recenzje:
styczeń 2006
wrzesień 2005
czerwiec 2005
maj 2005
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004


WKRÓTCE!
/planowany - VI-VII 2006/


/jesień 2005/


/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

 6. numer "Colda" nadal dostępny!
zob. szczegóły



ALL GONE DEAD
"Fallen & Forgotten"
Strobelight
To londyńskie trio już na starcie zdrowo zamieszało w deathrockowym światku. Wierzę, że przy odrobinie szczęścia i dobrej promocji kapela może osiągnąć popularność porównywalną z Cinema Strange. Fantastyczny kolorowy image, przepiękne kompozycje o hiciarskich melodiach, osobisty urok muzyków. Co prawda na żywo trochę daje się we znaki brak żywej perkusji, przez co nieco siada dynamika występu, ale słuchając płyty nie ma to znaczenia. Jedna po drugiej piosenki z "Fallen & Forgotten" gładko wchodzą w głowę i "przebój" goni "przebój". Grupa nie ma oporów w łączeniu punkowych gitar i miękkich syntezatorowych brzmień, glamowych melodii i nieskomplikowanych perkusyjnych bitów, zaangażowanych tekstów z, co by nie mówić, dość "sofciarską" muzyką. W ten sposób powstało dzieło może nie przytłaczające swym ciężarem gatunkowym, za to urzekające melodiami i swobodnym, niewymuszonym klimatem. Glamowy batcave podchodzący pod Specimen i Sex Beat, noworomantyczne motywy jak u Visage, miękkie brzmienia w pop-gotyckim klimacie Blitz z "Second Empire Justice", motoryka i ogólny klimat jak u Fear Cult, kapeli, która z nieco gorszym rezultatem próbowała łączyć syntetyczne brzmienia z deathrockiem kilka lat wcześniej. Nie wątpię, że All Gone Dead powiedzie się w gotyckim światku. Talentu mają aż nadto.
maniak
www.allgonedead.net

BETE NOIRE
"2006, Don / Nothing at All"

MCDR, wyd. własne
Słyszałem tę nazwę już dawno, ale trzeba było, żeby chłopaki z Miguela wyprawili się do Wrocławia, żeby mogło wpaść mi w ręce te oto dwupiosenkowe demo. I bardzo dobrze się stało, że wcześniej nie odnalazłem strony Bete Noire w Internecie, bo to, co tam można (być może wciąż - chodzi o demo "Omen") usłyszeć (jak sprawdziłem zaraz po otrzymaniu niniejszego wydawnictwa), do kapeli mogłoby mnie tylko skutecznie zniechęcić. A więc podkreślę - stare nagrania formacji mają się nijak do tych dwóch nowych. Różnica jest rzędu kilku klas! Dwie nowe piosenki są bardzo, bardzo dobre. Senna, nastrojowa zimna fala dla wszystkich fanów polskich mroków z lat 80. Przemyślane, dobrze wykonane kompozycje, pełne smaczków i epatujące odpowiednim klimatem. Czujny puls sekcji, psychodeliczne klawisze, pajączkowata, delikatna gitara, punktujący bas, niezły (po angielsku) wokal i nadający całości oryginalnego charakteru świetny, przejmujący klarnet. Gdyby jeszcze tylko nieco lepsza produkcja. Ale nawet i bez tego - chłopaki nagrywajcie płytę!
maniak
www.betenoire.prv.pl

THE CARAVANS
"No Mercy"

Drunkabilly Records
Klasyczny zespół angielskiego neo-rockabilly, grupa, która powstała w 1983 roku, na swym jedenastym (a może dwunastym?) albumie wcale nie brzmi jak typowo rockabillowy zespół. Zresztą we wszystkich recenzjach piszący podkreślają, że na najnowszej płycie kapela wzmocniła brzmienie. I rzeczywiście, rock'n'roll Caravansów podrasowany został bardzo widocznie o elementy tradycyjnego brytyjskiego punka, takiego nie gardzącego rytmiką ska, aż nasuwają się skojarzenia z Citizen Fish albo AOS3 (w dużej mierze jest to sprawa głosu Marka Peningtona). A więc bardzo przebojowa, melodyjna muzyczka, podana z kopem, jako żywo nadająca się do tańca. A czy bawić się będą przy niej lepiej ci, którym jest bliższe ska, czy ci, którzy raczej wolą psychobilly, to sprawa trudna do rozstrzygnięcia. Ja stawiam na rudeboyów. Bardzo sympatyczna rzecz, a kilka nagrań elektryzuje.
maniak
www.myspace.com/thecaravans

CITIZEN WOMAN THERE
"Passing Lorry Trash and Glory"

CDR, wyd. własne
Drugie mi znane, a czwarte w sumie demo krakowskiego zespołu na dobrą sprawę mogłoby uchodzić za pełnowartościowy album. Faktycznie, jak zastrzega kapela, realizacja nagrań nie jest najlepsza, ale znam oficjalnie wydane płyty, które brzmią gorzej. Citizen Woman There gra post-punka, takiego w tym nowszym stylu, choć o korzeniach sięgających do dokonań Joy Division, Gang of Four, Wire czy The Cure. Sposób myślenia o muzyce lokuje grupę bliżej sceny indie niż colwave'owo-gotyckiej, gdzieś tam na obrzeżach rejonów, w których działają The Car is On Fire czy Cool Kids of Death. Krakowiacy są jednak bez porównania bardziej liryczni od warszawiaków czy łodzian. W skrócie mówiąc, są po prostu bardziej krakowscy. W ich muzyce jest bowiem taka artystowska nutka, która zespołom z grodu Kraka każe brzmieć odrobinę bardziej "art-" niż rock'n'rollowo. Chyba taka to specyfika tego miasta, choć zapewne to uogólnienie nie wszystkim przypadnie do gustu. W muzyce Citizen Woman There dużo jest rozedrgania, przerw, narracji zamiast śpiewania. Mnie osobiście mało to granie porywa, choć je doceniam. Obawiam się jednak, że mało zwolenników znajdzie ta twórczość - jeszcze mniej niż dokonania "tradycyjnych" zimnofalowców typu Wieże Fabryk czy omawianego powyżej Bete Noire. Mimo wszystko warto chyba robić swoje, bo swoją wartość to ma...
maniak
ww.cwtsite.co.nr

CULT OF THE PSYCHIC FETUS:
"Funeral Home Sessions"

Raven Music Group
Pierwsze wrażenie jest dziwne. I nie chodzi o muzykę, bo ta jest znakomita, ale o jakość nagrania. Rock'n'rollowy zespół w wersji lo-fi? Tak to wygląda, ale, zaręczam, przeszkadza tylko przez góra minutę. Czyżby zespół faktycznie, jak sugeruje tytuł, zrealizował sesję w domu pogrzebowym? Po takich świrach wcale bym się nie zdziwił.
"Funeral Home Sessions", trzeci album kapeli, jest jej najlepszym dokonaniem. Na poprzednich dwóch płytach tych czołowych gothabillowców zawsze było kilka powalających klimatem i melodią numerów, ale też trochę typowych rock'n'rollowych przeciętniaków, na dobrą sprawę nie do rozróżnienia. Na nowym albumie mamy kompozycje co prawda dość podobne do siebie, ale znakomicie tworzące zwartą całość. Prawdę mówiąc, zawartość nowego krążka jako żywo przypomina dokonania Kalifornijczyków z Deadbolta, bo podobne średnio szybkie tempo kompozycji, i podobny "creepy" klimat, i podobne stonowane surfujące aranże. A jednak ma to swój własny charakter i słucha się tego świetnie. Zdecydowanie nocna muzyka o wyraźnie horrorowym zacięciu. Rozczarowująca jest tylko forma wydania - płyta w blaszanym pudełku, pomysł, na który najbardziej lubią wpadać wszelkiej maści ambiento-industrialiści. Żadnej okładki, żadnej grafiki, tylko blacha. Szkoda, ale i tak polecam!
maniak
www.ravenmusicgroup.com

DEMENTED SCUMCATS
"Splatter Baby"

Crazy Love Rec. 2005
Demented Scumcats to side-project, w którym udziela się 3/5 składu Demented Are Go wspierane przez rozmaitych gości ze sceny psycho i punk. O ile najnowszą produkcję chłopaków z DAG zjechałem równo, o tyle o ich pobocznym wyskoku nie napiszę złego słowa. Płyta jest po prostu zajebista! Już poprzedzająca ją o kilka miesięcy EP-ka sygnowana właśnie nazwą Demented Scumcats wzbudzała coś więcej niż tylko zainteresowanie. Jednak dopiero w formacie LP ta muzyka robi wrażenie i wręcz przygniata swą siłą i klimatem.
Muzycznie w zasadzie nie odbiega to jakoś specjalnie od tego, czym raczyli nas chłopcy przez lata pod nazwą DAG - szorstki, brudny, punkowy rock'n'roll zagrany z psychobillową pasją i solidnie doprawiony porządną dawką mrocznego, diabelskiego klimatu. W zasadzie można powiedzieć, że "Splatter Baby" jest znakomitą kontynuacją tego, co DAG zaprezentowali na "Hallucifernation". Jednak ja osobiście stawiam płytę Demented Scumcats o kilka oczek wyżej, a to głównie za świetne aranże gitar, zajebiste melodie i świetnie wykorzystane klawisze, dzięki którym muzyka Scumcats robi się wielobarwna i jednocześnie bardziej spooky niż piosenki z płyt DAG. Kiepskim pomysłem natomiast było umieszczenie na płycie dwóch czy trzech (już nie pamiętam) głupawych kawałków inspirowanych country, które jak dla mnie nic nie wnoszą do obrazu całości a jedynie zaśmiecają i psują ogólne dobre wrażenie.
Tak czy inaczej "Splatter Baby" to strzał w dziesiątkę i jak dla mnie jedna z najfajniejszych produkcji zeszłego roku. Szkoda, że w obozie DAG tak cienko się aktualnie przędzie. I tak po raz kolejny przesłuchując "Splatter Baby" na zmianę z "Hellbilly Storm", odnoszę zabawne wrażenie, że chłopaki swe najlepsze pomysły wpakowali właśnie na płytę Scumcats, a ostatnie "dzieło" DAG to jakieś odrzuty z sesji.
Nerve

DEVILISH PRESLEY
"Memphisto"

November 10th Records
Siarczysty, podszyty diabłem rock'n'roll w wykonaniu duetu! Gitara i bas plus automat perkusyjny - trudno uwierzyć, że rock'n'rollowy z krwi i kości zespół posiłkuje się mechanicznym rytmem. A jednak to nie przeszkadza! Na swym trzecim albumie rezydujący w Londynie band w garażowo-punkowym stylu zahacza o stylistykę glam i ponoć puszcza oczko do publiczności spod znaku deathrocka i horror-punka. Prawdę mówiąc, uznanie w mrocznych środowiskach trochę mnie dziwi. Bo jeśli Devilish Presley jest na "tak", to dlaczego nie zauważać dziesiątek innych nie mniej sprawnych rock'n'rollowych garażowych zespołów, od których roi się na świecie? To kwestia właściwego "publicity" i zjednania sobie odpowiednich osób z danej sceny. Wypada więc tylko docenić sprawne działanie marketingowe w poszukiwaniu wszelkich możliwych targetów. Jestem trochę powściągliwy w ocenie Devilish Presley, bo zachwyty, od których roi się w magazynach okołogotycko-deathrockowych wydają mi się w dużej mierze spowodowane tym, że piszący nie mieli po prostu wiele do czynienia z podobnymi zespołami. Ale zostawmy to. Londyńczycy grają fajnie. Jest czad, są melodie, jest więcej niż trochę rock'n'rollowo-glamowego blichtru pod T-Rex, trochę hard-rockowego wydzierania i riffów pod AC/DC, trochę punk'n'rolla nawiązującego do The Ramones, niedalekiego od Kevina K and The real Kool Kats albo Sonic Angels. No i, sorry, ale nie słyszę tu ani gotyku, ani psychobilly, ani horror-punka, jak chcieliby niektórzy recenzenci. Nie jest to zarzut względem zespołu, ale skąd to naciąganie stylów u piszących, to nie wiem. Większość piosenek faktycznie bez problemu przekonuje dobrymi melodiami, ale kilka to rock'n'rollowe muzaki. Doceniam kapelę z każdym przesłuchaniem coraz bardziej, ale zachwytów do końca nie chwytam. Może powinienem zobaczyć duet na scenie, żeby zostać w pełni przekonanym? No więc czekam...
maniak
ww.devilishpresley.com

GENETIKS
"Bitte Zurucktreten"

Millipede Records
Tego mi było trzeba. Coś trochę innego od dźwięków na co dzień goszczących w głośnikach mojego odtwarzacza, a przy tym muzyka jak najbardziej pasująca do linii moich zainteresowań. Mocny post-punk z więcej niż zauważalnymi aluzjami do noise-rocka spod znaku Girls Against Boys czy nawet do Sonic Youth, wyrastający z transowo-nowofalowego rdzenia The Fall, mający no-wave'ową zakrętkę Kalifornijczyków z Weegs czy Condor, o klimacie depro-punka jak na wczesnych płytach Fliehende Sturme. Hipnotyczna, ostra jazda na podkręconych obrotach, skandowane, dość melodyjne, nie dające chwili wytchnienia wokale, ostre gotycko-postpunkowe gitary i electro-punkowo jadące klawisze, wygrywające melodyjki mocno podszyte niepokojem. Zapodane z niesamowitą energią i fantastyczną dynamiką zadziorne, ale i przy tym mroczne riffy. Ekipa z Norymbergii grzeje, że aż miło. Chciałoby się zobaczyć ją na żywo, bo jeśli przyjąć, że nagrania studyjne nigdy nie oddają prawdziwej siły muzyki, to Niemcy ze sceny muszą urywać łby. Ciekawe czy ich poprzednie dwa MCD i winylowy singiel również emanowały takim pałerem? Bomba!
maniak
www.genoton.de

G-STRING
"Bad Motherfuckers"

Psycho US / Haiball 8
Miało być psychobilly, tymczasem zespół jedzie punkrockiem praktycznie przez cały czas, do tego od czasu do czasu podpiera się metalowymi riffami. Ze sceną psycho oprócz wyrażanej sympatii grupę łączy tylko fakt, że zamiast basu kapela używa kontrabasu, co oczywiście jakieś znaczenie dla brzmienia całości ma, ale nie takie znowu wielkie. No więc Francuzi na swej drugiej płycie prują niemiłosiernie. Rytmy praktycznie ciągle na dwa, wokalista niczym karabin maszynowy, czyli generalnie dużo huku, a mało melodii. Jak napisał ktoś w internetowej recenzji - "kto kocha Demented Are Go, The Meteors czy Frantic Flinstones ten znienawidzi tę płytę". Nie przesadzałbym. Po prostu oprócz zamiłowania do wymienionych kapel trzeba również przejawiać sympatię do tradycyjnego, agresywnego punk rocka, takiego bez finezji i kombinowania. A G-string w tym, co robią, są nieźli.
maniak
www.g-string.org

GUILTY PARTY
"It Doesn't Hurt"

Evil Eye (wyd. własne)
Pierwsza EP-ka tego kalifornijskiego zespołu trochę bardziej mnie przekonywała. Zapewne z racji tego, że łatwiej jest zebrać na jednym krążku pięć dobrych kompozycji niż dobrych dziesięć. Tak więc gdy jest dziesięć, jak na "It Doesn't Hurt", niektóre z piosenek potrafią przemknąć chyłkiem koło ucha, ale ogólnie jest zadawalająco. The Guilty Party gra trochę po nowofalowemu, trochę po popowemu. W głosie wokalistki jest mnóstwo melancholii, muzyka często bywa smutnawa i zamglona i ogólnie zespołowi, pomimo że ma w sobie dużo energii, to romantyzmu nie brakuje. Jeżeli chodzi o skojarzenia, to do głowy przychodzą Siouxsie i Cocteau Twins, Curve i My Bloody Valentine, może jeszcze Blonde Redhead. Kapela bliższa jest scenie indie-rockowej niż któremukolwiek z "mrocznych" stylów, ale jest fajna, a nawet więcej niż fajna. Słucha się tego z frajdą.
maniak
www.theguiltyparty.us

MICK HARVEY
"One Man's Treasure"

Mute
Bardzo przyjemny, aczkolwiek niekoniecznie wciągający album z balladami australijskiego muzyka, będącego jednym z filarów grupy Nicka Cave'a The Bad Seeds. Mick Harvey po raz trzeci na swej solowej płycie skoncentrował się na piosenkach obcych wykonawców. Jego dwa poprzednie albumy wypełniały interpretacje songów Serge'a Gainsbourga. Tym razem katalog nazwisk jest szerszy: Lee Hazelwood, Tim Buckley, Kim Salmon i Dave Faulkner, Nick Cave, Conway Savage, Jeffrey Lee Pierce... Spokojne, melancholijne, zadumane piosenki, opracowane głównie na akustyczną gitarę i masę smyczków. Jest tu coś z ducha alternatywnego country, trochę brytyjskiego folku lat 60., trochę amerykańskiego bluesa. Wszystko to jest ładnie zagrane, ładne są melodie, sympatyczny klimat, eleganckie wykonanie. Kilka piosenek jest naprawdę poruszających, pytanie tylko, czy to zasługa interpretacji, czy doskonałości materiału wyjściowego. Jeśli chodzi o autorskie kompozycje Harveya, to na "One Man's Treasure" znalazły się dwie. Utwór tytułowy to jedna z ładniejszych piosenek na płycie, mi osobiście swym ciepłym nastrojem przypominająca dokonania Backworld z albumu "Of Silver Sleep". Z kolei druga z napisanych przez Harveya kompozycji, "Will You Surrender?", to takie nudziarstwo pełną piersią, szlachetne, ale wymagające od słuchacza sporego zaangażowania, czyli przynajmniej wsłuchiwania się w tekst, co, jak wiadomo, osobom, dla których angielski nie jest pierwszym językiem, nie musi przychodzić z łatwością. Takich momentów, troszkę jak na mój gust pozbawionych życia, na albumie jest kilka i o ile na początku płyta, pomimo że utrzymana w balladowej konwencji, dzięki wciągającym kompozycjom w pełni przekonuje, to pod koniec za sprawą co poniektórych piosenek mocno już wieje nudą. Oczywiście pozostaje kwestia podejścia do tego materiału, więc z pewnością osobnicy ze skłonnością do melancholii będą zachwyceni całością. Obiektywnie, tak jak można było spodziewać się od artysty klasy Harveya, rzecz bardzo dobra i warta uznania, ale fakt jest faktem, że niektórych może znużyć. Osobiście nie zmęczyłem się słuchaniem, ale do nadmiernej ekscytacji również mi daleko.
maniak
płyta dostępna jest m.in. w sklepie serpent.pl

HELLBATS
"Dark'n'Mighty"

Psycho US / Haiball 8
Miłe zaskoczenie. Po poprzedniej płycie tej francuskiej kapeli, raz przesłuchanej we fragmentach w sklepie, pozostało mi wrażenie, że Hellbats to metalowcy, którzy uparli się, by grać psychobilly. No i cóż, na nowym albumie też słychać, że oprócz psychobilly chłopaki słuchają metalu, a przynajmniej że ich gitarzysta słucha. Ale to tak naprawdę przeszkadza mi dopiero pod koniec wydawnictwa. Wtedy facet zaczyna trochę przesadzać z solówkami żywcem wyjętymi z Halloween albo innego Iron Maiden i zaczyna to być śmieszne. A gdyby nie te solówki, to byłoby bardzo miło. Hellbats ma talent do melodii, dużo diabelskiego ognia w sobie i jest mroczny jak trzeba. A gitarzystę jest i za co pochwalić, bo gdy nie napierdala palcówek po gryfie, to wymyśla całkiem zręczne stałe frazy i riffy, nadające dużo smaczku całości. No ale że psuj z niego, to wszystko co tak fajnie wykombinuje, potem grzebie pod "yngweemalmsteenami". Fakt jest jednak faktem, że już po dwóch przesłuchaniach albumu zaczęły mi chodzić po głowie jakieś jego fragmenty. Musi być coś w tej muzyce. Jeszcze nie wiem, czy zostawię sobie krążek, ale wiem, że na koncert kapeli bym poszedł.
maniak
www.hellbats.com

HOLY KISS
"Back to Calma / Grey Horizonts"

7", Release the Bats
Szkoła grania The Birthday Party, Crime and the City Solution, Once Upon a Time, a w takim jak to wykonaniu takiej muzyki nigdy dość. Holy Kiss działa od kilku lat, czego owocem są dwa winylowe single i kompaktowa EP-ka oraz split z grupą Swann Danger. Dwa nagrania zawarte na wydanym przez szwedzki label omawianym winylu prezentują najwyższą klasę. W głosie żar jak u Nicka Cave'a, gładkie acz zadziorne melodie jak w These Immortal Souls, swingująca sekcja rytmiczna plus pianino i saksofon. Słucha się tego świetnie, a jaki ciężki winyl i jak ładnie wydany!
maniak
www.angelfire.com/indie/theholykiss

HYSTERIC HELEN
"Unidetified Fetish Object"

CDR, wyd. własne
Sympatyczny jest ten słowacki zespolik. "UFO" to drugi, równie króciutki co pierwszy (cztery utwory), materiał bratysławian. Batcave'owski wokal, minimalna elektronika w podkładach, gitara, automat perkusyjny. Muzyczka prosta, ale fajna. Nie jest to mistrzostwo świata, ale swoją klasę ma. Hysteric Helen kojarzy mi się z Fear Cult i wczesnym Cinema Strange, o czym już pisałem wcześniej, ale przy okazji nowego wydawnictwa odkryłem też bliskie powinowactwo z niemieckim Bat-Attakk - podobne instrumenty, podobny puls muzyki, podobne aranże. Jest OK.
maniak
www.kde.cz/hysteric/helen

THE LIARS
"Drums Not Dead"

Mute
Już tytuł płyty sugeruje, o co tutaj chodzi. Bębnienia na trzecim albumie szalonych nowojorczyków jest mnóstwo. Zespół poszedł w stronę rytualnych transików na dwie perkusje okraszonych solidną dawką gitarowo-przetwornikowego jazgotu i przyzwoitą ilością wyśpiewywanych melodii. Pomimo plemiennego naparzania po garach płyta utrzymana jest raczej w chilloutowym klimacie i bardzo dobrze jej się słucha w nocy. Kapela kilka razy przestaje bić po kotłach i wtedy to już zupełnie onirycznie, psychodeliczno-ambientowo się robi. Jednocześnie The Liars zachowuje zawsze swój rockowy charakter i słychać, że to muzyka robiona przez facetów z jajami, a nie przez przeintelektualizowanych gogusiów w okularkach. Najtrafniejszym porównaniem wydaje się porównanie do Tribes of Neurot, czyli rytualno-ambientowego wcielenia muzyków Neurosis, ale The Liars są jednak dużo bardziej piosenkowi, bardziej punkowi i bardziej gotyccy. Podoba mi się "Drums Not Dead", nie ma co, koncert zespołu też nie pozostawił mnie obojętnym, ale to już inna historia.
maniak
www.liarsliarsliars.com
płyta dostępna jest m.in. w sklepie serpent.pl

THE OTHER
"We Are Who We Eat"

Fiendforce Records
Na swym drugim albumie sztandarowy zespół najpoważniejszego obecnie horror-punkowego labela, Fiendforce, brzmi dużo bardziej metalowo niż na debiucie i, paradoksalnie, wyszło mu to chyba na zdrowie, bo przestał być tak dosłowną podróbką The Misfits jak wcześniej (zespół zaczynał jako Ghouls, cover-band The Misfits). Aczkolwiek nie przepadam za metalowymi riffami, to słuchanie "We Are Who We Eat" nie sprawia mi przykrości. Ba, nawet kilka razy włączyłem sobie płytkę nie tylko powodowany recenzenckim obowiązkiem. Słychać, że The Other poszukują swojej ścieżki w horror-punku, choć chyba na porównania do The Misfits narażeni będą do końca swej egzystencji, bo też ciężko znaleźć jakąś inną kapelę, do której muzyki dokonania Niemców można by bezpośrednio odnieść. The Other jadą szybko, ciężko i energetycznie, śpiewają dużo w chórkach, dbają o melodie i w sumie praca na wysokich obrotach nieźle im wychodzi. Dużo gorzej wypadają w balladach, bo wtedy robi się odrobinę kiczowato, ale na szczęście nie za często zwalniają tempa. Kilka piosenek z płyty fajnie wpada w ucho i skłania do ponownego wciśnięcia przycisku "play". Szczególnie dotyczy to kawałka "Horror Night", który dzięki pracy dęciaków nabrał kapitalnego pulsu i pozytywnej wibracji. Omawiany niedawno inny zespół z tej samej wytwórni, Bloodsuckies Zombies from Outer Space, ogólnie wypada ciekawiej, ale w horror-punkowym światku The Other i tak wyróżnia się na plus.
maniak
www.the-other.de


THUOC
"Frail Existance"

CDR, FuguFish Records
Poprzednią, również sidierową i wydaną przez to samo wydawnictwo, płytę tej warszawskiej załogi znam tylko z fragmentów zaprezentowanych na jej stronie w necie. Wydaje się, że była bardziej eklektyczna, a zespół przedstawiał na niej kilka twarzy i obok numerów takich, z jakich w całości składa się "Frail Existance", znalazły się kompozycje cięższe, podążające w stronę Tool czy Neurosis (aczkolwiek gatunkowo to jednak inny poziom), jak i trochę takiego dość lekkiego alternatywnego grania. Takie były moje wrażenia, choć na pewno warto byłoby je skonfrontować z płytą w jej pełnej postaci. No ale to jest recenzja drugiego albumu Thuoca i to, co tu mamy, nasuwa skojarzenia jednoznaczne. The Cure, The Cure, The Cure, taki jeszcze zimnofalowy jak z "Pornography", ale gładki jak na "Desintegration", no i popowy juz chyba też, jak na późniejszych albumach... I, cholera, nie będzie to zarzut. Thuoc gra pod kapelę Roberta Smitha, ale dobre piosenki wciąż pozostają dobrymi piosenkami. Tej płyty bardzo dobrze się słucha. Melancholijna, całkiem chwytliwa, urokliwa, przemyślana, dobrze zagrana i zarejestrowana. Bez wspinania się na szczyty inwencji, ale klasa wykonawcza wysoka. Docenić sprawną robotę trzeba, a jak i słuchanie sprawia przyjemność, to cóż więcej dodać... Polskich dobrych coldwave'owych płyt jak na lekarstwo - a więc teraz mamy o jedną niezłą więcej.
maniak
www.thuoc.info1.pl

VERONICA LIPGLOSS & THE EVIL EYES
"The Witch's Dagger"

Gold Standard Laboratories
Kalifornia rządzi! Co chwila nowe zajebiste kapele. Oto następna, oczywiście dobrze zaprzyjaźniona i z byłymi Vanishingami, i z Sixteens, i z wszystkimi z ekipy The Phantom Limbs itd..., nie będę zresztą wyliczał wszystkich fajnych kalifornijskich załóg. Veronica i spółka (notabene w składzie żadnej Veroniki się nie uświadczy) wydali do tej pory dwie ep-ki, a "The Wich's Dagger" to ich debiutancki album. Czego tu nie mamy? A więc są i melodyjne nowofalowe piosenki, i post-punkowe, gotyckie nabuzowane energią i ponurym klimatem mroki, i dużo muzycznej rozpierduchy, budzącej skojarzenia z nowojorską scenę no-wave. Kapela lubi grać gęsto i nerwowo, ale nie stroni od momentów wyciszenia. Atmosferę często kreuje agresywnie swingująca sekcja i opętańczo zawodzący, szalejący saksofon. Tajemniczy wokal pani Rhani Lee Remedes też robi swoje. Będzie to uproszczeniem, ale The Evil Eyes to zespół swoją muzyką doskonale wpisujący się w skojarzeniowy ciąg: Subtonix - wczesne Vanishing - Black Ice. Wizyta w opuszczonym wiktoriańskim domu na wzgórzu i danse macabre przy świecach. Z jednej strony batcave, z drugiej disco-punk. Rewelacja!
maniak
www.veronicalipglossandtheevileyes.com



      alternative.pop


mroki.serpent.pl