Bedlam". Ponoć przyjęcie płyty było na tyle ciepłe, że wytwórnia Schwarzrock postanowiła przypomnieć stare nagrania zespołu. Tak więc oto mamy część pierwszą wyboru dokonanego z dyskografii Niemców plus jedną piosenkę wcześniej nie publikowaną. Bardzo to rzetelne granie, które spodoba się fanom wczesnych Love Like Blood, Dreadfull Shadows, Garden of Delight. Dronning Maud Land gra w tym samym stylu co wymienione sztandarowe formacje niemieckiego gotyku lat 90., a muzyka formacji jakością absolutnie nie odbiega od poziomu reprezentowanego przez wspomniane kapele.
www.dronning-maud-land.de
maniak

 EARTH LOOP RECALL
"Compulsion"

Wasp Factory Recordings
industrial / electro
Dobre, klimatyczne, nowoczesne granie, w angielskim stylu. Połączenie przebojowości późnego Depeche Mode, rytmiki i brzmienia Massive Attack, elektroniki a la NIN i Skinny Puppy oraz (miejscami) ciężkiej, acz wpasowanej w tło, pracy gitar niczym u Tool. Całość melodyjna i nastrojowa, przyjemna w słuchaniu. Muzyka daleka od bezsmakowej papki, jaką raczą słuchaczy inne tego rodzaju zespoły, szczególnie te z Niemiec. Elektronika, a o dziwo bardziej dla ludzi, niż dla ludzkich mutantów.
www.earthlooprecall.com
maniak

 ENTERTAINME.NT
"Safe at One / The Queen's Beasts"

7" Stickfigure Records
post-punk / indie
Uwielbiam winylowe single za to, że umieszczenie po jednym utworze na każdej ze stron krążka powoduje, że każda piosenka może żyć własnym życiem, a słuchacz nie odbiera poszczególnych kompozycji jako części jakiejś większej całości, ale jako dzieło samo w sobie, zamknięte w obrębie kilku minut. Muzycy Entertainme.nt napisali dwie kapitalne piosenki. Bardzo melodyjne, pomysłowo zaaranżowane, owiane nutką nostalgii i tajemnicy, a przy tym energetyczne i wpadające w ucho. Grupy w rodzaju Entertainme.nt zalicza się w poczet nowego post-punka, i nie bezpodstawnie. Amerykanie przypominają mi nieco wczesne U2, Echo and the Bunnymen czy zespół Zerro 1, ale w ich dźwiękach są również delikatne nawiązania do współczesnego gitarowego indie-rocka. Jakich wpływów by się nie doszukiwać, fakt jest faktem, że grają przepięknie. Kawałek winylu będący prawdziwym smakołykiem.
www.entertainme-nt.com
maniak

 Johnny FORLORN
"The First Loss"

Tragick Records
folk noir
Mijają kolejne muzyczne mody, pomysły i brzmienia nowe dziś często już jutro zaczynają zalatywać myszką, a dokonania oparte na poszukiwaniu nowych form i wymyślnych struktur zwykle nawet samym eksperymentatorom wydają się nie warte słuchania. Tymczasem dobre piosenki nie starzeją się nigdy. Dlatego też jestem pewny, że Johnny Forlorn nagrał płytę ponadczasową. Johnny Forlorn aka John Clough od początku lat 90. udziela się na gotyckiej scenie Seattle. Najpierw był zespół Prayers for The Raven, a po jego rozpadzie Shadow Light, któremu Clough lideruje do dziś, i wieloletnia rola klawiszowca w grupie Faith & Disease. Forlornowi zamarzył się jednak jeszcze jeden projekt, bardziej oparty na tradycji, w większej mierze nawiązujący do folku. Clough z przyjaciółmi nagrał więc dziesięć zachwycających kompozycji, podczas których słuchania ciarki chodzą po plecach. Ta muzyka to w prostej linii kontynuacja dokonań Leonarda Cohena, późnego Nicka Cave'a, Johnny'ego Casha. Ktoś napisał, że utwory Forlorna to takie mroczne szanty - niech i tak będzie. Jeśli to szanty, to szanty wykonane z pasją charakterystyczną dla muzyki gospel. A gospel to muzyka duszy, taka jest też twórczość Forlorna: smutna i prawdziwa do bólu, przeszywająca i dająca ukojenie. Nie popełnię wielkiego nadużycia, jeśli już teraz, po wydaniu debiutanckiego albumu, postawię Forlorna w jednym rzędzie z największymi mrocznymi balladzistami ostatnich lat, wymienionymi wyżej Cave'em, Cashem i Cohenem. Clough naprawdę na to zasługuje. Chylę czoła i po raz kolejny wsłuchuję się w "The First Loss".
www.johnnyforlorn.com
maniak

 GHOST
"Hypnotic Underworld"
Drag City
Ghost to japońska formacja grająca psychedelię opartą o różne klasyczne odmiany tego gatunku. Jest folk, jest rock, są też ambientalne improwizacje - wszystko w stylu lat 60. czy 70. W odróżnieniu od, na przykład, Acid Mothers Temple nagrywają rzadko, dzięki czemu wszystko jest starannie dopracowane i prezentuje naprawdę wysoki poziom. Od poprzednich płyt ta jest odrobinę bardziej jazzowa, dzięki kilku instrumentom dętym i nowemu gitarzyście basowemu, który gra też na kontrabasie (a trochę i na wiolonczeli). W ogóle różnorakich instrumentów tu nie brakuje - ciągle się pojawiają jakieś dzwonki, cytry, lutnie... nawet gitary w każdym utworze mają całkiem inne brzmienie, więc urozmaiconych barw dźwiękowych jest dość. Ambientowe klimaty są lepsze niż na jakichkolwiek poprzednich płytach, choć nadal zdaje mi się, że najlepsze piosenki Ghosta zostały na "Lamarabirabi". Tym z "Hypnotic Underworld" niewiele można zarzucić, ale jednak nie ma żadnej tak melodyjnej i delikatnej jak "Into The Alley" czy "Abissynia". Ale plusy przeważają minusy, bo kompozycji jest proporcjonalnie mniej niż na wcześniejszych wydawnictwach (poza koncertówką "Temple Stone") - zdecydowanie niepiosenkowy utwór tytułowy w czterech częściach zajmuje prawie całą pierwszą płytę wersji winylowej.
www.dragcity.com
smolken

 GOTEKI
"o/s: Corrupted Files"

WASP FACTORY
dance / darkwave / techno
Kryj się, kto może! Remiksy! Nie cierpię takich płyt. Ludziom, którzy lubią słuchać ponownie tego samego, tylko dlatego, że ktoś inaczej zgrał ścieżki i pododawał jakieś pierdoły (a efekt w 99% przypadków jest gorszy od oryginału), mogę tylko współczuć. No, ale zabawa pewnie była przednia, a na parkiety muza jak znalazł. Lista remikserów: Echo Image, Seize, Icon of Coil, Chaos Engine, Sigue Sigue Sputnik, Carol Masters, Graeme Norgate, Intron.Depot, Blis, Deathboy, Project 65, Yendri oraz w dwóch odsłonach... Goteki. Aaaaaaaaaaa!!!
maniak

Rozmiar: 606 bajtów Keiji HAINO
"Mazu Wa Iro O Nakuso Ka"

PSF
avant
Ten album ani trochę mi do gustu nie przypadł. Prawda, że Haino nigdy nie robił muzyki przystępnej, ale ja akurat uwielbiam jego wrzaski i hałaśliwą gitarę. Ta płyta powinna niby być o wiele lżejsza - co prawda muzyka bazuje na gitarze i głosie, ale jest bardzo cicha. Żadnych przesterów, sprzężeń czy krzyków, choć wszystko jak zwykle bardzo awangardowe. Muzyka nie jest grana na żywo, a tworzona w kilku warstwach na wielośladzie - coś jak gitarowa orkiestra i mini-chór całe złożone z samych Keijich. Znam takich, którzy tę płytę ubóstwiają, ale mnie tylko działa ona na nerwy. Haino świetnie umie się drzeć i hałasować tak, by nawet najbardziej absurdalne dźwięki wyszły bardzo przekonywująco. Niestety w wersji wyciszonej tego przekonania zupełnie brakuje. Nie wiem, czy to dlatego, że Haino nie umie grać cicho, czy może też jego podejście nie nadaje się do wielośladu. Tak czy inaczej, coś tu się nie zgadza. Wolę hałas i wrzaski.
www.fe.org
smolken

 HORRORPOPS
"Hell Yeah!"

Hellcat Rec. 2004
punk / rock'n'roll
Ależ mnie rozczarowała ta płyta. Po przeczytaniu kilku recenzji i informacji na temat Horrorpops oczekiwałem pełnego ognia miksu psychobilly, punka, glamu, gotyku i komiksowo-horrorowej estetyki w stylu lat 50. A co usłyszałem? Przeciętną i wysłodzoną do bólu muzykę w stylu niezliczonych amerykańskich "punkowych" zespolików dla niegrzecznych dziewczynek z collegów (swoją drogą, Horrorpops pochodzą z Danii).
Wprawdzie okraszone jest to sporą dawką rockabilly, psycho, a w kilku fragmentach nawet przypomina to trochę mroczne voodoobilly w stylu The Cramps, jednak wszystkie te przebłyski giną w czarnej dziurze przeciętności i sztampy. Nie pomaga tutaj nawet fajny głos Patricii, chwilami trochę przypominający Patii Smith, ani też fakt, że ta przeurocza pani obsługuje kontrabas. Na koncertach musi to wyglądać zajebiście, ale niestety z całej płyty w pamięć zapadły mi tylko dwa utwory: świetny crampsowski "Psychobitches Outta Hell" oraz diabelski, utrzymany w rytmie ska "Ghouls". Zwłaszcza ta druga piosenka pomimo swej karaibskiej rytmiki urzeka posępnym i upiornym klimatem. Choć oczywiście przebojowy melodyjny refren musiał się tu znaleźć.
Kiedy po raz kolejny przesłuchiwałem "Hell Yeah!", próbując znaleźć w tej muzyce więcej fajnych momentów, do pokoju weszła moja kobietka i poprosiła, abym "wyłączył wreszcie ten No Doubt". To chyba najlepsza recenzja...
www.horrorpops.com
nerve69

 Shuji INABA
"The Rapture of Being Destroyed is The Flipside of The Misery of Destruction"
Last Visible Dog
Absurdalnie agresywny folk pełen walenia w struny, wrzasków i dysonansów. Niby coś zupełnie w moim guście, a podoba mi się tylko kilka najnormalniejszych piosenek, które wcale nie są aż tak dalekie od estetyki Włodzimierza Wysockiego czy Bułata Okudżawy. Reszta mi się nie podoba z dokładnie tego samego powodu, dla którego nie lubię większości metalu. Nie dlatego, że jest zbyt głośno i agresywnie, a dlatego, że piosenki są skonstruowane dosyć bezładnie. Typowa piosenka składa się z kilku motywów, które ze sobą niewiele mają wspólnego - inny rytm, inny poziom agresji, akordy z zupełnie innej parafii. Przejścia między nim też nie istnieją - ot, kończy się jedna sekcja i zaczyna druga. I tak przez jakieś dziesięć minut. A potem następna kompozycja. Trzeba przyznać ze Inaba drze się z ogromnym przekonaniem i duszą. Chyba lepiej się nadaje na frontmana jakiejś kapeli blackmetalowej.
http://lvd.4mg.com
smolken

Rozmiar: 4214 bajtów KOUSOKUYA
"1st"

PSF
psychodelia
Pierwsza płyta tego zespołu, nagrana w 1989, wreszcie wznowiona na CD. Muzyka podobna do koncertowej płyty nagranej kilka lat później - mroczna, hałaśliwa psychodelia. Tu jest jednak trochę więcej pozostałości "normalnego" rocka, a mniej awangardowego hałasu. Czasem jest to plusem (kawałki lepiej trzymają się kupy i słucha się ich trochę łatwiej), a czasem minusem (kiedy muzyka przyspiesza, chwilami zaczyna przypominać grunge z okropnie długimi solówkami). Ale największą niespodzianką jest to, że Mik jedną z piosenek zaczyna śpiewać całkiem normalnie i spokojnie. Nawet jej to bardzo dobrze wychodzi, choć niewiele czasu zajmuje jej, by rozwrzeszczeć się jak zwykle. Choć uwielbiam jej wrzaski, szkoda, że tak częściej nie śpiewa...
Mimo tego, że trzy z pięciu kawałków znajdują się też na "Ray Night Live 1991-1993", to to nie szkodzi, bo Kousokuya nigdy nie był zespołem, który tę samą piosenkę potrafi zagrać dwa razy tak samo. Choć osobiście wolę płytę koncertową, ta powinna bardziej trafić do gustu tym, którzy wolą hałas trochę normalniejszy.
www.fe.org
smolken

MANNEQUIN
"Mannequin"

Furia Musica 2003
new wave / indie
Nawet gdybym nie wiedział wcześniej, iż zespół pochodzi z Krakowa, zgadłbym to już po kilkunastu minutach słuchania tej płyty. Większość wykonawców z naszej byłej stolicy cechuje pewien specyficzny artystowski manieryzm i lekko pretensjonalna nostalgia. Tak jest również w przypadku płyty Mannequina. Co wcale nie znaczy, że jest to zła muzyka. Przeciwnie - panowie grają całkiem ciekawą mieszankę nowej fali w stylu wczesnego The Cure i Echo and The Bunnymen, brzmień późniejszego 4AD w rodzaju Red House Painters czy Throwing Muses oraz współczesnej gitarowej muzyki, ale z tej bardziej wyciszonej i nastrojowej półki - Mogwai, Arab Strap, Tortoise itp. Do tego dochodzą bardzo fajne wstawki reggeae, trochę przypominające polskie produkcje lat 80.
Poszczególne piosenki są do siebie podobne, większość z nich utrzymana jest w podobnych tempach, zazwyczaj kreślonych połamaną, lekko jazzującą pracą sekcji rytmicznej i szarpanymi, choć bardzo delikatnymi gitarami. Nad całością rozbrzmiewa wysoki i lekko płaczliwy głos lidera, momentami do złudzenia przypominający Artura Rojka. Zresztą zespół z Mysłowic wywarł chyba spory wpływ na Mannequina. Tak czy inaczej obie kapele z powodzeniem mogłyby ruszyć we wspólną trasę. Do dzisiejszych polskich zespołów postpunkowo-nowofalowych typu DHM czy Wieże Fabryk raczej krakowianie nie pasują.
www.furia.serpent.pl/mannequin.html
nerve69

 MEPHISTO WALZ
"Insidious"

Alice in... (Dark Dimension)
goth
Pierwszy nowy album Mephisto Walz od sześciu lat, nie licząc wydanego przed ponad rokiem singla. Tak długi okres nieobecności na rynku pozwala, żeby starsi fani zdążyli o zespole zapomnieć, a nowi sympatycy gatunku w ogóle z istnienia grupy nie zdawali sobie sprawy. A Mephisto Walz to klasyka amerykańskiego gotyku lat 90. Co prawda zespół powstał w Niemczech w 1984 roku, gdy Barry Galvin znany też jako Bari-Bari i Johann Schumann opuścili Christian Death, ale na dobre zaistniał właśnie w latach 90., po powrocie do Kalifornii, z wokalistką Christianną, która zastąpiła pierwszego śpiewaka zespołu Jorque Westermanna. Przez grupę podczas lat jej istnienia przewinęło się wiele kluczowych postaci gotyckiej sceny, m.in. William Faith, Stevyn Grey, David Glass czy Dave Roberts, ale od początku lideruje jej Bari-Bari, a od czternastu lat trudno wyobrazić sobie zespół bez Christianny. Czy "Insidious" różni się od poprzednich dokonań kapeli? Ogólnie niewiele. Wciąż pajączkowate, pływające gitary i miękki bas tworzą tło pod melodyjny żeński wokal (podobne, może trochę ostrzej brzmiące, numery Bari-Bari komponował już na "Atrocities" Christian Death), a nastrój jest często romantyczno-refleksyjny, momentami zahaczający wręcz o klimaty Cocteau Twins ery "Treasure" - "One Less Day"). Ale jest też, jak to w przeszłości również bywało, kilka piosenek (tak z połowa) bardziej czadowych, chociażby "I Want" (numer na tyle energetyczny, że gdyby wymienić wokal, mógłby się znaleźć na wspomnianym wcześniej "Atrocities"), czy szybkie i chwytliwe "Witches Gold" i "Memories Kill". Mephisto Walz powraca z dużą klasą, racząc słuchaczy kompozycjami, które swoją elegancją, melodyką i wykonaniem biją na głowę wszystko, co pod względem "gotyku dla mas" mają do zaproponowania Niemcy. Nie mogę się powstrzymać od tego rodzaju uszczypliwości, gdy porównuję takie płyty jak "Insidious" z bezdusznym plastikiem wychodzącym spod łap niezgrabnych jak młyńskie koła darkwave'owych electro-rzeźników z Germanii.
www.mephistowalz.com
maniak

 MONA MUR
"Into Your Eye"

Alice in... (Dark Dimension)
industrial / cabaret / noir-pop
Płyta rozpoczyna się od przeróbki... polskiego hymnu. "Jeszcze Polska" zaśpiewana w naszym języku z wyraźnie obcym akcentem była ponoć hitem na alternatywnym niemieckim rynku w 1982 roku. Pierwsze słowa naszej narodowej pieśni posłużyły jako tytuł debiutanckiego singla Mony Mur. W pracy nad płytą niemiecką artystkę wspomagali m.in. trzej muzycy Einsturzende Neubauten. Współpraca z FM Einheitem, Alexandrem Hacke i Markiem Chungiem, która trwała w latach 1982-86, była początkiem serii wspaniałych muzycznych kolaboracji wokalistki. Na omawianym składankowym albumie wydanym przez Alice in ten pierwszy okres ilustruje siedem utworów. Cztery, nagrane w 1982 roku, utrzymane są w surowym brzmieniowo, nowofalowo-industrialnym stylu. Trzy późniejsze, z 1985 roku, dalej wyraźnie nowofalowe i opierające się na elektronice, są już o wiele bardziej rozbudowane aranżacyjnie - pełno w nich smaczków i dodatkowych instrumentów. Ogólnie, muzyka z pogranicza dokonań Einsturzende Neubauten, Malarii, Cabaret Voltaire i Die Haut, i wokal, który łączy w sobie twardość Nico, nostalgię Marianne Faithfull i nawiązuje do kabaretowej maniery Edith Piaf i Marleny Dietrich, w początkowym okresie brzmiący nieco napastliwie i agresywnie, w 1985 dużo bardziej melodyjny i zmysłowy. W 1988 roku Mona Mur nagrała pierwszy duży album, w czym pomogli jej muzycy The Stranglers: Dave Greenfield i JJ Burnel oraz Dieter Meier z Yello. O ile mogę się zorientować, żadne z nagrań z tego krążka nie znalazło się na "Into Your Eye". Znalazły się chyba natomiast dwie piosenki nagrane w 1990 ponownie we współpracy z Meierem oraz z Grzegorzem Ciechowskim i warszawskimi filharmonikami na nie wydaną w efekcie płytę "Warsaw" (piszę "chyba", bo mogę tylko na ten temat spekulować na podstawie dat powstania poszczególnych kompozycji). W każdym razie "Man on the Satellite" to jedna z najpiękniejszych kompozycji na płycie. Żywię zresztą co do niej podejrzenia, że jest jedną z czterech z dorobku Mony Mur, które skowerowała na swoim debiutanckim albumie "Mężczyźni" Katarzyna Groniec. Faktem jest, że pięknych melodii Monie Mur nie brakuje, co udowadniają kolejne piosenki: "Word" czy "Eden", w warstwie brzmieniowej i instrumentalnej przypominające mi utwory z płyty Nico and The Faction "Camera Obscura" oraz te z późniejszych albumów Marianne Faithfull. Ostatnie nagrania Mony Mur w bardzo dużym stopniu bazują na wytrawnej, subtelnej elektronice i brak im instrumentalnego rozmachu chociażby utworów z "Warsaw", niczym jednak starszym kompozycjom nie ustępują. W końcu Mona Mur to artystka, która nie nagrywa słabych rzeczy. Naprawdę ciężko nie ulec fascynacji tą kobietą po wysłuchaniu "Into Your Eye". Ostatnio urokowi Mur poddał się Sasha Konietzko z KMFDM i to on jest obecnym współpracownikiem niemieckiej artystki. Inni mogą mu tylko zazdrościć.
www.monamur.com
maniak

Rozmiar: 4734 bajtów Marissa NADLER
"Ballads Of Living And Dying"

wydanie własne
folk
Senne ballady w stylu utrzymanym gdzieś pomiędzy Stone Breath a Leonardem Cohenem, ale z jedną sporą różnicą - Marissa śpiewa bardzo melodyjnie, o co panów Rennera i Cohena trudno posądzać. Choć głównymi elementami dźwięku są głos i gitara akustyczna, to ciągle pojawiają się rożne inne instrumenty - banjo, akordeon, organy, gitara elektryczna itd. Na wszystkim Marissa gra osobiście i, trzeba przyznać, umiejętnie. Teksty głównie o miłości, śmierci i morderstwie, zawsze odśpiewane spokojnie i melodyjnie niezależnie od dramatu czy przemocy, o których opowiadają. Choć zwykle jestem przeciwnikiem spokojnego śpiewania, w tym wypadku wychodzi ono bardzo dobrze i nie będę narzekał.
Pomimo że nagranie nie brzmi zbyt profesjonalnie (głównie przez pogłos jak z klasyki gotyku, rzecz dziś na płytach folkowych niemodna), zdecydowanie nie brzmi to jak CD-R wydany własnym sumptem Wcale mnie nie zaskakuje to, że podobno kilka wydawnictw jest już tym materiałem zainteresowanych.
www.marissanadler.com
smolken
NO, IT'S THE GOOD SWASTIKAS
"Allen And Mike"

Standard Oil Records
avantgarde
Dwóch młodych facetów (Allen na gitarze i Mike na klawiszach) improwizujących na żywo. Nagrania są przedstawione bardzo odważnie - żadnej elektronicznej przeróbki, nic nie jest wycięte, żadnych efektów (poza przesterem), nawet szum sprzętu we wszystkich kawałkach brzmi dokładnie tak samo. Odwagę doceniam, ale w tym wypadku skutkiem brawury jest masakra. Wyszedł nie-muzyczny awangardowy hałas, ale nie na tyle agresywny czy hałaśliwy, by posiadać porażającą moc jakiegoś Merzbowa czy Masonny. Słychać bardzo dokładnie, kto co gra, ale co z tego? Słychać również, że muzycy wcale się siebie nawzajem nie słuchają - każdy robi swoje i tyle.
Starałem się znaleźć coś pozytywnego i znalazłem - jak klawisze grają coś trochę Mortiisowatego w formie, a gitara hałasuje, to jest to całkiem ciekawe zderzenie zupełnie przeciwnych stylów. Niestety zdarza się to tylko kilka razy przez kilka sekund.
http://standardoilrecords.com
smolken

The NORTH SEA
"The Oscelot Chronicles vol, I"

Digitalis Industries
Jeden facet (niejaki Brad Rose) wydobywający przeróżne dźwięki z kilku gitar i masy efektów. Płyty tego typu zwykle składają się tylko z bezsensownego hałasu, ale ta jest wyjątkiem. Wszystkie kawałki są całkiem muzykalne i oparte o melodyjne motywy, nawet jeśli brzmienie gitar tonie w echu i innych efektach. Muzyka brzmi bardziej filmowo niż awangardowo. Jeden akustyczny kawałek z ćwierkającym ptakiem nawet całkiem przypomina coś spod znaku Jewelled Antler. Choć czasem nagrania zawierają irytujące ilości wysokich tonów i czasem przydałoby się coś poza gitarami - jakiś głos, bęben, saksofon czy cokolwiek - ogólnie płyta jest przyjemna. Może to dzięki temu, że Rose przez kilkanaście lat grywał w różnych zespołach popowych i coś mu z tej estetyki zostało.
http://www.digitalisindustries.com
smolken

 ONE MILLION BULGARIANS
"Pierwsza płyta"

Pop Noise
post-punk / goth
Wraz z ukazaniem się "Pierwszej płyty" Bułgarów zamknęliśmy w końcu w naszym kraju rozdział pt. "Nie wydane albumy nowej fali". Przypomnę: Variete "Bydgoszcz", 1984 "Specjalny rodzaj kontrastu", Aurora "Międzynarodówka" - wszystkie te krążki musiały poczekać na swoją kolej blisko dwie dekady i wszystkie te krążki udało się wypuścić na rynek ostatnimi czasy. Niedobrze, że to wszystko tyle trwało, ale na pewno lepiej późno niż wcale. Wydanie "Pierwszej płyty" blokowały konkretne osoby, które swego czasu położyły łapska na materiale i nie chciały go z tych łapsk wypuścić. Jednak wszystko skończyło się dobrze i materiał jest. Mało tego - do ośmiu piosenek, które miały się ukazać na albumie, gdyby wyszedł, jak planowano, w 1987 roku, dodano sześć kolejnych kompozycji, pochodzących z sesji radiowych i, co najważniejsze, niespecjalnie odbiegających jakością techniczną od tych ze studia. Bułgarzy w 1986 roku byli zespołem znakomitym, grającym jak najlepsze brytyjskie postpunkowo-gotyckie załogi. Dźwięki w stylu Alien Sex Fiend, Killing Joke, Bauhaus przefiltrowane przez polskie realia lat 80., i wszechobecna atmosfera sprzeciwu, być może nie wyrażona wprost werbalnie (sorry, ale teksty Langa nie należą do łatwo zrozumiałych), ale odczuwalna podskórnie. W tej muzyce jest czad, wściekłość, mrok i melodie. Żadnych kompromisów - ostro, z werwą, do przodu, ponuro, postpunkowo. Moim zdaniem "Pierwsza płyta" to obok "Nowej Aleksandrii" Siekiery najlepszy album polskiej nowej fali. Po tę płytę powinny się ustawiać kolejki.
maniak

THE RAPTURE
"Echoes"

Universal
disco / post-punk
Powrót post-punka do łask, ta moda na retro post-punk, zwyczajnie mnie irytuje. Te zastępy jednakowych zespolików, które pojawiają się na antenie MTV 2, ta stylizacja na lata 80., ta nagła miłość, którą zapałali niedawni miłośnicy Blur, Pulp, Radiohead i Oasis do zespołów typu Comsat Angels, Gang of Four, Wire czy Magazine. To wszystko pachnie, wygląda i brzmi dla mnie podejrzanie. Kolejna krótko trwająca koniunktura na odgrzewańce i paru starających się załapać na falę debiutantów, którzy szybko przerzucą się na kolejną będącą na czasie odmianę muzyki. Dlatego nieufnie traktuję wszystkich nowych post-punkowców, szczególnie takich, którzy tworzą potencjalne przeboje, a najmniej ufnie takich, których chcą wydawać i wydają koncerny płytowe. The Rapture to bez wątpienia jeden z czarnych koni nowej fali post-punka, to zespół, który sporo zamieszał i zdobył dużą popularność - to chyba najlepiej sprzedający się młody neonowofalowy zespół. The Rapture bez żenady miesza estetykę funkującego art-postpunka (którego przedstawicieli wymieniłem powyżej) i wywodzącego się z tegoż funku czarnego disco (w warstwie rytmicznej, od czasu do czasu). Przebój goni przebój, notoryczne rytmy zmuszają nogi do podrygiwania, omamiająca swymi światłami stroboskopowa kula zsyła na pogrążone w pląsie masy iluzję obcowania z undergroundową sztuką. Tygiel, w którym wymieszano muzykę Television, A Certain Ratio i wczesnego Talking Heads, głos Roberta Smitha, rytmy Funkadelic, bit Boney M i Eruption, a może i coś z Bee Gees. Sprawdza się to jak najbardziej, szczególnie jako pseudoalternatywna muzyka do tańca. Jednak pojawia się refleksja, że na przełomie lat 70. i 80. nowa fala pełniła rolę trochę większą niż czysto użytkową. Może The Rapture ma coś więcej do powiedzenia w warstwie literackiej - nie mogę się o tym przekonać, bo gdy puszczam ich płytę, nogi za bardzo rwą mnie do tańca, bym mógł się skoncentrować na przekazie werbalnym.
maniak


 The ROSEDALES
"Raise Your Spirits"

Shallow Grave Rec. 2003
horror-punk / rock'n'roll
Zespół pochodzi z USA, kiedyś nazywał się The Onlys i w 2000 roku wydał nawet jedną płytę. Po zmianie nazwy na The Rosedales panowie wzięli się ostro do pracy, czego efektem jest recenzowany tu album. Znajduje się na nim kilkanaście czadowych kawałków utrzymanych w klimacie horror-punk. Gatunek ten zdaje się ostatnio przeżywać w Stanach prawdziwy renesans, co niestety obok znakomitych kapel w stylu Ivan & The Necrolytes powoduje również wylew całej masy przeciętnych punkowych zespolików, które od Green Day czy Offspring różnią się tylko upiornym, zazwyczaj zżynanym z Misfits imagem. Na szczęście The Rosedales do tej grupy nie należą, choć też, z drugiej strony, horroru i mroku w ich muzyce jest stosunkowo niewiele.
W zasadzie mamy tu do czynienia z mieszanką ultra melodyjnego punka w stylu Bad Religion, równie melodyjnego punk'n'rolla The Ramones, horror rocka w klimacie The Damned (wpływ zespołu Dave'a Vaniana słychać zwłaszcza w fantastycznym kawałku "Frozen Ghost"), a całość upiększona jest przebojowymi patentami w stylu najlepszego starego glam rocka i kapel typu Slade czy T.Rex. Do tego dużo pogłosów, nawiedzonych chórków, trochę upiornych sampli. Bardzo fajnie się tego słucha, ale dla miłośników mrocznych punkowych dźwięków w stylu Penis Flytrap płyta Rosedales byłaby raczej stratą czasu. Jeśli ktoś natomiast lubi przebojowe, melodyjne czady z czającym się gdzieś w tle diabełkiem, to śmiało może pisać do chłopaków po krążek.
www.therosedales.com
nerve69
 SCORCES / TOM CARTER
"Beats for the Beast"

Free Porcupine Society
minimal / psychodelia
Obydwa projekty prezentowane na tym splicie to projekty poboczne trochę lepiej znanego Charalambindes. Płyta to dwie niekończące się gitarowe improwizacje. Nie chodzi mi jednak o spiętrzające się przesterowane rify a raczej o zapętlające się pojedyncze dźwięki. Minimal posunięty do ekstremum. Przez pierwsze pół godziny należące do Toma Cartera słyszymy tylko pojedyncze dźwięki lekko przetworzonej gitary. Scorces do tego dokłada jeszcze delikatny kobiecy głos, właściwie jego strzępy, smugi. Tak jest przez następne pół godziny. To dosyć niebezpieczna muzyka, może skończyć się wyssaniem życiowej energii... letargiem. Nie wiem, co o tym myśleć. Trochę się boję.
freeporcupinesociety@hotmail.com
mirt

SIN CITY GHOULS
"Six Feet Under"

CDR, wyd. własne
punk / deathrock
Grupa z Las Vegas, grająca mocno po punkowemu, w której kompozycjach nie brakuje również deathrockowego mroku. Sześć kompozycji, utrzymanych w stylistyce wypracowanej przez punkowo-grunge'owe zespoły rrriot-girls: L7, Hole, Bikini Kill, ale z wyraźnym "ciemnym" zapleczem, jak u późnego Super Heroines czy u 45 Grave, wykonanych zwykle w tempach jak u Dead Kennedys. Fajne piosenki, ale nie wybitne. Na pewno najlepiej w głowie zostaje utwór "Sin City Ghouls", a to za sprawą skandowanego charakterystycznego refrenu. Reszta numerów pozbawiona jest na tyle mocno rzucających się w uszy wyrazistych elementów. Średnia amerykańska, ale nie bez satysfakcji.
www.sincityghouls.com
maniak
Terry Earl TAYLOR
"Another Time"

Dark Holler
folk
Terry Earl Taylor jest Anglikiem, który gra na banjo i śpiewa ballady o morderstwach, duchach i śmierci. Nie wiem, jakim jest człowiekiem naprawdę, ale z płyty robi wrażenie dziwaka, który mieszka na skraju wsi i którym matki straszą niegrzeczne dzieci. Na "Another Time" trochę jest piosenek z tradycji angielskiej, trochę z amerykańskiej i trochę własnych. Muzyka skrajnie prosta i, można powiedzieć, całkiem wiejska. Niektóre utwory są bliższe przyśpiewkom niż piosenkom. Dobrze, że czasem pojawia się też gitarzysta, bo inaczej byłoby dosyć monotonnie. Ale autentyczności na pewno nie brakuje i historyjki Taylora o śmierci są całkiem ciekawe - często piosenka zdaje się całkiem niewinna i dopiero w ostatniej zwrotce okazuje się, że ktoś jest mordercą albo cały czas był duchem.
www.somedarkholler.com
smolken

 TCHIKI BOUM
CDR, prod. Własna
new wave / rock'n'roll / deathrock
Trzyutworowy singiel francuskiej drużyny zachwyca świeżością zawartej na nim muzyki. Pozytywna energia i czysta radość grania biją od tych trzech piosenek. Tchiki Boum gra nowofalowego rock'n'rolla, czerpiącego z punka i muzyki garażowej. Słychać tu echa i wczesnego Jad Wio, czyli zespołu nagrywającego dla kultowej nie tylko dla francuskiej sceny gotyckiej początku lat 80. wytwórni L'invitation au suicide, melodyjnego nowofalowego punka w stylu brytyjskich The Adverts lub The Outcasts (ta grupa z kolei nagrywała pod koniec działalności dla paryskiego labela New Rose, który specjalizował się muzyce garażowej, nowofalowej, punkowej i gotyckiej - czyli właściwie we wszystkim tym, z czym Tchiki Boum może i powinien się kojarzyć), a i nie zdziwiłbym się, gdybym gdzieś znalazł porównania do The Damned lub alternatywnych zespołów francuskich typu Les Negress Vertes lub Noir Desir (z początku ich działalności). Bardzo mi się podoba to, co proponują Francuzi, i stawiam na to, że debiutancki album Tchiki Boum będzie prawdziwym killerem.
tchikimail@noos.fr
maniak



     alternative.pop


mroki.serpent.pl