Miesięcznik ZINE







wcześniejsze recenzje:
listopad 2004 sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004



/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

 THE BARBS
"Lupine Peroxide"

Mother Tonque
Anglicy kontraatakują. Nareszcie zaczęły się pojawiać brytyjskie kapele, w których można się zakochać. Eighties Matchbox B-Line Disaster, Neils Children, The October Country i teraz The Barbs - zespoły nie przeznaczone dla "prawdziwych" gotów, tylko dla tych "nieprawdziwych", którzy wolą punk rock od heavy metalu, a nad dyszkantowe pienia trupiobladych piękności lub niskie buczenia długowłosych młodzieńców o przymglonym wzroku przekładają bardziej ludzkie sposoby wydobywania głosu z paszczy. The Barbs to załoga spod znaku horroru. Horror dominuje w tekstach, a w warstwie wizualnej horror o komiksowej proweniencji. Jeśli możecie sobie wyobrazić deathrockowe Pixies, to właśnie tak można by określić The Barbs. Dzikość niczym u The Cramps, melodie i szaleństwo jak od Pixies, coś ze wczesnego punka, trochę z garażowego rocka, trochę gotyku. Deathrock na całego, nawet jeśli Wyspiarze nie są świadomi, że takie określenie w ogóle istnieje. Z racji tego, że śpiewa głównie dziewczyna, trochę kojarzy mi się to muzycznie również z Penis Flytrap i portugalskim Les Baton Rouge (o tym zespole więcej wkrótce). Muzyka, którą powinno aplikować się w dużych dawkach pogrążonym w marazmie, by pobudzić ich do życia. Bomba!
www.thebarbs.co.uk
maniak

CYTADELA
"Gdy idę przez most"

Big Blue Records
Bardzo dojrzały album starej warszawskiej kapeli, reaktywowanej dwa lata temu na zgliszczach formacji Tres Hombres. Płyta jest świetnie przestrzennie zrealizowana (aż dziw, że osiągnięto to w domowym studio), a kompozycje wspaniale zaaranżowane, pełne smaczków i brzmieniowych niespodzianek, zabaw pogłosami i wielowarstwowych nakładek. Wczesny gotyk i cold wave spod znaku Bauhaus i Opposition, podlane psychodelicznym sosem a la wczesne Love and Rockets i rozwiązaniami podpatrzonymi u Radiohead. Narkotyczne, mroczne transowe granie, trochę upiorne, trochę heroinowe w duchu ("Maszyna czy człowiek?", "Gdy idę przez most", "Połóż się"...). Muzyka rozlewająca się w przestrzeni niemalże jak space-rockowe dokonania Hawkwind. To jedno oblicze Cytadeli. Z drugiej strony mroczne piosenki popowe o pewnym ładunku komercyjnym ("Madness", "Twe słowa" czy "Be Right" - jak dla mnie hit, z partią mandoliny). Jest nawet delikatne nawiązanie do mrocznego grunge'u, w zaśpiewanym w manierze Alice in Chains utworze "Gdy widziałem". Wszystkie wymienione elementy składają się na przekonującą całość. To frajda słuchać płyt jak ta w naszym nie obfitującym w dobre kapele kraju. Cytadela rozbudza mój apetyt na polskiego post-punka. Przecież już niedługo nowy DHM, nowe 1984, nowe Variete. Czyli starzy rządzą i tylko trochę szkoda, że na płytę Wież Fabryk, najlepszego nowego zimnofalowego zespołu, chyba się nigdy nie doczekamy. Wygląda na to, że łodzianie mają za mało pałera w sobie.
www.cytadela.com
maniak
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl

 FRANKENSTEIN
"An Ugly Display of Self-Preservation"

Fiend Force Records
W skład Frankensteina wchodzą weterani deathrocka, muzycy, którzy grali m.in. w Christian Death, Shadow Project, Mephisto Walz, Kommunity FK, Voodoo Church, Faith and the Muse, Element, co, trzeba przyznać, jest imponującą listą. Muzycznie zespół jest zdecydowanie mniej punkowy czy gotycki od którejkolwiek z wymienionych formacji, a bliżej mu do bluesa (rzekłbym że nawet do hardrockowego bluesa, mocno osadzonego w amerykańskiej mainstreamowej tradycji takiego grania) i rocka(voodoo)billy. Nad całością unosi się punkowy duch i gotycki mrok, ale jednak jest to inny rodzaj deathrocka, niż można by oczekiwać od ludzi grających wcześniej w chociażby takim Christian Death.
Początek płyty trochę zlewa się w jedno i pierwszych sześć kompozycji mało zwraca uwagę. Naprawdę ciekawie zaczyna się robić od hitu "She Cast No Shadow", obdarzonego świetnymi dęciakami i swingowym pulsem. Potem już jest super. Niby klimaty niespecjalnie inne od tych z początku albumu, ale kompozycje bardziej wyraźne, melodie bardziej chwytliwe, riffy konkretniejsze, a i tempo często szybsze (zabójczy "Flesh Garage", crampsowy "Strange Movies"). "An Ugly Display of Self-Preservation" to bardzo rzetelny, bardzo amerykański album, który nie jest jakimś wiekopomnym dokonaniem, ale płytą, do której się od czasu do czasu z przyjemnością powróci, na pewno jest.
www.frankensteinband.com
maniak

 THE GUILTY PARTY
"Five Songs"

CDEP, wyd. własne
Największą wadą tej płyty jest to, że przyszła do mnie bez tylnej okładki, a więc mam wersję dla ubogich. Poza tym jest super. Co prawda żeby móc w pełni docenić zawartych na niej pięć kompozycji, trzeba się było nieco z nimi oswoić, ale to tylko wskazuje, że krążek na długo zostanie ze mną. The Guilty Party, jak przynajmniej połowa działających obecnie fajnych zespołów, pochodzi z Kalifornii, konkretnie z San Francisco. Kwartet gra transowego gothic-rocka, którego najlepiej opisują przymiotniki: senny, zimny, przestrzenny, niepokojący, wciągający. Wczesne Siouxsie and the Banshees, wczesne Mephisto Walz, klimat wolniejszych nagrań Black Ice, chłód Cocteau Twins z czasów "Garlands", głos i sposób frazowania kojarzące się z solistką The Cranberries (na zmianę ze skojarzeniami z Siouxsie i... Juliee Cruise). Nieśpieszne tempa, natarczywa, ostra gitara, jednostajna praca sekcji. Fajne!
www.theguiltyparty.us
maniak

 IGOR SPECTRE
"We Miss the Russians"

wyd. własne
Najpierw była EP-ka "Beatiful Dead Little Girl", teraz jest album. Oto kolejny kalifornijski deathrockowy band, który gra fantastyczną muzykę i nie brzmi jak podróbka czegoś, co było wcześniej. Kapeli zdarza się dokładnie dwa razy zahaczyć o rejony niemal czysto glam-rockowe a la Slade, Gary Glitter czy T. Rex, ale robi to w pełni świadomie i efekt dodaje smaczku całości. Ta jest zdominowana przez mieszankę punka, gotyku, glamu, muzyki rodem z kabaretu i garażowego rocka. Igor Spectre brzmi jak skrzyżowanie The Damned okresu rozbuchanego wodewilowego brzmienia "Phantasmagorii" z Frank the Baptist, Deep Eynde, Iggym Popem i Davidem Bowie czasów Stardusta (kapela gra kower piosenki "Ziggy Stardust"). Melodie chłopaki mają świetne, klimat jest mocno nawiedzono-horrorowy, wszystko zagrane z luzem, podane w bezpretensjonalny sposób. Tempa są różnorodne i zdarzają się nawet dwie urokliwe ballady. Bardzo zróżnicowany muzycznie album, spod którego czaru nie sposób się uwolnić. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego zespół nie jest postrzegany jako największa nadzieja deathrocka. Wielka szkoda, ale może uznanie jeszcze przed nimi. Polecam!
www.igorspectre.com
maniak

 LIVE NOT ON EVIL
"Next Time Nail It Shut"

wyd. własne
Czasami jakaś mgławica zasnuwa umysł albo człowiek sugeruje się bzdurami, które ktoś inny wygłosił na dany temat i to zaczyna rzutować na jego osobiste poglądy. Przy LNOE najpierw zasugerowałem się gdzieś przeczytanym zdaniem "Christian Death meets Misfits", które bezkrytycznie przyjąłem jako swoje, a później przyjemność słuchania zespołu zepsuł mi kolega gitarzysta Miguel and the Living Dead, który zazwyczaj dzieli wszystkie moje muzyczne fascynacje, a w tym wypadku stwierdził, że LNOE są słabi i grają prawie jak Metallica. Od tamtego czasu, kiedykolwiek włączę płytę kapeli, to zamiast mieć z tego przyjemność, to wciąż doszukuję się ech metalu w jej grze. Umysł to podstępna rzecz.
A tak po prawdzie, faktycznie, ten zespół pewne inklinacje metalowe przejawia. Grupa ma ciężkie brzmienie, gra riffowo, a gitarzysta czasami dodatkowo raczy nas solówkami. I gdy tak słucham nie wiem który już raz tego materiału, to faktycznie nasuwają mi się skojarzenia z Christian Death, tylko że z okresu ostatnich ich dokonań! Czy to źle? A z tym Misfits to też nie takie przesadzone. Tylko że musi chodzić o Misfits z ostatnich płyt. Cholera, fajna płyta, i tyle.
www.livenotonevil.net
maniak

 MINUSBAND
"Dziwności"

CDR, wyd. własne / Furia Musica
Przede wszystkim przykro mi, że to nie jest zespół, ale projekt jednego człowieka, bo chciałbym, żeby to był zespół, na którego koncerty można by chodzić. Jeśli tęsknicie za klasycznym polskim zimnofalowym postpunkiem, takim w stylu Siekiery z "Nowej Aleksandrii", 1984 ze "Specjalnego rodzaju kontrastu" i One Million Bulgarians z "Pierwszej płyty", oto i pozycja, która nawet jeśli jest tylko namiastką tamtego grania, to i tak na tyle fajną, że wartą poznania. Poziom Minusband prezentuje co prawda niższy od wymienionych tuzów polskiej alternatywnej sceny lat 80., ale coś w tym graniu na pewno jest. Minus, przy pomocy dwojga muzyków Lorien (w której to kapeli on sam również gra), stworzył kilka niezłych piosenek. Początek jest mroczny i mocno dołujący, ale potem, jak się domyślam dzięki większemu zaangażowaniu w powstawanie materiału Sokoła z Lorien, brzmienie się nieco wypogadza, dochodzą różne elektroniczne zabawki i jest więcej kombinowania z rytmem i nastrojami. Tak więc płyta zaczyna się jak Siekiera, a kończy jak Kosmetyki Mrs Pinky (a tak przy okazji - ta kapela reaktywowała się ostatnio) zmieszane z Mannequinem. Gdyby Minusband był prawdziwym zespołem, coś z tego niewątpliwie mogłoby wyniknąć, jako projekt studyjny jak na razie jest po prostu ciekawostką, ale spróbować tego dania warto.
minuspoziom@yahoo.co.uk minusband.w.interia.pl
maniak

 NAEVUS
"Perfection is a Process"

Operative Records / Old Europa Café
Festiwal płyt Naevusa trwa. Co kilkanaście miesięcy nowy album (ten już jest czwarty), a przez ostatni rok czy półtora ukazały się też: split z Knifeladder oraz siedmio- i dziesięciocalowe winyle wydane przez Hau Ruck. No i dobrze! Ta brytyjska grupa na to zasługuje. Zespół ma swój styl i konsekwentnie go rozwija. Są to co prawda drobne kroczki, ale przecież "perfection is a process", jak głosi tytuł płyty. Najnowszy album został zarejestrowany w tym samym składzie, co poprzedni, a więc poza podstawową parą, Lloydem Jamesem i Joanne Owen, składu dopełniają John Murphy (Death in June, Knifeladder) i Greg Ferrari (Womb). W charakterze gościa pojawił się David E. Williams. Struktura piosenek trochę się zmieniła. Akustyczna gitara i głos Jamesa wciąż z przodu, apokaliptyczne bębny też dobrze słyszalne, elektryczna gitara w tle, ale oprócz basu Owen obsługuje w nagraniach również akordeon. Może dzięki temu Naevus na "Perfection" częściej niż niegdyś przypomina mi Death in June (z płyty "All Pigs Must Die"), choć oczywiście spod znaku późnego Swans nadal nie może się uwolnić (np. ostatni na krążku numer to Swans wypisz-wymaluj). W sumie, to aż głupio używać takich prostackich, jednoznacznych skojarzeń, bo Naevus dawno temu już wyrósł poza stadium naśladowania kogokolwiek. Kibicuję tej drużynie od dawna i życzę jak najlepiej, ale zważywszy na masę materiału, która już została skomponowana przez zespół, myślę, że potrzebna jest jej jakaś radykalna przemiana, taka w rodzaju tych, jakim poddał się co najmniej dwa razy podczas swojej działalności wspomniany Death in June. Powodzenia!
www.naevus.co.uk
maniak

 THE OCTOBER COUNTRY
"Clean Kills... & Other Trophies"

wyd. własne
Najpierw była EP-ka, teraz jest album, na którym cała EP-ka została zawarta. Nie wiem, czy to kwestia tylko dobrego zaznajomienia się z materiałem, ale stare, znane mi utwory, podobają mi się najbardziej na tym krążku. Generalnie cała płyta jest dobra, ale nowszym kompozycjom brakuje tej chwytliwości i energii, którymi epatowały numery z premierowego wydawnictwa. Nowe piosenki, prawdę mówiąc, ciężko od siebie poodróżniać. Wszystkie są trochę apatyczne, rozgrzebane i melancholijne, podczas gdy stare były bardzo konkretnie uderzające po uszach. Bez przesady jednak, nawet jeśli trochę mnie rozczarowały nowe dokonania October Country, to nie znaczy, że "Clean Kills..." jest słabą pozycją. To fajna płyta, na której łączy się blues, rock'n'roll, gotyk. Granie trochę takie amerykańsko-australijskie, w duchu Gun Club, Birthday Party, nawiązujące z lekka do surowego brzmienia The Stooges, a także przypominające mi nieco angielskie, zapomniane Bomb Party (notabene świetna kapela). Sami muzycy October Country uciekają się do nazwy gothabilly. Czemu nie, choć jednego z elementów składowych tego określenia, psychobilly, to tu nie ma.
www.theoctobercountry.com
maniak

 TRAGIC BLACK
"The Six Premonitions"

CDR-EP, wyd. własne
Na podstawie tego, co słyszałem wcześniej, a były to ze trzy piosenki z pierwszej płyty, traktowałem Tragic Black nie inaczej jak mało zdolnych, a przy tym pretensjonalnych naśladowców Cinema Strange. Na "The Six Premonitions" załoga z Utah udowadnia jednak, że nawet jeśli zrzyna od swych starszych kolegów z Kalifornii, to i tak robi to w atrakcyjny sposób. A przy tym Tragic od Cinemy różni jedna zasadnicza rzecz - Tragic Black czadzą. I pomimo że z przodu zazwyczaj królują syntezatory wygrywające banalne melodyjki jak z debiutu CS, a wokalista jakoś tak frazuje podobnie do wokalisty Kalifornijczyków, to całości dopełniają mocne, wyraźne bębny, których dynamika wydyma głośniki w kolumnach, a gitara też nie pozostaje schowana w tle i raźno daje, siejąc terror i zniszczenie. I nawet jeśli brzmienie wydaje się momentami electro-industrialne, to całość ma zdecydowanie gotycko-punkowy posmak. Wściekła jest ta drużyna z Utah, a jej kompozycje pobudzające niczym dosercowo wstrzyknięta dawka adrenaliny. Być może ta muzyka szybko straci na aktualności, analogicznie na przykład do dokonań Fear Cult - kapeli o podobnym podejściu do deathrocka, o której wszyscy szybko zapomnieli - ale chwilowo można się nią z pewnością nacieszyć.
www.tragicblack.com
maniak

 ULTRANOIR
"But They All Can't Be Loved"

CDR-EP, wyd. własne
Fińskie trio w trzech utworach ze swej debiutanckiej EP-ki prezentuje się całkiem sympatycznie. Pierwszy numer bardzo kojarzy mi się z początkami Clan of Xymox i ich płytką "Subsequent Pleasures". Drugiemu już bliżej do The Cure okresu trylogii "Faith", "Seventeen Seconds", "Pornography", trzeci utrzymany jest w podobnym stylu. Muzyczka więcej niż prosta, aranżacji prawie żadnej, klimat trochę studniówkowy, zamiast perkusisty automacik. Dobre początki, ale na tym etapie ciężko cokolwiek wyrokować. Widziałem gdzieś w sieci, że zespół za to demo dostał pięć punktów na pięć, a autor recenzji przywoływał skojarzenia z wczesną popową nową falą. Hmm, duża wyobraźnia - dla mnie wczesne zespoły nowofalowe prezentowały jednak zdecydowanie wyższy poziom. Ultranoir, mimo że nienajgorsze, to na razie tylko pitu-pitu pod Cure'a
www.ultranoir.net
maniak



      alternative.pop


mroki.serpent.pl