wcześniejsze recenzje:
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004



/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

 ADAM AND THE ANTS
"Dirk Wears White Sox"
Sony
Dla wielu może to być niespodzianką, ale Adam Ant, zanim stał się gwiazdą popu (obecnie zresztą zapomnianą gwiazdą popu), stał na czele wpływowej nowofalowej kapeli Adam and the Ants. Zespół ten o tyle był ważny, że wywarł bezpośredni wpływ na całą pierwszą falę brytyjskiego punkowo-gotyckiego grania, które wykluło się w klubie Batcave. Co ciekawe fakt ten w mniejszym stopniu dotyczył samej muzyki, co otoczki, którą The Ants stworzyli wokół siebie. Ponoć fani zespołu (zresztą często określani niemalże jako gang, wędrujący za kapelą za koncertu na koncert po całej Wielkiej Brytanii) w swej przeważającej większości w naturalny sposób wkrótce stali się miłośnikami Alien Sex Fiend, Specimen, Southern Death Cult, razem ze wspomnianymi zespołami pławiąc się w atmosferze turpizmu, dekadencji, seksualnej niejednoznaczności i niekontrolowanego szaleństwa. Podwaliny zapewnił Adam and the Ants, ze swymi teatralnymi, dzikimi koncertami podszytymi kipiącą seksualnością rodem z prymitywnych plemiennych rytuałów i rekwizytami niczym z gabinetów sado-maso, ze swym image'em, ewoluującym od nowofalowego sznytu, poprzez wątki "indiańskie", aż po zasugerowane przez nowego menedżera (tego od Sex Pistols), Malcolma McLarena, pirackie przebieranki, w końcu ze swymi tekstami i, w najmniejszym chyba jednak stopniu, muzyką.
"Dirk Wears White Sox" to debiutancki album grupy. Postpunkowi puryści traktują właściwie go już jako łabędzi śpiew zespołu, za niedoścignione wzory przyjmując wczesne single formacji. Na wydanym właśnie przez Sony kompakcie jako bonusy znalazły się dwa wczesne single i właściwie trudno stwierdzić, że pochodzące z nich nagrania wyróżniają się na tle zasadniczej części płyty. Są po prostu tak samo dobre. Muzycznie mamy na albumie kawał rasowej, melodyjnej, mrocznawej nowej fali z epoki, kiedy zaczęto co poniektórym zespołom punkowym dodawać przedrostek "post". Mieszają się tu wpływy punk rocka i post-punku, garażowego amerykańskiego grania i glamu a la "Ziggy Stardust" Davida Bowie. Zaskakujące dla współczesnych słuchaczy może być to, jak wiele z tej muzyki możemy odnaleźć u współczesnych zespołów z fali "nowego post-punku", na przykład u takiego Bloc Party. Warto zapoznać się z oryginałem.
maniak

ATTRITION
"Dante's Kitchen"
Big Blue Records
Brytyjska grupa Attrition istnieje od początku lat 80. i nagrała mnóstwo płyt. W dodatku wszystkie te płyty w ciągu kilku ostatnich lat zostały wznowione w Polsce. Podejrzewam, że nie przekłada się to specjalnie na popularność formacji w naszym kraju, ale mniejsza o to. Ważnym jest, że Attrition jest jedną z niewielu grup nurtu dark-electro, które mają styl i klasę. Zespół nawet na swoich mniej ciekawych albumach nie schodzi poniżej pewnego poziomu. "Dante's Kitchen" do porywających płyt bym nie zaliczył. Zespół konsekwentnie łączy zimny puls electro, chłodny programing z klasycyzującymi, quasi-operowymi żeńskimi wokalami, męskimi niskimi pomrukiwaniami i dodatkami smyczkowo-orkiestrowymi (zapewne z klawisza). Całość jest spójna, elegancka i, sorry, trochę nijaka. Martin Bowes, lider Attrition, nigdy nie pisał hitów ani nie specjalizował się w chwytliwych melodiach, w muzyce grupy zwykle były jednak elementy przykuwające uwagę - motoryczne bity, niepokojąca atmosfera, ciekawe aranżacje. Tymczasem na najnowszym albumie, mimo że produkcja jest jak najbardziej w porządku, nie ma nic, co by kazało potraktować muzykę z uwagą. Słuchałem tej płyty pięć razy i za każdym razem, gdy się kończyła, byłem zdziwiony, że to już, bo przecież do mojej świadomości żadne dźwięki się nie przedarły. A może najnowszy krążek Brytyjczyków ma oddziaływać tylko na podświadomość? Wątpię.
maniak

Rozmiar: 3540 bajtów BLACK ATMOSPHERE
"Descending Faith"

Global Inception
Nowa epka Black Atmosphere najpierw długo się rodziła, potem długo podróżowała do Polski, ale w końcu jest. Znajdziemy na niej cztery utwory, sporo różniące się od tego, co zespół zaprezentował na swym ostatnim albumie "Viral Transformation". Nagrania przede wszystkim pozbawione są digitalnego podrasowania, które co poniektórym tak przeszkadzało ostatnim razem. Kapela podryfowała w stronę psychodelicznego rocka, absolutnie nie tracąc swego mrocznego, gotyckiego wdzięku. Chore melodie jak od Bauhaus, wyśpiewywane demonicznym głosem Christopha Gladisa, zostały otoczone przestrzenną siatką gitarowych pajęczynek i rozmytych riffów o wyraźnie pinkfloydowskim pochodzeniu. Do tego energetycznie pogrywająca sekcja i śmiało wypełniające tło klawisze. Gęsta muzyka, o wyraźnej melodii i uwodzicielskim klimacie. Jeszcze fajniejsze to niż ostatni album Amerykanów. Polecam.
www.blackatmosphere.net
maniak

BLIND MICHAEL BRADLEY
"Hilarious Death Blues"

wyd. własne
Oj, nie jest to już to samo, co Myssouri, nie jest. Głos ten sam, elegancja i kultura muzyczna ta sama, ale nie ma poweru, nie ma już tej magii. Michael Bradley to wokalista Myssouri, grupy, nad którą się rozpływałem w zachwytach i której płyty uwielbiam. Niestety, zespół nie zyskał popularności i do końca swej (zawieszonej) działalności musiał sam borykać się z wydawaniem płyt, organizacją koncertów i wszelkimi innymi sprawami organizacyjnymi, co jak na grupę tego formatu w pewnej chwili stało się zbyt frustrujące, stąd i decyzja o zawieszeniu działalności. Bradley postanowił więc spróbować sił jako bard. Solowo wpasowuje się on w nurt nudziarskiego alt-country. Brak w jego nowych kompozycjach gitarowego, blues-punkowego ognia, aranżacyjnego czaru kompozycji Myssouri, uwodzących melodii. Pozostało całe morze song-writerskiej melancholii i sennego balladziarstwa. Dla fanów alt-country może to być odkrycie, gdyż artysta trzyma poziom, dla mnie to zdecydowany krok w tył. Mister Bradley, błagam, wracaj do Myssouri!
www.blindmb.com
maniak

EAT YOUR MAKE UP
CDR, wyd. własne
Nowa francuska załoga, która wyraźnie podąża ścieżką wczesnego Christian Death. Wokal a la Rozz Williams i wysunięta na pierwszy plan gitara powtarzająca stałe motywy. Granie trochę pozbawione własnego stylu, ale całkiem fajne. Jest w tym energia i siła i podejrzewam, że zespół całkiem dobrze wypada na koncertach. Eat Your Make Up trochę kojarzy mi się z inną francuską formacją, Martyr Whore, która na początku lat 90. poszła podobną drogą i też dobrze jej wychodziło granie w stylu wczesnego Christian Death. Poza tym kłania się Bloody Dead and Sexy - to też granie utrzymane w tym samym klimacie. http://www.eatyourmakeup.fr.st
maniak

Rozmiar: 3945 bajtów FAETAL
"[sic]"
Wasp Factory
Cenię Wasp Factory za inteligentny dobór wykonawców zmyślnie kojarzących digitalne brzmienia z soundem gitar. Można wręcz powiedzieć, że ten brytyjski label wprowadza mroczne darkaweve'owo-gotyckie granie w nowy wiek. Osobiście nie gustuję w tej całej plastikowej produkcji, ale wysokiego poziomu wykonawcom z Wasp Factory odmówić nie można. Powtórzę jeszcze raz, że w porównaniu z całą niemiecką darkwave'ową szmirą produkowaną na tony, specjalizujący się w mrocznych elektronicznych brzmieniach Anglicy wypadają niczym autentyczni geniusze. Tak więc precz z teutońskim electro-łomotem i niech młodzież słucha czegoś bardziej subtelnego na swoich dark-potańcówkach. Faetal jednak to nie jest zespół wyróżniający się na tle pozostałych formacji z Wasp Factory. Troszkę pretensjonalna jest ich muzyka. W najlepszych, popowych chwilach ociera się ona o elegancję Marca Almonda, ale jak na mój gust za dużo tu tech-trance'u typu Fading Colours i ciężkich, riffowo jadących gitar. Parę melodyjek trafia w głowę, ale całość troszkę rozłazi się na szwach, tak że nie wiadomo, czy ma być ładnie i nastrojowo, czy czadowo i tanecznie. Zespół z mocnej drugiej ligi. Wątpię, by za lat kilka ktoś o nim pamiętał.
www.wasp-factory.com
maniak

Rozmiar: 6050 bajtów FEAR OF DOLLS
"She Dances Happily to Happy Songs, She Smiles Happily with Happy Thoughts"
wyd. własne
Długo nie słyszeliśmy o tej formacji ze Seattle. Płyta była gotowa z dobre dwa lata temu, ale grupa nie znalazła wydawcy i w końcu wypuściła ją własnym sumptem. Szkoda tylko, że spośród zawartych na niej pięciu długich kompozycji tylko trzy to piosenki. Pozostałe dwa utwory instrumentalne jawią mi się jako zapchajdziury, choć podejrzewam, że w zamierzeniu miały budować klimat. Cóż, nawet jeśli nie rozbijają one całości, to są niepotrzebne i mnie osobiście po prostu irytują. A szkoda, bo Fear of Dolls gra bardzo nastrojową, kąśliwą, gotycką w wyrazie mieszankę, z wyraźnymi odniesieniami do wczesnych Sonic Youth i Swans. Jak na tyle lat ciszy, spodziewałbym się po muzykach więcej. Może przydałaby się mniejsza dbałość o formę i klimat, a większa o dobre kompozycje?
www.fearofdolls.com
maniak

THE HOLLOWMEN
CDR, wyd. własne
Co prawda dostałem ten album w formie CDRa, ale mam żywą nadzieję, że to tylko wersja promo tak wygląda, i płyta ukaże się na normalnym, fabrycznym nośniku. Inaczej zakrawałoby to o pomstę do nieba.
Berlińska formacja gra wyśmienitą postpunkową muzykę o bluesowych korzeniach, nie stroniącą od flirtu z jazzem. Zdaje się, że niegdyś coś podobnego grała australijska formacja Laughing Clowns (chodzi mi o te jazzowe wstawki), a The Birthday Party to jak najbardziej naturalny, a przy tym powszechnie znany zespół, który może służyć za odnośnik. Jeślibym wymienił jeszcze taki Blurt albo Morphine, też bym nie skłamał, a nakreślił dodatkowe linie osadzające The Hollowmen w muzycznej przestrzeni (o Crime and the City Solution, These Immortal Souls czy Once Upon a Time też wspomnieć muszę).
Gęsta jest ta muzyka. Oprócz tradycyjnego rockowego składu mamy pianino, saksofon i wiolonczelę. Instrumenty w podstawowych partiach utworów brzmią selektywnie, by w kulminacyjnych momentach wybuchnąć jazgotliwą ścianą dźwięku. Swingujące, wyciszone momenty skontrastowane są często z instrumentalnymi erupcjami hałasu, a narracyjne fragmenty w wykonaniu wokalisty przeradzają się w długie chwile wypełnione dzikimi pohukiwaniami i zawodzeniami. Pomimo zgrzytów, pisków i rozedrganych, nieuporządkowanie rozimprowizowanych fragmentów, The Hollowmen wciąż gra ładne, melodyjne piosenki, urzekające nastrojem i dawką zawartych w nich emocji. A przynajmniej tak jest do czasu, bo w miarę trwania wydawnictwa utwory stają się bardziej i bardziej podporządkowane ideom bliższym jazzowi niż rockowi i, prawdę mówiąc, staje się to pod koniec albumu nieco męczące. Jednak The Hollowmen to znakomita grupa. Na miejscu Cave'a wziąłbym berlińczyków jako suport The Bad Seeds.
www.thehollowmen.de
maniak

 THE KOFFIN KATS
Psychobilly Us Label

Szybkie, rzeźnicko ostre, melodyjne i zarazem mroczne psycho ze Stanów. Wokalista zaciąga bardziej po pop-punkowemu a la Zachodnie Wybrzeże niż w stylu Elvisa (nie licząc ostatniego numeru), wtóruje mu miły misfitsowki chórek, perkusja łupie zwykle na dwa, a riffy i stałe motywy wygrywane na gitarze ciągną całość do przodu razem z buczącym kontrabasem. Dobra mieszanka agresji, melodii i gotyckiego klimatu. Nie nazwałbym tego gothabilly, ale i nie zdziwiłbym się, gdyby czystej krwi psychobillowcom tak się to trochę kojarzyło. Kapela trzyma poziom. Na koncert poszedłbym w te pędy.
www.koffinkats.com
maniak

 NAUGHTY ZOMBIES
CDR, wyd. własne
Poznali się kilka lat temu w Portland na koncercie Subtonix (czyli grupy, z której wyłonił się Vanishing), twierdzą, że grają muzykę, której słuchając można nabawić się schizofrenii, wśród ulubionych zespołów wymieniają oprócz dwóch wyżej wspomnianych Lost Sounds, X-mal Deutschland, The Cramps, Paralisis Permanente.
Wpływy wspomnianych formacji w muzyce Naughty Zombies można znaleźć bez problemu. Ten pochodzący z Madrytu duet gra elektronicznego goth-punka. Takie nazwy jak Vanishing, Subtonix, Weegz czy Lost Sounds faktycznie same się nasuwają. Muzyka dzika, o szorstkim brzmieniu, pełna sfuzowanych gitar, nisko brzmiących keyboardów i agresywnego bitu. Do tego horror-image. Fajne granie i obiecujący zespół.
www.naughtyzombies.tk
maniak

 NEITHER/NEITHER WORLD
"Rewound"

Shayo
Bardzo lubię Neither/Neither World, ale nie lubię płyt takich jak ta. "Rewound" to po prostu składanka akustycznych numerów pani Wendy Van Dusen, z kilkoma dla zachęty dorzuconymi premierowymi piosenkami (swoją drogą ciekawe, czy znajdą się one na kolejnym krążku grupy). Przy ogólnej nadprodukcji płyt na świecie wydawanie tego typu rzeczy zakrawa na absurd i wyciąganie pieniędzy od naiwnych. A tak ogólnie, to i tak słabo się tego albumu słucha. Jakiś za spokojny jest. Brak trochę pazura, którego piosenki NNW zazwyczaj nie są pozbawione. Tak więc grupę NNW polecam zdecydowanie, ale nie z tego wydawnictwa. Darujmy sobie składanki i od razu przejdźmy do meritum, czyli krążków z oryginalnym materiałem.
www.shayo.ch
maniak

 SCARY BITCHES
"Creepy Crawlies"

Resurrection Records
Najfajniejszy w Scary Bitches jest ich luz. Ta brytyjska załoga zupełnie nie sili się na specjalne kombinowanie, a to że jest oryginalna, jakoś przychodzi jej samo z siebie. Proste piosenki z tanecznym bitem, ciężkie, riffowo grające gitary i świetna wokalistka wyśpiewująca prześmieszne teksty. Poza tym atmosfera beztroskiego party i błazenada w stylu vampiric-glam-gothic. Słuchasz, przytupujesz nogą i gęba sama się uśmiecha. Na stronie internetowej zespołu wyczytałem, że "Creepy Crawlies" jest trzecim albumem kapeli, a przyznam, że byłem dogłębnie przekonany, że to ich drugie długogrające dokonanie. Coś mi najwidoczniej umknęło. W każdym razie w porównaniu do "Lesbian Vamyres from Outer Space" nowy krążek jest trochę słabszy. Piosenki często podobne do siebie i jakoś rzutuje to na ich chwytliwość. Jednak dwie kompozycje rozwalają. Tytułowy utwór, który natomiast porywa do pląsu, i przeróbka "Ghost Riders in the Sky" utrzymana w tonacji dansingowo-ska-gotyckiego country. Bomba! Przy takich kawałkach można tańczyć aż do wyzionięcia ducha.
www.scarybitches.com
maniak

 SLEEPING CHILDREN
"Lullabies for Debauchery"

Strobelight Records
Gdybym zdążył napisać tę recenzję, zanim wypiłem z chłopakami z Paryża parę piwek i zdążyłem zobaczyć ich na scenie, byłaby taka sama, tyle że nie byłoby plusa za granie na żywca. Bo i, prawdę mówiąc, chwalić ten album niespecjalnie jest za co. Granie inspirowane Cinema Strange, Tragic Black, Nevą, co prawda poprawne, ale w mało porywającym wydaniu. Dźwięki kojarzące mi się osobiście jeszcze z kilkoma mało znanymi gotyckimi zespołami z Francji z początku lat 90: Ora Pro Nobis, Swan Death, wokal jak u Corpus Delicti. Automat perkusyjny i wysunięte do przodu klawisze to zestaw, który jak dla mnie nie brzmi najlepiej. Melodie w głowie niespecjalnie zostają. Nawet personalnie powiązany ze Sleeping Children zespół Deadchovsky, którego średnio chwaliłem, wypada ciekawiej. Na koncercie było jednak OK. Chłopaki mają w sobie energię i pomimo że nie mają perkusisty, doginają całkiem sprawnie. Nie nudziłem się na ich występie i nawet mi się podobało, więc za to wyrazy uznania. Muzycznie paryżanie mogliby jeszcze jednak nad sobą popracować.
www.sleepingchildren.com
maniak

 VOICES OF MASADA
"Four Corners"

wyd. własne
Gotycki zespół brytyjski jak z lat 90, w składzie którego znaleźli się m.in. byli członkowie Revolution by Night i Burning Gates. Gitarowe granie z klawiszem w tle i z panem śpiewającym całkiem nisko. Inspiracje czytelne jak na dłoni: Fields of The Nephilim, potem długo nic, Sisters of Mercy, Nosferatu, itd... Granie takie, jakie polskim gotom podoba się najbardziej i które uznają za "prawdziwy gotyk". Osobiście mnie to nudzi nie mniej niż dokonania innych tego typu smutasów, ale przyznaję, że zespół trzyma poziom i jeśli ktoś lubi takie schematycznie tradycyjne dźwięki, to będzie zachwycony.
www.voices-of-masada.co.uk
maniak

 VOODOO CHURCH
"Unholy Burial"

Strobelight Records
Trochę nie wierzyłem, że ta płyta będzie dobra. Blisko dwudziestoletnia przerwa w działalności kalifornijskiej kapeli skłaniała mnie ku ostrożnemu potraktowaniu jej pierwszego w historii albumu (jeszcze do niedawna dorobek zespołu ograniczał się do jednej czteroutworowej, znakomitej zresztą, epki wydanej w 1982 roku). Jednak Tina Winter wraz ze swoją na nowo skompletowaną młodą ekipą (w składzie m.in. Tony Havoc, znany z Horror Show i Fear Cult) stanęła na wysokości zadania. Płytę wypełnia klasyczny, epatujący grobowym nastrojem, mocno osadzony na gitarowych riffach goth-punk/deathrock utrzymany w dość leniwych tempach. Nowy Voodoo Church od starego różni się tym, że brzmienie formacji jest trochę bardziej przestrzenne i nieco wygładzone (gitara raczej brzmi ciężko niż ostro jak to miało miejsce na debiucie). Klimat jest jednak wielce zacny, a kompozycje uroczo turpistyczne. Album świetnie się broni jako całość, a kower The Cure "The Figurehead" bezproblemowo wtapia się w resztę materiału. Przykrą sprawą związaną z ukazaniem się płyty jest fakt, że wydarzenie to zbiegło się w czasie ze śmiercią Shadowa, gitarzysty z pierwszego składu Voodoo Church. Tymczasem inny eks-członek zespołu, z tym że nie z klasycznego, ale obecnego jego wcielenia, Syn Holliday, wszedł w skład nowej orkiestry, której nazwa brzmi Lost Children. Formacja właśnie szykuje się do wydania albumu, a jego zajawki brzmią bardzo obiecująco. Gwoli pełnej informacji przypomnę, że inny muzyk starego Voodoo Church, Dave Graves, stoi na czele Frankensteina
www.voodoo-church.com
maniak

 WOVEN HAND
"Consider The Birds"

Glitterhouse / Gusstaff
Pierwsza płyta Woven Hand podobała mi się, ale umiarkowanie, drugiej nie słyszałem, a trzecia to mistrzostwo. Woven Hand to autorski projekt znanego z 16 Horsepower Davida Eugene Edwardsa. Jego macierzysta grupa gra muzykę wyrastającą z pnia cave'owskiego, ze sporą domieszką country i folku, ale też z rockowym drive'em. Tymczasem na "Consider The Birds" znajdziemy utrzymane w mrocznej, nie zawaham się użyć tego określenia, gotyckiej konwencji, folkową i rockową psychodelię i alt-country. Najnowsze dokonania Woven Hand to pełne rozmachu apokaliptyczne hymny, które bez chwili namysłu nazwałbym dekadenckimi, gdyby nie fakt, że zakorzenione są u samej podstawy w chrześcijańskiej religijności. Edwards raczy nas ponurymi pieśniami, w których splatają się wątki, które można by odnieść do najwspanialszych dokonań barokowego okresu Current 93, balladowego Swans, "morderczo-balladowego" Nicka Cave'a, psychodelicznego Hugo Race'a, późnego Johnny'ego Casha i w końcu wczesnego Pink Floyd, a jeśli chodzi o podobne podejście do tradycyjnej muzyki amerykańskiej, to do nagrań gotycko-psychodeliczno-folkowej formacji Stone Breath. Każda z piosenek to małe dzieło sztuki, wciągające w głębiny smutku i melancholii, pulsujące podskórnym napięciem i egzystencjalnym bólem (nawet jeśli teksty chwalą Pana). Na tle dość miałkich, raczej sentymentalno-rozpaćkanych niż przeszywających, dokonań modnych ostatnio nowych twórców folk-psychodelii i alt-country, Woven Hand jawi się jako zdecydowanie inna bajka, bajka o nadciągającym Armagedonie.
maniak




      alternative.pop


mroki.serpent.pl