wcześniejsze recenzje:
czerwiec 2004



/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

Powoli powstaje kolejny, szósty już numer Colda. Tymczasem zmiana na internetowej stronie pisma - co tydzień będą pojawiają się nowe recenzje płyt z gatunków: deathrock, goth, new wave, cold wave, gotha-/psychobilly, horror-punk, neofolk + psychodelia, ambient, industrial. Co tydzień aktualizacja.

RECENZJE

 ACID MOTHER TEMPLE & MELTING PARAISO U.F.O.
"La Novia"

Eclipse
psychodelia / spacerock
To winylowe wydawnictwo nie jest jakąś wybitną nowością, niemniej słusznym wydaje mi się wspomnienie o nim. Przy liczbie wydawnictw sygnowanych przez Kawabata Makoto, warto wiedzieć, za co się chwycić. Ta płyta niewątpliwie zasługuje na zauważenie. Zwykle raczej unikam wydawnictw Acid Mother Temple z przesadnie długimi utworami, gdyż zbyt często okazują się dosyć jałowymi gitarowymi odjazdami. W tym wypadku jest inaczej. Dwie strony winylu wypełniają dwie długie kompozycje. Obydwa utwory łączą jednak w sobie wszystkie aspekty muzyki Acid Mother Temple. Jest miejsce na spiętrzające się gitarowe improwizacje i miejsce na folkowe medytacje, wszystko połączone w wyśmienitą całość. Utwory powoli gęstnieją od pojedynczych dźwięków do prawdziwego szaleństwa, nic jednak przy tym nie jest podporządkowane najprostszym schematom.
mirt
www.eclipse-records.com

The ASTRO ZOMBIES
"Mutilate, Torture and Kill"

Nova Express 2003
psychobilly
Znowu mam problem z tym zespołem. Poprzednią płytę oceniłem średnio, bo pisząc recenzję, podobało mi się tylko kilka utworów. Tymczasem nie minęło wiele czasu i przekonałem się do całego albumu. W związku z osobistą zmianą frontu, wiele obiecywałem sobie po nowym krążku francuskich psychowców. Słucham go więc właśnie po raz szósty i jego zdecydowanie większa część mnie irytuje. Chłopaki wyostrzyli brzmienie, zwiększyli dynamikę i poprawili jakość nagrań. Co z tego jednak, skoro pierwszych kilka kompozycji zlewa się w jedno, a poza tym, jak na mój gust, to są one za bardzo Elvisowskie i za bardzo punkowo-oiowe, a za mało w nich mroku i horroru. Dopiero dziewiąty utwór "Terrifying Astro Zombies" zabija klimatem, aranżacją i niesamowicie brzmiącymi klawiszami. Prawdziwy killer. Potem jest "Psychos on the Road", też fajny numer, kojarzący się trochę z Deep Eynde. Następnie kolejny killer "666 Racing" i bardzo fajny "My Ennemies' Eyes". Poza wymienionymi jeszcze przeróbka The Cure "Plastic Passion" wyrywa mnie z odrętwienia. Tak więc z jednej strony nowe genialne kompozycje, a z drugiej psychowa sztampa. Szkoda, że The Astro Zombies zaczęli przypominać Cenobites... Jednak fanom mocnego psychobilly płyta ta na pewno się będzie podobać, bo zrealizowana jest pierwszorzędnie.
www.theastrozombies.com
maniak

BLITHE SONS
"Arm of the Starfish"

Family Vineyard
psychodelia / ambient
To już chyba piąta płyta Glenna Donaldsona i Lorena Chasse'a, a trzecia, która trafia do mojego odtwarzacza. Trafia w odpowiedniej chwili. Ambientowe psychodeliczne piosenki, którym tym razem przewodzi wybitnie morski klimat, idealnie nadają się na wakacje. Trudno o bardziej leniwą muzykę, gwarantującą odrobinę cienia przy wszechobecnym niemiłosiernie prażącym słońcu. Jeżeli kiedykolwiek zdarzyło wam się "bezmyślnie" przesiadywać w upalny letni dzień na leśnej polanie, to jest właśnie idealny soundtrack do tego. Niemiłosiernie rozciągnięte piosenki i ich strzępy snujące się bez końca. Bardzo łatwo tu stracić wątek, utwory mimowolnie wtapiają się w tło.
www.family-vineyard.com
mirt

BLOODJUNKIES
"Maladies"

I Used To Fuck People Like You In Prison Rec. 2004
horror / rock'n'roll / punk
Bloodjunkies to drugi zespół kolesi z kalifornijskiej załogi punkowej Damnation. W macierzystej grupie grają oni typowego punka, mocno zahaczającego o Misfits i melodyjne czady typowe dla zachodniego wybrzeża USA. W drugim zespole panowie postanowili nieco bardziej mrocznie i ambitnie sobie pograć, i to im się udało. Płytę wypełnia blisko 50 min. fajowego horror rocka - coś w stylu późnych The Damned i solowego Petera Murphy'ego - zmieszanego z mrocznym country / hard rockiem á la Ghoultown i folk-punkowym zacięciem New Model Army (na płycie zresztą znajdują się dwa fantastycznie wykonane utwory z repertuaru NMA). Czasami może jest to zbyt melodyjne i słodkie dla deathrockowego ucha, jednak w niektórych fragmentach panowie naprawdę grają mrocznie i z czadem. Poza tym Shaun Kama to wokalista obdarzony absolutnie powalającym głosem - coś jak skrzyżowanie Petera Steele'a ze wspomnianym już Murphym plus Danzig i Count Lyle z Ghoultown. Piosenki są równe, urzekająco melodyjne, mają swój specyficzny, lekko diabelski klimat i choć zdecydowanie jest to bardziej "rock" niż "deathrock" to spokojnie można polecić "Maladies" fanom mrocznych brzmień. Choćby jako świetną muzykę do letniego relaksu na trawce z browarkiem w ręku.
PS. Do płyty jako bonus dołączony jest pakiet multimedialny - 3 kawałki z koncertu. Na żywo kapela poraża. A jej podobieństwo do Ghoultown staje się jeszcze bardziej wyraźne.
www.blood-junkies.com
nerve69

Rozmiar: 3793 bajtów BOHÉMIEN
"Danze pagane"

In The Night Time
goth
Bohémien to włoski zespół, który działał w latach 1985-86, po czym reaktywował się w 2002 roku i zarejestrował swoje stare kompozycje, czego efektem jest album "Danze pagane". Grupa pierwotnie inspirowała się, jak napisano na jej stronie, positive-punkiem (czytaj: angielskim wczesnym gotykiem), czyli takimi zespołami jak Southern Death Cult, UK Decay, Sex Gang Children. Nie bierzmy sobie tego jednak do serca. Włoscy goci zawsze byli bardzo romantyczni, i Bohemien też jest, na próżno więc spodziewać się po kapeli surowego punkowego brzmienia charakteryzującego dokonania wspomnianych brytyjskich mistrzów. Tropy wiodą raczej do Christian Death okresu "Lacrima Christi" i "Wind Kissed Pictures", wczesnego Mephisto Waltz, czy do Gene Loves Jezebel, a także do późniejszych Sad Lovers and Giants i The Chameleons. Tak więc na płycie jest raczej przestrzennie niż agresywnie, i bardziej ulotnie niż chropowato. I OK. Bohemien jest w porządku. Nastrojowe, melodyjne, energetyczne kompozycje, klarowna produkcja, duża znajomość rzeczy. Na początku album brzmiał dla mnie zbyt lajtowo, ale bez przesady - to bardzo porządna gotycka muzyka. Polecam dla odmiany od amerykańskich czadów.
www.bohemien.net
maniak

BURNING IMAGE
"1983-1987"

Alternative Tentacles
goth-punk / deathrock
Wspaniale, że ta płyta się ukazała. Burning Image to jeden z fajniejszych amerykańskich gotyckich zespołów lat 80. Oprócz pojedynczych nagrań na składankach, jedynym, co grupie udało się wydać za czasów swej aktywności, był singiel "Final Conflict / Burning Image Burning". Obydwa pochodzące z niego nagrania znalazły się na "1983-1987" wraz z ośmioma innymi archiwalnymi piosenkami i trzema kolejnymi, napisanymi dwie dekady temu, ale zarejestrowanymi dopiero w 2003 roku przez grupę I Viscera, w której skład wchodziło dwóch muzyków Burning Image: Moe Adame i Paul Burch. Zresztą o tym być może nie ma sensu wspominać, bo I Viscera okazała się epizodem, jako że Adame i Burch powrócili do nazwy Burning Image i pod tą nazwą w tej chwili działają.
Na wydanym przez firmę Jello Biafry albumie znajduje się konkretna porcja mrocznego, agresywnego, ale i nastrojowego grania. Burning Image byli w równym stopniu zafascynowani brytyjskim post-punkiem spod znaku Killing Joke i brzmieniami z Batcave a la Sex Gang Children, co kalifornijskim deathrockiem szkoły Christian Death i Kommunity FK i tamtejszym punkiem/hard core'em (w pracy gitar często słychać echa Dead Kennedys czy The Germs). Efektem są świetne, wyraziste, dzikie kompozycje, często obdarzone plemiennym nerwowym pulsem, a zawsze atrakcyjną melodyką. Prawdziwa perła dla wszystkich gotyk-punków. Polecam!
www.burningimageband.com
maniak

 CATASTROPHE BALLET
"Test of Time"

Oblivion/SPV
Catastrophe Ballet to sprawny gitarowy zespół, działający od początku lat 90. Chłopaki zawsze grali poprawnie, gotycko poprawnie, czyli blisko gitarowego gotyckiego mainstreamu. Niektórzy taką muzykę nazywają prawdziwym gotykiem, ja przy niej ziewam. Na koncercie Catastrophe Ballet brzmi trochę metalowo - gitarzysta sadzi takiego rodzaju riffy, że bez patrzenia na zdjęcia zespołu nie mam wątpliwości, że jego włosy sięgają co najmniej za ramiona. Maszynka działa równo i sprawnie, choć raczej bez polotu, i jeden poprawno-gotycki utwór przechodzi w drugi poprawno-gotycki utwór. Kolorytu temu zbiorowi poprawnych kompozycji dodaje wokalista, który ma całkiem oryginalny głos, trochę w stylu śpiewaka klasycznych punkowych The Undertones. Kowery to utwory z repertuaru Sex Pistols ("Anarchy in the UK" w wersji metalowej), Sigue Sigue Sputnik ("21st Century Boy" bardzo bliski oryginałowi) i Pink Floyd ("Goodbye Cruel World", który trwa z półtorej minuty, bo chodzi w nim tylko o powiedzenie "goodbye" publiczności). Bonusami na płycie są trzy nagrania z debiutanckiego winyla kapeli "Monolgues of the Past & the Future". W sumie OK., po prostu typowy gotyk z lat 90. Catastrophe Ballet to porządny zespół, ja jednak dziękuję bogu, że lata 90. minęły i że oprócz "prawdziwego gotyku" jest teraz, tak jak w latach 80., dużo gotyku "nieprawdziwego".
www.catastropheballet.de
maniak

DEAD RAVEN CHOIR
"Wine, Women and Wolves"
(Last Visible Dog)
"Goatic Shapelessnesses Theatrical Wolves" 3'CDR (Pseudoarcana)
GARLIC YARG
"Snow Goat and the Seven Wolves, Somewhere over Rainbow Blue Wolves"
avantfolk, improv, blues, jazz, psychodelia, ambient, noise
Trzy dokonania naszego drogiego kolegi zza oceanu. Może powinno być ich więcej w tej recenzji, ale trochę gubię już rachubę. Tych trzech wydawnictw jednak nie mogłem przeoczyć. "Wine, Women and Wolves" to pierwsza płyta Smolkena na CD, takim normalnym srebrnym, co samemu się go nie nagra nawet na najlepszym kompie! Mistrz na tym wydawnictwie do współpracy zaprosił znanego z kolektywu Jewelled Antler Glenna Donaldsona. Nie zaowocowało to jednak rewolucją brzmieniową. Właściwie nic się nie zmieniło. W tekstach przegląd wielkich nazwisk, w muzyce cover Taint Meat, noise'owo-bluesowego projektu, który należy gorąco polecić wszystkim fanom Smolkena. Chociaż, przyznam, pierwszy utwór mnie trochę zmylił - jest bardzo Smolkenowy, ale również do granic możliwości minimalistyczny. Prawdziwe zaskoczenie przyszło jednak z projektem Garlic Yarg. To, co otrzymałem, to pokaźny, sprawiający wrażenie lekko nieokrzesanego, zbiór utworów, który... zapiera dech w piersiach. Noisowe odjazdy stoją obok leniwych, psychodelicznych, lołfajowych ambientów.
Charakterystyczne Smolkenowe pauzy i tu się pojawiają, ale są tylko jednym z wielu elementów. Bardzo barwna muzyka, niesamowity klimat. Leniwy odjazd, który może kojarzyć się momentami z dokonaniami naszego rodzimego Brasil & the Gallowbrothers Band (taka mała kryptoreklama). Wiele zaskakujących momentów. Nie spodziewałem się tego! Respekt, jakby chłopaki z osiedla powiedzieli.
"Goatic Shapelessnesses Theatrical Wolves" to zestaw tradycyjnej muzyki troli. Trole nie są specjalnie agresywne, raczej melancholijne, chociaż zdarzają im się momenty podenerwowania. Tę muzykę mogła stworzyć gromadka tych istot, siedząca przy ognisku gdzieś wśród północnych pustkowi. Nie jest w życiu najlepiej trolom.
www.lvd.4mg.com www.sphosting.com/pseudoarcana/pseudo.htm
mirt

 DEATH OF MARAT
"All Eyes Open"

Stickfigure Records
Dark-punk, a definiując precyzyjniej, raczej goth-core. "The Shattered", pierwsza płyta tego zespołu z Arizony, muzycznie różniła się o tyle od "All Eyes Open", że wokalista po prostu darł na niej ryja. Na najnowszym albumie wokalista już nie krzyczy, tylko śpiewa. Muzyka tymczasem kojarzyć się może z dark-punkowymi zespołami brytyjskimi takimi jak The Mob czy The Zounds, ale również z Fugazi i innymi starszymi zespołami z Dischord, tyle że jest bardziej mroczna niż dokonania kapel z Waszyngtonu, zupełnie jakby na zespół padał cień Joy Division, UK Decay i In Excelsis. Piosenek Death of Marat nie słucha się łatwo, ale intrygują swym klimatem i połamaną, nerwową konstrukcją. Osobiście nie zamierzam pozbywać się "All Eyes Open", bo od czasu do czasu album ten miło torturuje moje uszy.
www.stickfigurerecords.com
maniak

 DEVILS WHOREHOUSE
"Revelation Unorthodox"

Regain Records / Mystic Prod.
horror / metal / punk
Miał być horror-goth-punk między Misfits a Samhain, jest tymczasem speed metal, hard rock plus muśnięcie punka - mieszanka, której muzycznie najbliżej do solowych dokonań Glena Danziga. Połowę Devils Whorehouse tworzą muzycy słynnej metalowej hordy Marduk, a wspomaga ich dwóch (wnioskując z wyglądu) nie-metalowców. Chłopaki razem są niczym maszyna - precyzyjni, dokładni, bezlitośni w atakowaniu ciężkimi riffami. Na próżno szukać tu luzu, który charakteryzuje zazwyczaj punkowe zespoły odwołujące się do tych samych co Devils Whorehouse misfitowskich wzorców. Szwedzi grają jak na rasowych metalowców przystało, czego efektem jest iście mistrzowska podróbka zespołu Danzig, bo i wokal potężny, i brzmienie ciężkie, i zdolność do pisania melodii nie najgorsza. To wszystko jednak za mało, bym miał przyjemność ze słuchania "Revelation Unorthodox". Ja po prostu wolę nagrane przez Misfits "Teenagers from Mars", "Return of the Fly" czy "In the Doorway" od Danzigowych "Mother" lub "Twist of Cain". A nad metalowe wykonania "Deathwish" z repertuaru Christian Death zawsze przedkładał będę oryginał.
www.devilswhorehouse.com
maniak

 DIE MONSTER DIE
"Honor Thy Dead"

Doctor Cyclops Records
horror-rock / punk
Druga długogrająca płyta horror-rockowego zespołu z Salt Like City. Proste, szybkie, chwytliwe, bardzo melodyjne piosenki. Wokalista o atrakcyjnym głosie i beatlesowskie chórki. Większość kompozycji utrzymana w duchu Ramones i Misfits, kilka piosenek mroczniejszych, bliższych gotykowi i deathrockowi. Zespół oprócz czerpania z twórczości grup wymienionych powyżej przyznaje się również do inspiracji dokonaniami Kiss, Type o Negative, The Damned, Alice Coopera i punkowego szaleńca wszech czasów G.G. Allina. Na upartego wszystko to można w muzyce Amerykanów odnaleźć, ale porównaniami nie ma się też co niepotrzebnie sugerować. Piosenki zespołu w swej prostocie są tak urocze, uczciwe i pociągające, że ciężko spokojnie usiedzieć, gdy dobiegają z głośników. Dla monotematycznych w swych gustach fanów gotyku Die Monster Die zapewne będzie nie do strawienia, ale dla nie gardzących punkiem deathrockowców dokonania zespołu z Utah mogą stanowić pożądaną odmianę. Ja należę do zwolenników kapeli.
www.diemonsterdie.net
maniak

The DISHWASHERS
"Rock and Roll Will Save Your Soul"

CDR, wyd. własne
horror-punk
Młodzieżowy horror punk z amerykańskiej stolicy country, Nashville. Sądząc po piosenkach o tytułach takich jak "I Hated High School" muzycy są w wieku, w którym wspomnienia szkoły średniej są jeszcze bardzo silne. Słychać to też w muzyce The Dishwashers - chłopaki grają rock'n'rollowego punka, wkładając w to całą swą młodzieńczą pasję, i śpiewają o rzeczach, jakie trapią licealistów (pomijając wątki wyciągnięte z horrorów). Kilka piosenek wyszło im naprawdę świetnie: "The Disease", "Wally World" i "Monsters in My Closet" mają kapitalne, chwytliwe refreny i zaśpiewane są w brawurowy sposób. Reszta kompozycji niestety zlewa się w jedną hałaśliwą papkę, a na pewno nie służy im również amatorskie studio, w którym materiał został zarejestrowany. Muzycznie The Dishwashers przypominają najsilniej dwie kapele: Misfits i Ramones, choć w stylu śpiewania wokalisty pobrzmiewa mi czasami również maniera a la HR z Bad Brains. Płyta jako całość niestety nie satysfakcjonuje, choć kilka nagrań jest mocnych.
www.thedishwashers.com
maniak

 Curtis ELLER'S AMERICAN CIRCUS
"Banjo Music For Funerals"

American Circus Music
Curtis Eller to w Ameryce bardzo rzadki gatunek muzyka - gra na banjo, ale w jego muzyce nie słychać nic ze stylistyki bluegrass czy dixieland, a rzadko cokolwiek z muzyki ludowej południowo-wschodnich Stanów. Słychać za to w jego muzyce poezję śpiewaną, dziewiętnastowieczne przeboje, blues, jazz, gospel i nawet trochę punka. Ogólnie styl i nastrój jego piosenek najbardziej mi przypominają Crime & the City Solution czy Nicka Cave'a, choć brzmienia są inne, ponieważ jedynymi instrumentami są banjo, kontrabas i perkusja. Eller może nie posiada potężnego głosu, ale śpiewa z intensywnym przekonaniem (choć to, że czasem jodłuje, na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu). W struny wali bardzo mocno, wykonując sporą część roboty normalnie należącej do perkusisty. Przy takim banjo i jeszcze kontrabasie perkusja jest bardziej potrzebna do kolorytu niż do rytmu. Szkoda tylko, że EP-ka zawiera tylko trzy piosenki - ale jeśli ktoś chce więcej, to jest pochodzący sprzed kilku lat CD "1890".
www.curtiseller.com
smolken

Curtis ELLER
"Hunger Music"

American Circus Music
Muzyka do spektaklu na podstawie "Głodomora" Kafki. Kilkanaście minut muzyki na banjo utrzymanej w stylistyce circa 1900 - można powiedzieć, banjo neoklasyczne (co może dziś brzmi absurdalnie, ale była ponad sto lat temu wśród Jankesów taka moda), trochę jodłowania i na koniec piosenka z kilkoma słowami. Wszystko świetnie pasuje do opowiadania Kafki, ale do słuchania to jest jednak zbyt monotonne. Brakuje drapieżności z "normalnych" płyt Ellera - ale może ja po prostu za bardzo lubię jedzenie, żeby tę muzykę zrozumieć.
www.curtiseller.com
smolken

Rozmiar: 5618 bajtów FIFTY FOOT COMBO
"Ghent-Bxl"
"The Monstrophonic Sound Live At Ernesto's"

Drunkabilly Rec. 2004
garage / rock'n'roll
FFC to belgijski zespół grający bardzo amerykańską muzykę. Powiedziałbym nawet, że amerykańską do szpiku kości, niczym podwójny cheesburger z frytkami i ketchupem. Grupa specjalizuje się w brzmieniach, jakie dominowały na kontynencie amerykańskim mniej więcej 40 lat temu - w surf rocku, garażowej psychodelii, mrocznym elektrycznym rock'n'rollu czy sfuzzowanym rockabilly. Szóstka Belgów funduje nam na swoich płytach prawdziwą podróż w czasie. Słychać tutaj The Stooges, The Trashmen, The Doors, Jefferson Airplane, The Ventures oraz instrumentalne grupy surfowe w stylu The Pyramids czy The Chantays. Słychać też dużo wpływów hippisowskiego space-rocka a la wczesny Hawkwind, co jeszcze dodaje temu wszystkiemu dodatkowego smaku.
Rozmiar: 5869 bajtów FFC grają bardzo stylowo. Mają tak samo niechlujne i brudne brzmienie jak wspomniane zespoły sprzed kilku dekad i z pewnością jest to zabieg celowy. Słuchając muzyki kapeli, chciałoby się wsiąść do starego obdrapanego Chryslera rocznik 1957 i pomknąć przed siebie słynną Route 66, przy okazji zaliczając wszystkie nocne kluby i spelunki napotkane po drodze. Myślę, że gdyby Quentin Tarantino zamierzał nakręcić jakiś mroczny film drogi, którego akcja rozgrywałaby się w amerykańskim mid-west'cie, to trudno by mu było znaleźć lepszą kapelę do soundtracku. Tym bardziej, że FFC wykonują muzykę w całości instrumentalną, podobnie jak wiele grup z epoki surf / garage. Momentami może to jednak trochę irytować, gdyż wiele numerów sprawia wrażenie, jakby się nieustannie rozkręcało i gdy już nadchodzi ten moment, w którym wydaje się, że w końcu wejdzie wokal - piosenka się kończy. A szkoda, bo z dobrym głębokim głosem np. w stylu Dave'a Vaniana z The Damned muzyka Belgów brzmiałaby momentami bardzo deathrockowo - niektóre numery są naprawdę mroczne i diabelskie. A tak mamy po prostu do czynienia z zespołem grającym muzykę retro w stylu garażowych i narkotycznych lat 60.
"Ghent-Bxl" to studyjny album trwający trochę ponad 35 min. i można go spokojnie wysłuchać do końca. Druga z recenzowanych płyt to album koncertowy, przy którym na liczniku wyskakuje ponad 70 minut i niestety w tak dużej dawce muzyka FFC staje się już nużąca. Brak wokalisty, którego obecność odróżniałaby wyraźniej jedne piosenki od drugich, zaczyna coraz bardziej doskwierać i naprawdę z trudem przebrnąłem przez tę płytę. Trzeba jednak przyznać, że na żywo zespół wypada znakomicie i słychać, że występy live są prawdziwym żywiołem belgijskiej szóstki. Bardzo chętnie poszedłbym zatem na koncert FFC, natomiast ich płyty traktuję raczej jako uroczą ciekawostkę.
nerve69

The GALE
"Rainy Days And Sundays"

wydanie własne
EP-ka ta składa się z trzech piosenek opartych o gitary i dwóch zbudowanych na podstawie klawiszy. Wokalistka nie nadaje się do opery, ale jej głos przypadł mi do gustu. Jest bardzo ludzki - trochę zachrypnięty, trochę zmęczony. Świetnie pasuje do gitarowych kawałków, do klawiszowych jakoś mniej. W ogóle gitary brzmią lepiej niż klawisze, zwłaszcza w agresywniejszych momentach.
Rytm pierwszej piosenki należy do tych częściej spotykanych w muzyce bałkańskiej czy na płytach King Crimson, ale jakoś wcale nie brzmi sztucznie czy dziwnie. Wszystkie piosenki są dobre i ciekawie skonstruowane, tylko ostatnia psuje przyjemny melancholijny nastrój. Po czterech kawałkach z nieźle wykonanymi partiami perkusyjnymi nagle pojawia się tani automat perkusyjny i do tego jeszcze równie tani syntezator. Może to samo zagrane na innych instrumentach brzmiałoby lepiej, ale tak wychodzi zupełny pastisz elektronicznego popu lat 80., a za taką muzyką nigdy nie przepadałem. W sumie jednak myślę, że ten duet ma przed sobą niezłą przyszłość.
www.thegale.com
smolken

HALA STRANA
"Fielding"

Jewelled Antler
psychodelia / folk
Podwójny CD-R, na którym Steven R. Smith z Thuji gra muzykę inspirowaną tradycjami europejskimi, od Macedonii po Węgry. Trudno szukać podobieństwa do tego, co robi w Thuji - tu gra całkiem sporo nut na przeróżnych instrumentach, i to z melodią i rytmem. Muzyka jest interesująca, jednak nie dzięki melodiom i rytmom, a dzięki zmianom w różnobarwnych warstwach dźwięków. Można powiedzieć, że jest skonstruowana na zasadach ambientowego techno, tylko bez tej całej technologii.
Głównymi instrumentami są gitara i wiolonczela. Poza przeróżnymi innymi instrumentami, na których gra Smith, dochodzą też inni członkowie kolektywu Jewelled Antler i nagrania autentycznej muzyki ludowej. W sumie zbiera się sporo różnych brzmień, choć są to proste nagrania bez efektów, dokonane na czterościeżkowych magnetofonach. Wiele się w ostatnich latach ukazało rożnych wariacji na temat muzyki ludów bałkańskich, ale z takim podejściem jeszcze się nigdy nie spotkałem.
www.jewelledantler.com
smolken

IKON
"Psychic Vampire"

Nile Records Australia 2004
gothic / darkwave
O dziwo bardzo miło mi się słucha nowej płyty sztandarowego australijskiego zespołu gotyckiego Ikon. Piszę "o dziwo", ponieważ nigdy nie gustowałem w muzyce grupy. Zawsze wydawała mi się ona dość nijaka i za bardzo popowo-darkwave'owo poprawna. Prawdę mówiąc, to na "Psychic Vampire" też dominują łagodne brzmienia i gładkie aranżacje. Co więcej, pierwszemu utworowi motoryki dostarcza bit electro. Ogólnie jednak Ikon prezentuje wysoką kulturę wykonawczą, a jego lider pisze ładne, melodyjne, wpadające w ucho kompozycje. Nagrania bazują na brzmieniu delikatnie rysujących tło klawiszy i akustycznej gitary. Gdyby połączyć Death in June, zespół Ostara i New Order, mogłoby powstać coś na kształt Ikon. Złego słowa o tym albumie nie powiem. W sumie jestem "za".
www.ikondomain.com
maniak

 JACQUY BITCH
"Haine"

Manic Depression
darkwave / industrial / goth
Połączenie fajnych, batcavowskich w duchu wokali z electro-industrialem. A więc mały odjeździk w głosie, trochę klawiszy i niezbyt nachalny automat perkusyjny plus mnóstwo ostrych jak brzytwa metalowych gitar, przeszywających powietrze i riffami, i solówkami. Dość ciężki, gęsty, industrialny sound, zupełnie jak u germańskich zespołów electro. Teoretycznie połączenie batcavowskiej tradycji i nowoczesnej realizacji, praktycznie produkt strawny raczej dla fanów Rammstein niż miłośników Sex Gang Children. "Haine" to drugi album zespołu kierowanego przez lidera legendarnej francuskiej gotyckiej formacji z lat 80., Nevy, nagrany w sześć lat po debiucie. Jak słychać, Jaquy wie, co w trawie piszczy, i co zrobić, by nie brzmieć archaicznie. Nowe pokolenie na pewno doceni jego starania, bo to zdolny muzyk, a jego zespół brzmi wystarczająco ciężko, by wszyscy wychowani na metalu "goci" pieli z zachwytu. Ja posłucham Nevy, zamiast męczyć się po raz kolejny przy "Haine".
www.jacquybitch.com
maniak

KONTAKT 46
"Bestialische Meile"

CDR, wyd. własne 2003
punk / dark-punk
W zasadzie najwłaściwszym miejscem na recenzję tej płyty byłoby pismo typu Pasażer czy Garaż, jednak z pewnych względów trzeba wspomnieć o tym krążku również w Coldzie.
Kontakt 46 pochodzą z Niemiec i grają połamanego hc / punka, bliskiego dokonaniom No Means No, Fugazi, Subhumans czy choćby naszego rodzimego Dezertera. I nie pisalibyśmy o tej płycie, gdyby nie fakt, że w muzyce Niemców słychać bardzo dużo odniesień do postpunkowych czy też "darkpunkowych" prostoplastów gotyku w stylu The Mob, Rudimentary Peni, Warsaw czy The Dark. Niektóre z utworów jak np. "Starfunk" spokojnie mogłyby zostać nagrane gdzieś w Leeds w 1979 roku i puszczane na goth-punkowych imprezach. Agresywny wokal, ostre przeszywające gitary i posępne transowe melodie - tego typu granie wypełnia mniej więcej 1/3 płyty. Pozostała część krążka to raczej muzyka dla miłośników wybijania szyb w McDonalds'ach i wrogów wiwisekcji. Choć w swoim stylu jest to bardzo przyzwoite.
nerve69

MAGIC IS KÜNTMASTER
"Night Songs for Ugly Children"

Nihilist Records
Nazwa wykonawcy znaczy chyba "magia jest cipomistrzem", tylko niepoprawnie gramatycznie i ortograficznie. Zawartość płyty jest odpowiednio nienormalna. Głównym elementem muzyki jest prymitywna mroczna elektronika, gdzieś z okolic Throbbing Gristle czy Lille Roger, ale czasem pojawiają się bardzo proste melodie czy ciche nucenie pod nosem zupełnie jak z muzyki dla dzieci. Nic nie jest tu starannie dopieszczone czy wyrafinowane, ale odnoszę wrażenie, że ktoś się nieźle bawił, robiąc tę płytę - co bardzo rzadko o mrocznej elektronice da się powiedzieć. Z zabawy nie zawsze wychodzi ciekawa muzyka, zwłaszcza w bardziej abstrakcyjno-hałaśliwych momentach, ale lepsze kawałki brzmią jak jakaś chora wersja The Moon Lay Hidden Beneath A Cloud.
www.nihilistrecords.net
smolken

 MIGUEL AND THE LIVING DEAD
demo
CDR
deathrock / goth / gothabilly
Pierwszy polski zespół deathrockowy z prawdziwego zdarzenia i od razu stuprocentowe trafienie. Debiutanckie wydawnictwo Miguela to tylko nagrane przy pomocy komputera demo, a wygar jest taki, że urywa głowy fanom deathrocka na całym świecie, czego dowodem entuzjastyczne recenzje pojawiające się w Europie i USA. Zespół pochodzi z Warszawy, lideruje mu Nerve69, którego wspomagają muzycy grupy Eva. Muzycznie kapela łączy w swej muzyce wszystko co fajne: batcave'owski gotyk, mrocznego rock'n'rolla i energetyczne new wave, trupiaszcze psychobilly i horrorowego punka. Do tego dochodzą teksty o tym, co wykręty lubią najbardziej: o wampirach, ghulach, zombie, potworach itd. Świetne aranżacje, zwichrowany nastrój, mnóstwo czadu i zostające w głowie już nawet po jednokrotnym wysłuchaniu melodie, wyśpiewywane w trochę danzigowski sposób przez znakomitego wokalistę jakim jest Slavik (w Evie obsługujący gitarę). Bauhaus, UK Decay, Sex Gang Children, Sunglasses After Dark, Misfits, Samhain, Lords of the New Church, The Cramps, Ghoultown w jednym. Zespół o szerokich horyzontach, grający muzykę tak nośną, że bez problemu przekraczającą wewnątrzgatunkowe granice, słuchany zarówno przez fanów gotyku, jak i punka, psychobilly, a nawet metalu (choć metalu w tej muzyce nie ma ani krztyny). Najlepsza nowa polska kapela ostatnich lat!
www.migueldead.com
maniak

The OCTOBER COUNTRY
"Mr. Kittin"

CDR, wyd. własne
Jeśli nawet termin swampabilly-goth'n'roll brzmi kretyńsko, to doskonale pasuje do muzyki, jaką wykonuje brytyjska grupa The October Country. Mamy tu do czynienia z połączeniem zwichrowanego przez punk bluesa szkoły The Birthday Party i melancholii pokrewnego stylistycznie Gun Club z żywiołowym voodoobilly The Cramps i z czymś wziętym z The Doors, obecnym w tłach i głosie wokalisty. Mieszanka gotyckiego mroku, bluesowego feelingu, rock'n'rollowej energii i punkowej melodyjności a la The Damned sprawdza się w tym przypadku znakomicie. "Mr. Kittin" wypełnia pięć świetnych kompozycji, z których każda mogłaby żyć własnym życiem. Brytole tak zwykle nie grają! Amerykanie - oczywiście, Australijczycy - często, ale żeby chłopaki z Wysp? Bardzo fajna muzyka, czekam na dużą płytę.
www.theoctobercountry.com
maniak

 ORDEAL BY FIRE
"Untold Passions"

Strobelight Records
Świetny album dla wszystkich, którzy uwielbiają ciężkie, gitarowe, gotyckie brzmienie, nie ocierające się przy tym o metal. Ordeal by Fire to włoski zespół, którego liderem jest były śpiewak tamtejszej legendy lat 90., Burning Gates, Michele Piccolo. Rok temu ukazała się debiutancka EP-ka, teraz przyszedł czas na album. Na dużej płycie kapela trochę zwolniła. "Untold Passions" jest utrzymany w mniej żywych tempach niż pierwsza płytka, aczkolwiek czadu tu również nie brakuje. Ordeal by Fire podąża ścieżkami brytyjskiego post-punka połowy lat 80. A więc przede wszystkim brzmienie Fields of the Nephilim, ale również Play Dead i Red Lorry Yellow Lorry, wzbogacone o możliwości współczesnego studia. Granie ciężkie, potężne, mocno nastrojowe plus wokalista o grobowym głosie (szkoda tylko, że ten ciemny tembr jest taki wymuszony - czasami ma się wrażenie, że Piccolo mocno się męczy, by zabrzmieć jak McCoy). Na płycie raczej brak wyróżniających się, zostających w głowie kompozycji. Piosenki składają się na ogólny klimat albumu. Rzetelna, rzemieślnicza robota zespołu, który warszawiacy będą mieli okazję zobaczyć na żywo już 6 września (szczegóły: www.oldskull.serpent.pl)
www.ordealbyfire.it
maniak

 SEX WITH LURCH
"The Best of..."

CDR, wyd. własne
surf / garage / goth /glam
"The Best of..." zaspołu, który wcześniej wydał tylko jedną płytę. Dlaczego nie - na tym wydawnictwie faktycznie są same hity. Grupa ma niesamowity talent do pisania chwytliwych piosenek, a natchnienie czerpie ze starych telewizyjnych "show", filmów science fiction i horrorów, z garażowego rock'n'rolla i surfu lat 50. i 60., glamu lat 70. i dodaje do tego porcję deathrockowego mroku, chodź ogólnie muzyka kapeli jest raczej pogodna. Nie bez powodu jednak w recenzjach płyt Sex With Lurch pojawia się termin "goth-surf" (a z tego worka polecam również znakomity Vampire Beach Babes), bo "spooky" klimat jest jak najbardziej obecny w muzyce Kalifornijczyków. Tak więc coś z The Sonics i The Seeds, Marca Bolana i Davida Bowie'ego, trochę z The Cramps plus zamiłowanie do starego gotyku, które deklaruje lider formacji Robbie Quine, i wychodzi gotycki-surf do słuchania na plaży w środku nocy. Na koncertach natomiast Sex With Lurch to ponoć gwarancja przepysznej zabawy. Pięcioro muzyków (w tym jeden - chyba lider - wyglądający jak kamerdyner rodziny Adamsów) plus dwóch drag queens powoduje, że publiczność odstawia pod sceną dzikie tańce. Dodam jeszcze, że Quine udziela się również w kapeli o nazwie Prancing Ponies, która brzmi bardzo podobnie do Sex With Lurch, tyle że jest mniej "horrorowa".
www.fullmoonprods.com www.sexwithlurch.com
maniak

SIGNAL & REPORT
"Marchlands"

wyd. własne 2004
Znakomity album grupy z Minneapolis. Nareszcie zespół z kręgu nowego post-punka, który mi się naprawdę podoba. "Marchlands" to druga płyta Amerykanów, następca "No New Rome to Burn". Signal & Report grają muzykę bardzo mocno osadzoną w końcu lat 70. i początku 80. Czego ja tu nie słyszę? I The Sound, i The Chameleons, i The Cure, i Joy Division, i Magazine, i wczesny And Also the Trees, a miejscami nawet i Death Cult, i Talking Heads. A z nowszych zespołów Signal and Report najbardziej przypomina mi prezentowany niegdyś w Coldzie holenderski Ro-robot. Absolutnie przepyszna muzyka wypełnia "Marchlands". Dość prosta, ale nie banalna, nostalgiczna, ale nie smutna, mroczna, ale przy tym chwytliwa. Chce mi się słuchać tych piosenek jak cholera. W swoim stylu najlepsza płyta, jaka trafiła w moje ręce od momentu, gdy dostałem album Radar Secret Service, czyli od co najmniej półtora roku. Super!
www.signalandreport.com
maniak

SIX ORGANS OF ADMITTANCE
"Compathia"

Holy Mountain
psychodelia / folk
Z okładki tej płyty spogląda zblazowany autor - Ben Chasny. I jest to idealne przeciwieństwo wszelkich odczuć, które wywołuje we mnie ta płyta. Chciałbym powiedzieć najlepsza w dorobku artysty. Nie zrobię tego tylko dlatego, by nie ująć niczego wcześniejszym, absolutnie genialnym płytom Six Organs of Admittance. Jeśli ktokolwiek z was zachwycał się piosenkami Devendry Bernharta, nie tylko z powodu rekomendacji M. Giry, powinien absolutnie tę płytę zdobyć. Przy Benie Chasnym tamten jest zdrowo przereklamowanym chłoptasiem. Polecam zwłaszcza wielbiącym piosenki, ta płyta jest przez nie zdominowana. To zdecydowanie jedna z jaśniej świecących gwiazd neopsychodelii.
Holy Moutain, P.O. Box 420511, San Francisco, CA 94142 USA
mirt

 THUJA
"All Strange Beasts of the Past"

Emperor Jones
psychodelia / ambient
Nie będę krył, że poprzednia produkcja Thuji, płyta "Hills" nie zachwyciła mnie, zwłaszcza że trafiła do mnie równocześnie z genialnym albumem Blithe Sons "Waves & Gras". Tym razem zespół całkowicie się rehabilituje. Płyta stanowi kwintesencję tego, czym jest kolektyw związany z wytwórnią Jewelled Antler. Fieldrecordingi przeradzające się w psychodeliczno-folkowe nudzenie, rozpływające się wśród stukotów. Rzecz z pogranicza ciszy, muzyki i otaczających nas dźwięków. Mam wrażenie, że muzyka ta jest o wiele bliższa klasycznego Enowskiego pojęcia ambientu, niż wszystko, co etykietkę ambient obecnie nosi. Idealne antidotum na świat zamknięty w komputerze i wirtualne przestrzenie. Krajobrazy sote!
www.emperorjones.com
mirt

TUNNEL OF LOVE
"2 AM in the Tunnel of Love"

wydanie własne, CDR
psychedelic lunapark gothic no wave
Pod nazwą Tunnel of Love kryje się mieszkający w San Francisco Jeff Wagner, muzyk niegdyś udzielający się na scenie gitarowo-noise'owej, a dziś nagrywający w pojedynkę pokręconą, dziwną muzykę, inspirowaną, jak sam wylicza, filmami gangsterskimi z lat 40. (do tej poetyki nawiązuje też rysunek z okładki), filmami kategorii B z lat 50., dziewczęcymi grupami z lat 60. i gotykiem lat 80. Mieszanka zastanawiająca i, okazuje się, dość ponętna w tym wydaniu. Piosenki Tunnel of Love to konglomerat wokali podchodzących raz pod Toma Waitsa, innym razem pod Marca Bolana, rozwibrowanych dźwięków o melodyce rodem z lunaparków, surowej, prostej elektroniki a la Soft Cell, nieporządku charakterystycznego dla nowojorskiej sceny no wave (coś z Jamesa Chance'a i Lydii Lunch), słodkich melodii w stylu lat 60., rock'n'rollowych trzyfuntowych akordów, oraz mroku i emocjonalnego nasycenia niczym u Australijczyków z Birthday Party. Całość niepokorna i chropowata, zmieniająca się z utworu na utwór jak w kalejdoskopie, rozdarta pomiędzy objawiającą się u autora chęcią do pisania ładnych melodii a potrzebą udziwniania ich struktury i skłonnościami do wypowiadania się w sposób teatralno-narracyjny. Interesujący album, nawet jeśli w odbiorze nieco ciężki.
www.insidethetunnel.com
maniak
 XIU XIU
"Fabulous Muscles"

Tomlab / Isound
avant dark pop noise
Wciąż nie wiem, czy ta płyta tak do końca mi się podoba, ale przez pewien czas nie mogłem przestać jej słuchać. W muzyce Xiu Xiu jest coś hipnotyzującego, coś łapiącego za gardło - jakaś tajemnica i coś drażniącego, jak zalazły głęboko pod paznokcie brud. Struktura piosenek jest dziwaczna. Z wierzchu ładne, melancholijne melodie wyśpiewywane łamiącym się męskim głosem, a pod spodem minimalna elektronika: digitalne kliki, trzaski i pyknięcia, plus trąbka, skrzypce, saksofon, gitara - na totalnych przesterach, rozwibrowane, złapane w siatkę powijających jedne drugie pogłosów - zniekształcone tak, że ciężko rozpoznać źródło dźwięku. Jak bardziej odjechana wersja Jesus and the Mary Chain z pierwszej płyty, od czasu do czasu eksplodująca noise'em, rozbuchana brzmieniowo niczym Spiritualized w chwilach największego natchnienia. Niczym The Band of Holy Joy grający, jak to mieli w zwyczaju, na instrumentach znalezionych na śmietniku, z tym że ponad dwadzieścia lat później. Jak Tindersticks na kwasie albo Interpol na krawędzi przedawkowania heroiny. Dźwięki, które przeszywają i melodie, które mogłyby koić. Piosenki o spoczywaniu w urnie na prochy na domowym ołtarzyku albo o tacie, który leży w trumnie, a któremu wypadła sztuczna szczęka, i o tym, że się go bardzo kochało - zaskakujące wyznanie w ostatnim utworze, następujące po dawce cyniczno-pesymistycznych wizji, które tematycznie zdominowały resztę płyty. Piąty album amerykańskiego Xiu Xiu nie jest płytą łatwą ani przyjemną, za to doznań z jego słuchania wynika całkiem sporo.
www.xiuxiu.org
maniak

 ZOMBIE GHOST TRAIN
"Monster Formal Wear"

Shrunken Head Records 2003
Psychobilly jakie lubię. Bez metalowo-trash-hardcore'owych galopad, głupkowatych oiowych chórków, bez słodkich refrenów, bliskie rockabilly, momentami ocierające się o country, ale, co najważniejsze, z dużą, wyraźną dawką "pełznącego" tuż przy ziemi mroku. Zombie Ghost Train jest psychobillową nadzieją Australii. Zespół pochodzi z Sydney, a "Monster Formal Wear" jest jego debiutem wydawniczym. Większość utworów, które znalazły się na płytce, charakteryzują ultraprzebojowe, chwytliwe, rock'n'rollowe w czystym tego słowa znaczeniu refreny i niemal gothabillowe mroczne zwrotki. Z pięciu autorskich kompozycji tylko jedna wyłamuje się z powyższego schematu i tak jak po elvisowsku się zaczyna, tak po elvisowsku się kończy. Z kolei pochodzący z repertuaru Eddiego Cochrane'a "20 Light Rock" rozwala energią wykonania i brawurowo zaśpiewanym, wywołującym ciary na plecach refrenem, a kolejny kower "Blue Moon of Kentucky" swoją westernową atmosferą. Zaś sami muzycy Zombie Ghost Train powalają swoją prezencją. Na zdjęciach ujętych na stronach bogato ilustrowanej książeczki Australijczycy łączą nienaganną elegancję szykownie skrojonych w stylu lat 50. skórzanych i "lamparcich" marynarek, z wyrafinowaną prostotą ogolonych na łyso czaszek, na których pozostawiono tylko ufarbowane na różnokolorowo, zaczesane do tyłu "czapy" włosów, i trupich, perfekcyjnie pokrywających twarze makijaży. Gdy osobisty wygląd połączymy z obrazem wiekowych, ale utrzymanych w świetnej formie amerykańskich krążowników szos, na tle których muzycy najchętniej się fotografują, otrzymamy wizerunek kapeli zombie złożonej ze zmarłych w latach 50. gwiazd rock'n'rolla. Tak więc udana zabawa w obrębie obranej konwencji, w tym wypadku wyjątkowo dokładnie i konsekwentnie doprowadzona do końca.
www.arkoff.net/zombie
maniak
 split
NAEVUS / KNIFELADDER
"Document Three"

Terra Fria
acoustic / folk / dark rock - industrial / tribal
Naevus, jedna z moich ulubionych akustycznych kapel, nigdy nie zawodzi. Na tym wydanym przez portugalski label Terra Fria splicie londyńczycy prezentują się tylko w trzech kompozycjach, ale cóż to za kompozycje! Najpierw akustyczna ballada pochodząca z repertuaru przyjaciela zespołu, mistrza noir-popu (pisałem już, że zawsze będę go tak nazywał) Davida E. Williamsa, potem nerwowa, przesiąknięta tajemniczym klimatem piosenka "The Devil" z udziałem grającego na elektrycznej gitarze Grega Ferrariego, czyli lidera znakomitego gotyckiego zespołu Womb, a potem znowu akustyczny song, tym razem bardzo deathinjunowy w duchu, "Don't Boll", z urzekającą partią akordeonu. Przepiękna muzyka!
Knifellader to, przypomnę, projekt znanego m.in. z Death in June Australijczyka Johna Murphy'ego. Zespół bardzo mnie zaskoczył. Pierwszą płytę grupy, wydaną przez grecki CAPP, doceniłem, ale nie polubiłem, tymczasem na "Document Three" to stacjonujące w Londynie trio brzmi świetnie! Mocny, oparty na rytulnie bijących bębnach i elektrycznej gitarze, szybki numer "Retina", z wyrazistym wokalem Johna Murphy'ego lub Andrew Traila (nie napisano, który z panów śpiewał), na początek wbija w fotel. Oparty o noisowo-industrialne szumy i sprzężenia kolejny numer, "Oblivion", nie wywołuje już tak silnego wrażenia, ale zaciekawia. Podziw dla Knifeladder wraca wraz z pierwszymi dźwiękami trzeciej kompozycji, łączącej ekstatyczną pracę żywych bębnów z mechanicznie zapętlonym bitem i doskonale punktującym basem oraz całą masą noisowych smaczków w tle. Takiego industrialu zawsze chciałem słuchać i taki industrial - nastrojowy, transowy, przemyślany, nie pozbawiony melodii - zawsze mi się podobał. Świetna płytka, polecam!
www.terra-fria.com
maniak

różni wykonawcy
"The Tongue Achieves The Dialect (A Tribute to Rozz Williams)" CD

Paragoric / Dark Vinyl
goth / deathrock / darkwave / industrial
Zainicjowana przez ekipę Rozznet.com składanka poświęcona Rozzowi Williamsowi ostatecznie ukazała się na CD i wydanym w bardzo ograniczonym nakładzie winylu. Nagrania z obu płyt pokrywają się tylko w mniej więcej połowie. Przykładowo, na CD nie znalazło się osiem spośród piosenek zamieszczonych na czarnym krążku. Ogólnie koncepcja była chyba taka, by na longplayu zaprezentować wykonawców bliższych stylistyce gotyckiej i deathrockowej, a na CD oprócz takowych, również tych bliższych industrialowi czy ambientowi, dla których Williams zapewne więcej znaczył jako twórca projektów Premature Ejaculation czy Heltir, niż jako lider Christian Death. Generalnie na albumie znalazły się więc i utwory z gatunku "eksperymentalnych", jak i klasyczne piosenki. Właściwie nie mogę stwierdzić, żeby któraś z wersji przedstawionych przez zaproszonych artystów powaliła mnie na kolana. W każdym z przypadków oryginał był fajniejszy, no ale to trudno byłoby przeskoczyć. Mnie spośród wszystkich wykonawców najbardziej ujęły grupy: Galaxxy Chamber i ich diabelska wersja "Stairs/Prayer", Insansomnia w zaśpiewanym po francusku "Theatre Figuratif" oraz wykonujący ten sam utwór Antiworld. Poza tym bez zachwytów, ale poprawnie. Tyczy się to m.in. Stone 588, Human Disease, grupy Micharel, Contradiction, Audry, Kiss the Blade. Bardzo miłym akcentem kończącym album okazał się jedyny nie napisany przez Williamsa a zawarty na wydawnictwie utwór "The Devil and Mr. Williams", będący akustyczną balladą zahaczającą o stylistykę alternatywnego rocka i country.
www.RozzNet.com/tribute
maniak

różni wykonawcy
"The Bells Shall Sound Forever (A Tribute to Current 93)"

Sweet Farewell
neofolk / martial / dark-ambient
Były już tribiuty dla Death in June i Sol Invictus, przyszedł i czas na Current 93. Kanadyjska firma Sweet Farewell postanowiła nadrobić zaległość i jednocześnie za sprawą składanki zadebiutować na "poważną" skalę na światowym "rynku" neofolkowym.
Płytę otwiera niemiecki Sonne Hagal i "Death of the Corn", czyli przejażdżka walcem po muszlach rozłożonych na asfalcie. Sonne Hagal jest okropny. Ci Niemcy skutecznie zabijają we mnie sympatię do neofolku.
Drugim utworem jest "Calling for Vanished Faces" w wykonaniu katalońskiego O Paradis. Super. Delikatna, subtelna, trochę trip-hopowa wersja.
Balladowo wykonany przez muzyka Sumerland Doriana Campbella utwór "A Sadness Song" również się broni, przede wszystkim elegancją wykonania.
Tak samo "Earth Covers Earth" Vequinox jest w pełni akceptowalny. Nic wielkiego, ale ładnie zagrane.
Engelsstaub do akustycznych gitar dodali tępy dyskotekowy rytm i z "Happy Birthday Pigface Jesus" stworzyli hit darkwave'owych parkietów. OK. - przynajmniej nowe ujęcie tematu.
Grupa Cawatana i "A Song For Douglas After He's Dead". Neofolk. Niby Węgrzy, a dużo lepsze od Sonne Hagal to nie jest. Pompatycznie, romantycznie i marszowo.
Storm of Capricorn grając "Crowleymass" oraz Der Feurkreiner z "Soft Black Star", uderzają w podobne neoklasyczno-marszowe rejony co Cawatana. Przeciętne.
The Well Of Sadness i "Dogun" podobnie jak powyżej, tylko bardziej darkambientowo i diabelsko.
Panccreatic Aardvarks i "Judas As Black Moth". Porażka. Nuda. Smętna klawiszowa melodyjka i drętwa melorecytacja.
Najfajniejszy utwór na płycie - "Immortal Bird" w wykonaniu Leisur Hive. Zastrzyk świeżego powietrza i post-punkowej energii. Nastrojowy gotyk/post-punk, zrobiony z głową. Leisur Hive potwierdza swą klasę.
Lisa Toulouse - ambient-industrial. Eee...
Weihan i "All the Pretty Little Horses" szeptane, trochę w duchu Karnoss. Nie bierze mnie.
No i nasz Exit w śpiewanym, a raczej recytowanym po polsku "The Blue Gates of Death". Poetycko i lekko, z finezją i klasą. Dobrze posłuchać tekstów Tibeta w rodzimym języku. Obok Leisur Hive i O Paradis najlepszy utwór na płycie.
Decadence i "Ach Golgota". Neoklasyczny, instrumentalny smut, doskonały na pogrzeb jakiegoś ponuraka.
Ogólna konkluzja - lepiej słuchać Current 93 w oryginale, ale to z góry było wiadome.
Poważny minus - brak jakichkolwiek namiarów na wykonawców.
www.sweetfarewell.com
maniak





 alternative.pop


mroki.serpent.pl