wcześniejsze recenzje:
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004



/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

 ALTERED STATES
"Designer Gene Pool"

Smashed Up Music
Kolejni weterani z lat 80. powracają z nowymi nagraniami. Altered States to brytyjski zespół, który powstał w 1986 i od tamtej pory dwa razy na dłuższy czas zawieszał działalność, czego efektem jest to, że "Designer Gene Pool" to dopiero jego drugi album (były jeszcze 3 EP-ki).
Zawsze podobało mi się Altered States, a nową płytą Anglicy po prostu mnie zdmuchują z globu. Niesamowity power, siła drzemiąca w każdej zwrotce i każdym refrenie. Bardzo emocjonalny, zaangażowany sposób śpiewania (świetny głos). I w końcu chwytliwe, pyszne melodie, czasami niemal indie-popowe (+ słodkie chórki raz czy dwa). Mocny gitarowy post-punkowy gotyk tej samej szkoły co Every New Dead Ghost, Red Lorry Yellow Lorry, Play Dead, DHM czy Killing Joke. A jakaż przeróbka The Beatles! "Eleanor Rigby" zagrane ze smyczkami w tle i pasją w sercu. Wspaniała płyta! maniak www.altered-states.co.uk

 FRANK THE BAPTIST
"Beggars Would Ride"

Strobelight Records
Druga płyta melancholijnych deathrockowców z San Diego jest prawie tak dobra jak pierwsza. Dlaczego tylko "prawie"? Bo kilka kompozycji jest minimalnie słabszych, tzn. nieco za bardzo podobnych do siebie, a przynajmniej tak mi się wydawało przy pierwszych przesłuchaniach, bo teraz już tego taki pewny nie jestem. Niech mnie jednak diabli wezmą, jeśli ta domniemana jednorodność w czymś mi przeszkadza. Frank the Baptist to kapela niepodobna do żadnej innej. Decyduje o tym i specyficzny głos wokalisty, i ogólna aura kompozycji. W sumie trudno grać energetycznie, z kopem, żeby zarazem było to liryczne, nastrojowe. A Frankowi Chrzcicielowi udaje się to bez problemu. Dobrze całości wydawnictwa robi też komiksowo-baśniowa oprawa graficzna. Kapela z głową, tworząca wciągający klimat i pisząca dobre piosenki, a do tego naprawdę niezłe teksty. Mucha nie siada! maniak www.frankthebaptist.com

HYSTERIC HELEN
"Original Snuff Soundtrack"

MCDR, wyd. własne
Bardzo sympatyczne granie w klimatach batcave z miasta Bratysławy. Zawsze cieszy, gdy w naszym rejonie Europy takie grupy się wykluwają, bo jest ich jak na lekarstwo. Duo zaczęło działać w 2000 roku i to czteroutworowe demo jest właściwie jego pierwszą próbą zaprezentowania się publiczności. Jakość nagrań jest więcej niż przyzwoita, a kompozycje zakręcone, melodyjne, rytmiczne i miłe w słuchaniu. Programing, perkusyjny automat i gitary plus świrowaty "batcave'owski" wokal. Niby muzycznie minimal, ale wszystko płynie jak trzeba, a dwie pierwsze piosenki brzmią wręcz hiciarsko. Jakieś niejasne skojarzenia to Fear Cult i Cinema Strange, a ze starszych rzeczy Specimen i zespoły z kręgu minimal electro. Liczę, że duża płyta będzie równie fajna co cztery pierwsze nagrania Słowaków. maniak www.kde.cz/hysteric/helen

 NO TEARS
"Borderline"

Str8line
I jeszcze jeden nowy francuski zespół, acz złożony z weteranów grających wcześniej w Cyanhide, Neutral Project, Renaissance Noir, czy nawet z Lolem Tolhurstem, niegdyś muzykiem The Cure.
No Tears silnie nawiązuje do tradycji francuskich zespołów zimnofalowych z lat 80. - czyste brzmienie, dużo przestrzeni, atmosfera koszmarno-senna lub po postpunkowemu agresywna. Cold wave niemal w czystej postaci wywodzącej się od wczesnego The Cure i Cocteau Twins ery "Garlands", choć jeśli ktoś zna takie francuskie zespoły sprzed dwudziestu lat jak Violette Noziere, Spina Bifida, Norma Loy czy L'infance Eternelle, to z pewnością więcej podobieństwa dostrzeże w granicach strefy lokalnej. Z nowych francuskich formacji No Tears przypomina omawiane w Coldzie: One for Jude z czasów pierwszej epki i October 27th. Starczy porównań. Muzycy No Tears oczywiście nowych przestrzeni nie odkrywają, ale w ramach terytoriów wyznaczonych ponad dwie dekady temu poruszają się z wielką swobodą. Czym więcej słucham "Borderline", tym bardziej mi się podoba, czym bardziej mi się podoba, tym więcej słucham. Czyżby uzależnienie? maniak www.no-tears.com

 THE PHANTOM LIMBS
"Random Hymns"

Gold Standard Laboratories
Pięć numerów, trochę inaczej zrealizowanych niż wcześniejsze dokonania szalonego kwintetu z Oakland. Mniej noise'u, większa przejrzystość brzmienia, ta sama co zwykle energia. Najpierw szybka, agresywna, nadająca się do dzikich harców piosenka z melodyjnym refrenem. Potem złowieszcza, wolna, jak na The Phantom Limbs wręcz monumentalna kompozycja, lokująca się gdzieś między zimną falą a gabinetem grozy obwoźnego lunaparku. Następnie znowu szybki i hałaśliwy kawałek, a po nim blisko dziesięć minut zabawy formą - jakieś zapisy z próby przed koncertem, sample, fragmenty melodii, recytacje. Na koniec powtórka - "Minutes Collector" jako "Cobrador minutero". Nowa wersja znanego utworu, zaśpiewana po hiszpańsku, z dodatkiem akordeonu i trąbki. Czad, fantazja, świetna zabawa. Aż żal ściska za gardło, że ta epka jest pożegnaniem ze sceną amerykańskiej załogi. Tak przynajmniej chłopaki twierdzili na koncercie w Warszawie. Na to wskazywałoby też zamieszczone na płycie zdjęcie klawiszowca Stevensona i basisty Skota B, wyraźnie machających na pożegnanie. Czy jednak rzeczywiście? Symbol rozpostartej dłoni, figurujący na krążku, ozdobiony jest potężnym znakiem zapytania. Może więc to nie jest jeszcze ostatnie słowo ekipy z Kalifornii? Może to tak, jak z ich życzeniem, by podczas całej europejskiej trasy karmiono ich wegańskim jedzeniem, podczas gdy wszyscy z nich z chęcią pałaszowali mięso, albo jak z prośbą wokalisty Hopelessa, by w klubie zapewnić mu miejsce, gdzie nikt nie będzie palił tytoniu, podczas gdy on sam jarał wcale nie mało. No ale czego oczekiwać po gościu, który twierdzi, że przeprowadza się z Kalifornii do Chicago, by spełnić swoje marzenie i pracować jako tragarz przy przeprowadzkach? The Phatnom Limbs nie dość, że zajebiście grają, to jeszcze nader wesołe z nich chłopaki. Świat bez nich będzie odrobinę bardziej smutnym miejscem. maniak www.thephantomlimbs.com

ROBI
"1995-2001"

CDR, wyd. własne
Zawsze odnosiłem się ze sporą dozą sympatii i wyrozumiałości w stosunku do dokonań lubińskiego łysielca Robiego i jego zespołu. Grupa na przestrzeni lat zdążyła wydać kilka taśm demo i CDR-ów, zagrać trochę koncertów, w tym na Castle Party. Nigdy nie zdobyła szerszej popularności w mrocznych kręgach, co najwyżej lokalne uznanie. Trudno się temu dziwić, gdyż ani jej twórczość do najłatwiejszej w odbiorze nie należała, ani też poziom wykonawczy (przynajmniej z czasów, z których mogę ją pamiętać) nie był w pełni profesjonalny. Lider formacji, Robert Nosal, z jednej strony dość charyzmatyczny na scenie, z łysą głową, w sutannie, urodą przypominający Klausa Kinskiego w roli Nosferatu, nie grzeszył ani głosem (wada wymowy), ani darem pisania poprawnych tekstów. Braki nadrabiał zaangażowaniem i szczerymi chęciami. Trochę to za mało, by dzisiaj nagrań Robiego słuchać z pełną satysfakcją, co nie znaczy, że są one pozbawione uroku. Coś w tym graniu na pewno jest - na pewno pasja - czy to we wczesnych nagraniach inspirowanych zimną falą i klasycznym gitarowym gotykiem z końca lat 80., czy też w późniejszych kompozycjach bliższych stylistyce electro-industrialu; na pewno również klimat, odjechany, niezdrowy, niepokojący. W sumie materiału słucha się z zaciekawieniem, aczkolwiek nie liczyłbym, że często do tej płyty będzie się wracać. maniak Fuj Rekords, Grodzka 11/15, 59-300 Lubin.



      alternative.pop


mroki.serpent.pl