/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

RECENZJE - CZERWIEC 2004

 ALL ABOUT EVE
"Return to Eden - vol. 1 - the early recordings"

wydanie własne
goth / rock
All About Eve to formacja, która nigdy na dobre nie zaistniała w świadomości polskich fanów, tymczasem w Anglii, w latach swej świetności, był to zespół zaliczany do wielkiej gotyckiej piątki, razem z Sisters of Mercy, The Mission, Fields of the Nephilim i The Cult. Z tym, że umówmy się, cała ta piątka (może oprócz FOTN) prawdziwą popularność zdobyła, gdy z gotykiem wiązała ją tylko przeszłość (pytaniem również pozostaje, dlaczego nie była to wielka siódemka - z The Cure i Siouxsie and the Banshees - odpowiedzią jest chyba to, że w owym czasie, w połowie lat 80., grupy te uznawano po prostu za popowe). All About Eve zostało powołane do życia przez Julianne Regan (wcześniej przez chwilę w Gene Loves Jezebel i The Swarm) oraz byłych muzyków Aemotii Crii: Andy Cousina i Tima Brincheno (znanego później z Sisters of Mercy). Prawdziwie gotycką muzykę All About Eve grało właściwie tylko na pierwszych singlach. Później zespół specjalizował się w rzeczach albo bardziej tradycyjnie rockowych, albo w angielskim, post-hippisowskim, folk-rocku. "Return to Eden" dokumentuje pierwszy okres działalności grupy. Znalazło się tu więc pięć kompozycji utrzymanych w stylistyce Siouxsie and the Banshees, The Cure, czy wczesnego Gene Loves Jezebel, no i reszta - czyli rzeczy bardziej rockowe lub bardziej folkowe, z wpisanym jednak w tło mrokiem i dużą dawką nostalgii. Wspomniane pięć piosenek bardzo mi się podoba - gotyk w stylu wczesnych lat 80., u mnie zawsze w cenie. Kolejne kompozycje raczej mnie jednak już nudzą, choć nie sposób odmówić im uroku i nie tak trudno zrozumieć, jak zaprowadziły one All About Eve na szczyty popularności.
www.allabouteve.net
maniak

ARKAM ASYLUM
"Running With Scissors"

Wasp Factory
cyber-goth-punk
Digital-goth-punk, odsłona druga. Brytyjczycy z Arkam Asylum na swej najnowszej pełnowymiarowej płycie kombinują nie mniej niż na debiucie. Rytmiczne połamańce spod znaku drum'n'bassu, wszechobecny digitalny noise, ale również i gitary - dobrze, że wbrew zapowiedziom zespół nie zrezygnował z tego elementu, bo dzięki nim cały ten electro-łomot staje się łatwiej przyswajalny. Poważnych zmian w stosunku do "Learn to Love Your Cancer" nie ma. Muzykę zespołu w dalszym ciągu można scharakteryzować jako syntezę brzmień Alien Sex Fiend, Atari Teenage Riot, Prodigy, Ministry, Aphex Twin z Exploited czy Discharge w najbrutalniejszych momentach. Płyta nie jest łatwa w odbiorze. Brak tu wyraźnych melodii czy łatwo wpadających w ucho fraz, a poziom cyfrowo-gitarowego hałasu jest duży. Są jednak momenty zapamiętywalne już za pierwszym razem - na przykład mój ulubiony na albumie postpunkowy utwór "Nerve", ze świetnym, chwytliwym refrenem. Arkam Asylum za sprawą swego nowoczesnego digitalnego brzmienia, połączonego z punkową u swych korzeni buntowniczą agresją, jawi mi się jakby żywcem przeniesiony ze świata książek Williama Gibsona, futurystycznych mang lub tych najbardziej zaawansowanych technologicznie gier komputerowych. Jeżeli jesteście ciekawi, jak mniej więcej będą brzmieć punkowe zespoły w czasach, gdy ludzie zasiedlą Księżyc, sprawcie sobie tę płytę.
www.arkam-asylum.com
maniak

Rozmiar: 5342 bajtów A SPECTRE IS HAUNTING EUROPE
"Astonishing Tales of the Sea"

Simulacre
indie guitar wave
Jakoś nie mam przekonania do nowych zespołów określających same siebie jako postpunkowe. Wydaje mi się, że moda na postpunka sprawiła, że niegdysiejsze zespoliki indie gitarowe i koledżowe, których w USA są setki tysięcy, nagle zaczęły się fascynować Wire, Magazine, Joy Division czy Comsat Angels i grać muzykę inspirowaną ich dokonaniami. A raczej - członkom tych grup wydaje się, że grają taką muzykę, bo tak naprawdę to nadal pozostają nijakimi indiepopowymi zespolikami, w swej masie nie do rozróżnienia. A Spectre is Haunting Europe pochodzi z Kanady i jest właśnie dla mnie jedną z takich niedorobionych kapel. Muzycy przyznają się do inspiracji dobrymi formacjami: Christian Death, Siouxsie and the Banshees, Bauhaus, Wire, House of Love, The Prids, Bloody Dead and Sexy, The Vanishing, The Faint, ale ja w ich muzyce tego nie słyszę. Słyszę za to koledżowy dość hałaśliwy indiepop, grany przez ludzi, którzy wiedzą, co to post punk, ale nigdy się w niego tak na dobre nie wgryźli. Kompozycje ani nie zabijają melodycznie, ani nie porywają klimatem, a po piątym przesłuchaniu płyty mogę rozróżnić zaledwie ze dwie z nich. Muzyka do studenckich przykampusowych rozgłośni radiowych, ale nie dla fanów rasowego postpunka.
www.aspectreishauntingeurope.com
maniak

AVARITIA
"Pulse"

Equinoxe Records
gothic
Avaritia to mieszany duet niemiecki, który powinien zachwycić wszystkich fanów tradycyjnego gitarowego gotyku. Granie wywodzące się od Sisters of Mercy, duch Ghost Dance i Inkubus Sukubus, wokalistka kojarząca się z Candią, czyli solistką ostatniego ze wspomnianych zespołów. Żwawe tempa, gitarowe sistersowate pajęczynki autorstwa byłego muzyka New Days Delay, Matthiasa Doppa, nostalgiczny głos pani Dorit Karstedt. Bardzo miła muzyczka, nie pozbawiona wdzięku i popowej lekkości, zagrana z wigorem. Jeśli lubicie wymienione powyżej grupy, koniecznie zapoznajcie się z Avaritią.
www.avaritia.net www.equinoxe-records.com
maniak

 BLACK FOREST/BLACK SEA
"Forcefields and Constellations"

Blue Sanct
psychodelia / folk / avantpop
Druga płyta duetu z Providence, znanego u nas z niedawnych koncertów, przynosi wiele zmian. O ile pierwsza płyta zawierała elementy kojarzące się z neofolkiem i muzyką wcześniejszego projektu Jeffreya Alexandra - Iditarod, to tutaj dominuje już psychodelia w czystej formie (jeśli coś takiego w ogóle istnieje). Nagrania pochodzą z koncertów, co nie znaczy, że jest to typowa płyta koncertowa. Słucha jej się jak zwykłego studyjnego albumu, z tym że koncertowe improwizacje zespołu dużo dodają kompozycjom. Debiut był OK., tę płytę jednak mogę wszystkim polecić z czystym sumieniem jako genialną. Całość nabrała własnego charakteru. Gitara Jeffreya, preparowana wiolonczela Miriam, jej głos, pojedyncze loopy - wszystko to tworzy niesamowity klimat. Trudno życzyć sobie więcej od psychodelii, bardzo avantpopowej psychodelii, gdy odzywa się wokal.
www.secreteye.org/b mirt

 BORDELLO
"Angel"

wyd. własne
horror-rock
Internet ma to do siebie, że nawet jeśli nagrałeś słabą płytę, to gdy roześlesz ją do odpowiedniej ilości samozwańczych internetowych recenzentów, zawsze znajdzie się jakiś typ, który ją pochwali. Kanadyjska grupa Bordello z pewnością nie zrobiła dobrej płyty, a trafiłem na jej pozytywne oceny. Pięcioutworową EP-kę nagraną przez muzyków z Montrealu wypełnia banalny rock, zagrany bez ikry, typowy jak odlany z formy, pozbawiony jakichkolwiek charakterystycznych, zapamiętywalnych momentów. No może tylko w pierwszym i ostatnim utworze pojawia się coś na kształt gotycko-punkowego pazura, ale to zaledwie zajawki tego, co by być mogło, a nie coś, na czym warto by skupić już teraz uwagę. Jakiekolwiek by jednak nie były kompozycje, najsłabszym elementem Bordello pozostaje wokalistka, która dzięki swemu bezbarwnemu, wręcz irytującemu swą nijakością głosowi, położyłaby na łopatki najfajniejszą piosenkę. Grupa z klimatów horror-rocka, a taka porażka.
www.bordello.ca
maniak

Rozmiar: 6958 bajtów CENOBITES
"Demons to Some... Angels to Others"
Drunkabilly Records
psychobilly
Jedna z najpopularniejszych europejskich psychowych kapel, będąca na scenie od początku lat 90. Cholernie sprawne granie w tempach nieco dla mnie za bardzo zabójczych. Nie wiem, czy zamiast mówić o Cenobites jako o zespole pychobilly, nie powinno się mówić o nich jako o zespole punkowym z małym dodatkiem "psycho". Cenobites strasznie grzeją, od początku do końca płyty, z jednym wyjątkiem w postaci mniej rąbanego utworu z damskimi wokalami, oraz z wyłączeniem "horrorowatych" kilku początków utworów (ale te zazwyczaj trwają po góra 20 sekund). Wygar jest ultrapunkowy, rytmy często na dwa, ani chwili oddechu. Zwulgaryzowana wersja Demented Are Go połączonego z Motorhead i z którymś z zespołów z przedrostkiem "dis-". Jak na podstawową kapelę horrorbilly, to horroru w ich muzyce jak dla mnie jest o wiele za mało, a napierdalanki o wiele za dużo. Wykonawczo jednak pierwsza klasa.
www.cenobites.net/
maniak

DESADE
"Suicide Lounge"
Orphanage Records
deathrock
Na okładce albumu piątka młodych ludzi w trupich makijażach zasiada za stołem w knajpie, w środku okładki zdjęcia tej samej piątki, tyle że już osobno - wokalistka z podciętymi żyłami, jej koleżanka z głową w piecyku gazowym, następni kolejno: powieszony, z przestrzeloną głową, zaćpany na śmierć. DeSade to deathrockowy zespół z Arizony. Tym razem mamy jednak do czynienia z załogą nie łypiącą do nas figlarnie okiem i nie silącą się na makabryczne dowcipy. Chłopaki i dziewczyny podchodzą do sprawy poważnie - poważne teksty, traktujące głównie o sprawach damsko-męskich (fakt, mocno "deathowe") i myśl przewodnia: "life is worth living" a pod spodem numer telefonu zaufania dla osób zamierzających popełnić samobójstwo. Uff - trochę depresyjny klimat, mocno przeciwstawny do muzyki.
Tu bowiem mamy najpierw dość długi, wprowadzający napięcie utwór instrumentalny, a potem już tylko piosenki. Bardzo fajne, melodyjne, pełne werwy, aczkolwiek często również nieco refleksyjne piosenki. Deathrock, punk, gothic-punk, średnio szybkie tempa, duża dbałość o melodie i o selektywne aranżacje. Granie bez młócki, sprzężeń czy dysonansów. Czadzik i mrok, ale przede wszystkim chwytliwe linie wokalu. Bardzo miła mieszanka, będąca wypadkową wątków znanych z dokonań Antiworld, Super Heroines, L7, Rubella Ballet, Blood And Roses, wczesnego Skeletal Family, X-Ray Specs, The Slits. Polecam!
www.desadeonline.com, www.strobelight-records.com
maniak

DIFFERENT STATE
"Hidden Sounds of Magnetic Field"

Requiem Records
industrial/rock/ambient
Different State nigdy poniżej swojego poziomu. Kolejna płyta naszego mieszkającego w Nowym Jorku rodaka ukazała się mniej więcej w tym samym czasie co omawiany w poprzednim Coldzie album "Elements" , wydany przez amerykańską firmę Somnimage. Na "Hidden Sounds..." Marchoff nie tylko zagłębia się w charakterystyczne dla niego od dawna ambientalno-alchemiczne przestrzenie, ale też, również w typowy dla siebie niegdyś sposób, wykonuje sporo całkiem tradycyjnych w konstrukcji piosenek, splatając ze sobą wątki rockowo-industrialne i okraszając całość psychodelicznym sosem, często o orientalno-etnicznym posmaku. Album swoją zawartością zdecydowanie bardziej przypomina starsze dokonania Different State niż ostatnią płytę zespołu. Stara elektronika, która zdominowała brzmienie "Elements" , na "Hidden Sounds..." jeszcze się nie objawiła i dzięki temu wątek ludzki w muzyce polskiego nowojorczyka jest zdecydowanie bardziej zaznaczony - takie jest przynajmniej moje odczucie. Pomimo że większość opinii, z którymi się spotkałem, głosi, że "Elements" jest najlepszą i najciekawszą płytą Different State (tak uważa też sam Marchoff), ja preferuję inne dokonania zespołu, na przykład "Hidden Sounds..." , płytę być może koncepcyjnie nieco niespójną, ale za to atrakcyjną z powodu po prostu fajnych, bazujących na rockowych mrokach co poniektórych kompozycji (mój ulubiony utwór to "Tripping and Falling").
www.requiem.serpent.pl
maniak

 ESPERS
"Espers"

Locust
psychodelia / pop
Folkowa psychodelia imitująca muzykę późnych lat 60. całkiem dokładnie, z wyjątkiem melancholijnego klimatu. Jedna trzecia zespołu to Greg Weeks, który zwykle grywa skrajnie zimną, monotonną i dołującą odmianę neofolku. Espers przypomina jego muzykę w wersji nie tylko retro, ale też wersji cieplejszej, barwniejszej i bardziej ludzkiej. Daleko do wesołości, ale jest to muzyka na wrześniowe popołudnia, nie na mroźne zimowe poranki, kiedy wszystko tkwi w bezruchu. Choć na płycie dominują akustyczne gitary, to pojawia się też mnóstwo starych syntezatorów, dulcymerów, fletów, skrzypiec itd., dodając całości kolorów. Czasem dają o sobie również znać ostro przesterowane gitary, nadając muzyce trochę drapieżnej agresji. Dwie wokalistki dodatkowo rozgrzewają atmosferę i nawet Weeksowi śpiewanie wychodzi mniej monotonnie niż wcześniej. Jego muzyka potrzebowała dokładnie takiego zespołu. Rzadko trafia się płyta, która robi na mnie takie wrażenie.
www.espers.org, www.locustmusic.com
smolken

ETOILE NOIRE
"The Breath of Kali"
Equinoxe Records
gothic/goth'n'roll
Pisząc recenzję skierowaną do dość jednoznacznie zdefiniowanego grona czytelników, tak jak to ma miejsce w przypadku Colda, niedobrze jest szafować porównaniami ustawiającymi omawianą grupę zbyt daleko od głównego nurtu zainteresowania odbiorców. Wysuwając skojarzenia nie mające dużo wspólnego z gotykiem, darkwave, zimna falą itd., łatwiej potencjalnego słuchacza zniechęcić, niż zachęcić do sięgnięcia po dokonania konkretnego wykonawcy. Boję się, że tak może być właśnie w tym przypadku, a zlekceważenie Etoile Noire byłoby poważnym błędem.
To włoskie trio to rockowa bestia. Potęga brzmienia tego zespołu złożonego z basisty, gitarzysty i perkusisty jest ogromna. Sound jest ciężki, zawiesisty, przytłaczający. Sama grupa charakteryzuje swoje dokonania nazwą goth'n'roll i jest to trafna nazwa, ale jeszcze odpowiedniejszym określeniem byłoby stoner-goth, czyli połączenie stoner-rocka (będącego czymś na kształt psychodelicznego hard rocka, przedstawiciele: Kyuss, Sleep, Queens of the Stoneage) z gotykiem typu Valorowe Christian Death. Czyli muzyka bazująca na ciężarze niskiego brzmienia gitarowych riffów, ale zagrana na sposób gotycki. Skojarzeniem najbardziej bezpośrednim, które mi się nasuwa, jest Sativa Luvbox, czyli działająca na przełomie lat 80. i 90. grupa ekslidera deathrockowego Kommunity FK, Patricka Maty. Sativa Luvbox w swej muzyce łączyła stoner-biker rocka z rock'n'rollem i gotyckim mrokiem. Tak więc Etoile Noire gra potężnie i ciężko, aczkolwiek dwa razy skręca w stronę niebanalnej rockowej ballady. Swój związek ze sceną gotycką zespół podkreśla, wykonując kower Christian Death "This is Heresy", a o zmyśle komercyjnym kapeli (lub wydawcy) niech świadczy zamieszczenie na płycie utworu tytułowego w remiksie Innerworld. "The Breath of Kali" w takiej wersji doskonale nadaje się do wypełnienia tanecznych parkietów, z tym że raczej imprez deathrockowych, a nie electro.
www.etoilenoire.net
maniak

The EVIL SPEAKS
"Resound 2002"
CDR
Deathrock PL Records
goth
The Evil Speaks to niemiecki zespół działający na początku lat 90. Muzycy byli bardzo młodzi i fascynowały ich wszelkie diabelskie sprawy (w tym muzyka Christian Death). Zanim grupa się rozpadła, w 1992 roku nagrała 7 utworów, które jeden z członków kapeli jakiś czas temu postanowił udostępnić światu na sidierze. Dzięki koledze Przemk(k)owi, odpowiedzialnemu za powstanie zjawiska pod tytułem Deathrock PL Records, każdy rodzimy zwolennik mrocznych dźwięków za minimalną opłatą może bez problemu zapoznać się z twórczością Niemców (jak również Francuzów z Trespass - patrz niżej). Czy warto? Tak. The Evil Speaks grało fajnego, inspirowanego dokonaniami wczesnego Christian Death gothic-rocka. Muzyka Niemców nie ma oczywiście tej siły, co dokonania Amerykanów, ale została nagrana przez sprawną, nie pozbawioną wyobraźni, oddaną swojej robocie orkiestrę. Spokojnie można posłuchać.
www.deathrock.art.pl
maniak

Thee FLANDERS
"Punkabilly from Hell"

Halb 7 Records
psychobilly
Książeczka fajniejsza od muzyki, co oznacza, że okładka fajna, a muzyka co najwyżej OK. Na obrazkach pełno postaci rodem z horrorów i mnóstwo fotek kapeli, a chłopaki wyglądają tak, jakby właśnie urwali się z cmentarza, by zagrać secik w jakimś gotyckim lub psychobillowym klubie. Generalnie Niemcy grają bardzo mocno punkowe horrorbilly. Dużo w tej muzyce psychowych galopad, zawodzących cmentarnych chórków, wyśpiewywanych nieco zdartym głosem przebojowych melodii, mocnych gitarowych akordów i perkusyjnej łupanki na dwa. Psychobilly w wykonaniu Thee Flanders bliskie jest punkowi, a marginalnie zauważalne są również wpływy bardziej gotyckie. Dwa numery ocierają się o punkowy gotyk - jedyna śpiewana na albumie w rodzimym języku muzyków piosenka "Perverses Schwein" oraz zabójczy, wolny, zdecydowanie gotycki kawałek pod tytułem "Vision of The End". Gdyby niemiecka załoga grała w ten sposób cały czas, warto by się zainteresować, a tak wystarczy przeczytać recenzję, bo jako całość płyta jest nieco za toporna.
www.theeflanders.de
maniak

 GEIN AND THE GRAVEROBBERS
"Songs in the Key of Evil"

Necro-tone Records
horror-surf
"Satan's favourite surf band" - w ten sposób reklamuje swój zespół Gein, człowiek, który oprócz przewodzenia The Graverobbers udziela się w kolejnej horror-surfowej grupie - The Phantom Creeps - i prowadzi specjalizującą się w "mrocznym" surfie wytwórnię Necro-tone Records. "Songs in the Key of Evil" to drugi album formacji. Jak to zwykle w przypadku surfowych zespołów bywa, muzyka obywa się bez wokalu (wokale pojawiają się w The Phantom Creeps) i brzmi prawie tak, jakby nagrano ją w latach 60. na potrzeby młodzieżowego horroru (choć Iron Maiden to zespół co najmniej o dwie dekady późniejszy, a przeróbka ich utworu również znalazła się w omawianym zestawieniu). Wszystko brzmi więc bardzo tradycyjnie, tyle że sam zespół ma iście punkowy power w sobie, a jego członkowie na zdjęciach prezentują się jak świry z formacji horror-punkowych czy deathrockowych. Do całej tej otoczki dochodzi fajna komiksowa grafika książeczki i tytuły utworów, będące zarazem tytułami starych horrorów. Sympatyczna muzyczka dla fanów filmów grozy, świetnie nadająca się jako tło do rozmów podczas jazdy samochodem albo wylegiwania się na plaży. Cóż, nawet mroczny surf, to wciąż surf.
www.geinandthegraverobbers.com necro-tonerecords.com
maniak

GRANDCHAOS
"Ionize Me"

Urgence Disk Records
minimal electro / trance
Minimal electro z Belgii, przefiltrowane przez doświadczenia nabyte przy obcowaniu z techno. Twórca projektu, Tcheleskov Ivanovitch, od początku lat 80. do połowy 90. współtworzył niubitową formację IDLO. Od kilku lat nagrywa solowo muzykę wyrastającą z doświadczeń Fada Gadgeta, Klinik czy a Grumh, wzbogacając oldschoolowy styl minimalu o taneczne wątki rodem z trance-techno. Słuchać się tego słucha, ale na kolana muzyka Grandchaos nie rzuca. Po prostu sprawne rzemiosło. Dla oddanych fanów stylu.
tcheleskov.ivanovitch@skynet.be
maniak

GREEN MONSTER
"100.000 Punkrockers in the Green Valley"
Is it True...? Records
psycho/horrorbilly
Znamienne, że recenzujący tę płytę psychowcy, na których pisanie gdzieś tam się natknąłem, wyrażali umiarkowany zachwyt. Jeden z nich napisał nawet, że Green Monster to bardzo przeciętna, niczym nie wyróżniająca się kapela psycho. Jakby tak grała każda przeciętna kapela psycho, to byłbym zagorzałym fanem gatunku i kupował wszystkie wychodzące psychowe płyty, a nie do końca się na to zanosi. Green Monster może i nie wymyślili niczego nowego, ale jakież oni mają kompozycje! A przecież dobra piosenka to podstawa. "Mystery" i "Devil in Rock&Roll" po prostu porażają. To hity, których mogę słuchać w kółko. Obłąkańczy, mroczny rock'n'roll - czad plus świetne melodie i horrorowe teksty. "Death Match Race" czy chora, bluesowo-wampiryczna quasi-ballada "Vampires in The City" niewiele ustępują wspomnianym. Po co zresztą wyliczać - na tym albumie nie ma złego utworu i nawet countrowy song "Johnny Hole" broni się doskonale. Jak wspomnę jeszcze iście maniacki koncert, jaki ta załoga z czeskiej Pragi dała w Warszawie (to był sam ogień i zło!), to aż mi się błogo robi na sercu. Dla mnie bomba!
www.greenmonster.cz
maniak

GUTTER DEMONS
"Enter The Demons"
wyd. własne
horrorbilly
Świetny album młodej ekipy psycho z Kanady. Trio obdarzone dużą muzyczną wyobraźnią i talentem do pisania chwytliwych melodii. Punkowo-gotyckie czady i psycho połamańce plus wokalista o świetnym, bandycko zdartym głosie. A przy tym i wycieczki w stronę country, i aksamitne melodie przywodzące na myśl lata 50. lub 60., i dużo melodyjnego rock'n'rolla z diabelskim podtekstem, oraz niesamowita dawka energii zawarta nawet w najwolniejszych numerach. Horror w tekstach, muzyka w stylu gothic-psycho-spooky-country, power taki, że urywa głowę. Horrorbilly z pogranicza Ghoultown, Coffinshakers i Demented Are Go. Polecam!!!
gutterdemons.tripod.com
maniak

 HATESEX
"The Spiritual Palsy EP"
Suffer Creek
darkwave/gothic
Hatesex muzycznie jest bardzo podobny do nieistniejącej już grupy The Secular. I tak miało być. Na czele obu formacji stał lub nadal stoi Benn Ra, który to w przerwie między pracą we wspomnianych projektach grał na gitarze w znanym kalifornijskim zespole Diva Destruction. The Secular było regularnym zespołem, Hatesex to tylko duet, jednak w ich muzyce można usłyszeć te same wpływy: darkwave, gitarowy gotyk, lżejszą odmianę industrialu. W sumie powstaje mieszanka, która może przekonywać zwolenników gotyku i darkwave a la lata 90., bo granie to całkiem do rzeczy. "The Spiritual Palsy EP" to czteroutworowa EP-ka, która zapowiada nadchodzący album. Całość powstała pod okiem pana o pseudonimie Bari-Bari, czyli członka Mephisto Waltz, a niegdyś Christian Death. W "Black Magic", utworze z repertuaru Slayera, gościnny udział wzięli członkowie legendy awangardowego metalu, szwajcarskiego zespołu Celtic Frost, Martin Ain i Erol Unala. Gdy dodam, że wokalistką Hatesex jest Kristanna Marie, udzielająca się scenicznie jako jedna z dziewcząt uatrakcyjniających występy Penis Flytrap, może tym samym odpowiem na pytanie, dlaczego Hatesex jest tak chętnie zaliczany do kręgu deathrocka. Względy personalne muszą tu odgrywać pierwszorzędne znaczenie, muzycznie bowiem Hatesex obraca się w nieco innych rejonach.
www.hatesex.net
maniak

JUDE
"Combat Exhaustion"

wyd. własne
industrial
Podstawa krajowego industrialu, łódzki zespół Jude znowu postanowił nas, biednych nieboraczków, zakatować swoją muzyką. Łącząc ekstremalne elementy wyjęte z twórczości Neurosis, Godflesh, wczesnego Swans i takiegoż Laibacha, Jude stworzył dźwiękowego potwora, który niczym Mechagodzilla sunie do przodu, siejąc strach i zniszczenie. Ani chwili wytchnienia, tylko pompowanie nie możliwych do odszyfrowania w podanej formie haseł i potężnej dawki gitarowo-perkusyjnego noisu w głowy. Maszynowy łomot plus zniekształcony rzężący wokal. Pozycja wyraźnie przeznaczona na import do Japonii, jako że mieszkańcy tych dalekich wysp z potworami do czynienia mieć lubią (vide: Godzilla, Ebirah... czy Merzbow). Ciężko się tego słucha. Sam Boyd Rice byłby dumny z osiągniętego efektu. Generalnie: świetny materiał dla dźwiękowych ekstremistów. Płyta zrobiona z głową, przemyślana, będąca przeciwwagą dla nagrywających codziennie nowy album speców od noisów z laptopa. Poziom bojowego przeszkolenia wysoki. Aczkolwiek muzyka bolesna, bolesna.
www.jude.org.pl
maniak

KRATONG
"The Bees of Psychic Province"
Wrotycz Records
neofolk/elektronika
Pierwsza płyta wydawnictwa Wrotycz Records, prowadzonego przez dwie trzecie twórców zine'a Apostazja. Bardzo udany debiut, nawet jeśli płyta jako całość przy pierwszym przesłuchaniu wydaje się być trochę niespójna.
Kratong to projekt Jhonny'ego, gitarzysty pochodzącego z rosyjskiego Kaliningradu neofolkowego zespołu Romowe Rikoito. Muzyka wspomaga cała plejada przyjaciół, w tym skrzypek i wiolonczelistka Romowego oraz wydawca pierwszych dwóch albumów grupy, szef Brudenii, Volosy.
"The Bees of Psychic Province" zaczyna się jak album neofolkowy - akustyczne gitary, smyczki, klasycznie skonstruowane piosenki. Drugi znajdujący się płycie utwór, "Red River / Virginia" to na ten przykład jedna z najładniejszych folkowych piosenek, jakie słyszałem, po prostu perła. Potem płyta nadal trzyma poziom i klimat pozostaje senny i marzycielski, ale nad całością zaczyna dominować delikatna elektronika, oscylująca od abstrakcyjnej, ambientowej psychodelii poprzez ciągnący się, długi dark ambient do, wybaczcie to porównanie, takiego trochę kowbojskiego, lekkiego electro - czyli żeglujemy po krainach, w których spotkać można i Legendary Pink Dots, i Coila, i nasz One Inch of Shadow, czy nawet Lustmord i Biosphere, a w końcu i Attrition. Granie jest rasowe, pewne, pozbawione momentów artystycznego zawahania. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, żeby na albumie było więcej tak pięknych ballad jak "Red River / Virginia", co jednak nie znaczy, że elektroniczna część krążka jest gorsza. Nie, być może nawet płyta jako całość, dzięki temu zróżnicowaniu i wyraźnemu kontrastowi pomiędzy początkiem i końcem, nabiera trochę innego wymiaru i staje się bardziej intrygująca. Mnie to połączenie przekonuje, choć początkowo byłem zaskoczony kierunkiem, w jakim rozwinął się album.
Płyta wydana została w formie kartonowej, rozkładanej książeczki formatu A5 - wygląda to, trzeba przyznać, bardzo ładnie.
www.wrotyczrecords.prv.pl
maniak

KUTNA HORA
"Will or Nothing"

Twilight Records
darkfolk
Sympatyczny argentyński zespolik, który gra wypieszczony neofolk i nazwę zapożyczył sobie od czeskiego miasteczka. Przyjemna muzyczka, miła do posłuchania, z ładnymi melodiami i gładkim, zadumanym wokalem. Słucham tej płyty w sumie piąty raz i piąty raz ta muzyka spływa po mnie jak woda, pomimo że przy niektórych utworach ucha nadstawiłem. Wszystko jest poprawnie, ale zabrakło przysłowiowej iskry. Ja chyba nie za dobrze reaguję na tak wypolerowane brzmienie, no i nawiązania do muzyki średniowiecznej ostatnimi czasy powodują u mnie natychmiastową chęć zmienienia płyty, a przynajmniej przejścia do następnego tracku. W recenzjach porównywano Kutną Horę do niemieckiego In My Rosary i chyba jest to poprawne porównanie. Muzyka In My Rosary również nie potrafiła nigdy wzbudzić u mnie zainteresowania.
www.twilight-records.com.ar
maniak

The LAST DAYS OF JESUS
"Alien Road"

Strobelight Records
goth / deathrock
Bez wątpienia jest to najlepsza płyta z dotychczas wydanych przez Słowaków z The Last Days of Jesus. Najlepsza, najbardziej deathrockowa, najbardziej kabaretowa, najbardziej nawiązująca do gotyku i punka wczesnych lat 80., najbardziej przebojowa, wypełniona najlepszymi kompozycjami. TLDOJ stali się naprawdę rasową kapelą, wypracowali własny, przewrotny, dekadencko-lunaparkowo-punkowo-gotycki styl, dezintegrując (choć jeszcze nie do końca) metalowe naleciałości, które od początku istnienia ciążyły nad ich muzyką. Eksplozja deathrocka skutecznie ukierunkowała ich muzyczne poszukiwania. Wydaje się wręcz, że TLDOJ nie brzmiałby dzisiaj tak, jak brzmi, gdyby nie The Phantom Limbs na przykład. Choć jeśli chodzi o samo brzmienie, to dzięki jego digitalnemu podrasowaniu bratysławianie lokują się bliżej LT-No. Po co jednak rozkładać muzykę na części, lepiej się nią po prostu cieszyć. A w tym przypadku jest czym. Dwanaście różnorodnych, charakterystycznych kompozycji, łączących w sobie atmosferę amerykańskich horrorów, przedwojennych berlińskich i paryskich kabaretów i wschodnioeuropejskich jarmarcznych zabaw satysfakcjonuje w pełni. W tej muzyce więcej jest kreacji i aktorstwa niż szaleństwa i rock'n'rolla, ale być może w naszej części świata tak powinno być w przypadku kapel grających deathrocka. Album jest przemyślany, różnorodny i wciągający niczym wir. Znakomita płyta. Rekomendacja.
lastdays.host.sk
maniak

The LAST DAYS OF JESUS
"Monsters Paranoia Circus (Live on Uranus)"

CDR, wyd. własne
goth / deathrock
Dopełnienie nowej studyjnej płyty. Zapis koncertu z klubu Uranus z 2004 roku. Dziesięć kompozycji, w większości pochodzących z ostatniego albumu, ale kilka również z "Songs from Psycho TV". Dźwięk nie najlepszy, aczkolwiek słychać wszystko. Moim zdaniem na koncertach należy bywać, a nie słuchać ich z płyt, bo to nigdy nie będzie to samo. The Last Days of Jesus są świetni na żywo, o czym wiedzą wszyscy, którzy widzieli ich w akcji. Czy to jednak można usłyszeć z zapisu koncertu? Mam wątpliwości. Dla fanów niewątpliwie jednak rarytas.
Maniak

LEECH WOMAN
"Uncertainty Device # 26573"

Wasp Factory
industrial / electro
Ciężka, hardcore'owa electro-industrialna jazda. Leech Woman to angielski zespół, który równie silnie swoją muzyką wydaje się nawiązywać do twórczości wczesnych industrialnych projektów, jak Throbbing Gristle, SPK czy Test Department, co do współczesnego digital hardcore'a spod znaku Atari Teenage Riot, czy crossovera prezentowanego przez kolegów z labela - Arkam Asylum, choć nie brak również w jego kompozycjach najprostszego EBM-owego pulsu i darkwave'owych melodyjek. Album jest bardzo hałaśliwy i ciężki w odbiorze (dawka dźwięków przytłaczająca jak w nagraniach Godflesh). Muzyka mocno przesterowana, wokale rzężące, skandowane, nieco w stylu wczesnego Nitzer Ebb. Całość mocno pokombinowana, niemal jak na niektórych płytach Foetusa. Ciekawa to twórczość, mająca szansę zainteresować raczej fanów klasycznego industrialu i jego współczesnych permutacji, niż zwolenników podrygiwania na parkiecie w takt tępego dyskotekowego rytmu.
www.wasp-factory.com
maniak

LUNASCAPE
"Reflecting Seyelence"

B-track
alternative pop
Krążek ten trafił w moje ręce całkiem przypadkiem. Zawarty jest na nim lekki, melancholijno-romantyczny pop oparty na nowoczesnej elektronice. Elektronika jest jednak tylko przykrywką dla tak staromodnych rzeczy jak melodyjnie śpiewająca wokalistka i nuty grane na basie i gitarze (i to zwyczajnie grane, a nie loopy czy sample). Podstawowe struktury muzyki są jeszcze staromodniejsze, być może bliższe nawet przedwojennym szlagierom niż kompozycjom Bjork czy Britney Spears. Śmiem podejrzewać, że piosenki wypadłyby lepiej z orkiestrą kameralną, ale cóż, elektronika jest dużo tańsza... Nie wiem, czy to przypadek, że najbardziej przypadła mi do gustu ostatnia piosenka, w której elektroniki jest najmniej, a perkusji nie ma wcale, ale tak czy inaczej całość płyty słucham z przyjemnością. Zaskakujące, że w takiej "normalnej" muzyce potrafię znaleźć coś dla siebie...
www.lunascape.net
smolken

The MUONS
"The Well at Land's End"

Jewelled Antler
psychedelic folk
Główny Muon, Greg Bianchini, to ponoć człowiek, który ma skomponowanych kilkadziesiąt piosenek, ale jest dziwolągiem, którego bardzo trudno namówić, żeby cokolwiek nagrał czy wydał. Niewiele brakowało, by ten miniaturowy CDR wcale się nie ukazał - Bianchini stwierdził, że jednak mu się nie podoba, ale pierwsze egzemplarze były gotowe i wydawnictwo powiedziało mu, żeby "odpierdolił się i przestał być takim pustelnikiem". Warto się było zachować niegrzecznie. W pięciu prostych psychodeliczno-folkowych piosenkach bliskich Pearls Before Swine czy Incredible String Band. Bianchini akompaniuje sobie na czymś, co nazywa orchestron VII - ma to być czternastostrunowa elektryczna lutnia domowej roboty. Towarzyszy mu Rickey Reneau na elektrycznym dulcymerze, na którym głównie gra smyczkiem. Dzięki nietypowym instrumentom piosenki wychodzą mniej schematycznie niż np. jeśli byłyby zaaranżowane na dwie gitary (choć ta lutnia całkiem przypomina nietypowo nastrojoną gitarę). Miłe wrażenie psuje lekko nosowy głos Bianchiniego, który chwilami nienajlepiej brzmi z przesterem. Chętnie usłyszałbym nagrania, z których Bianchini jest zadowolony, ale raczej się na to nie zanosi.
www.jewelledantler.com
smolken

MYSSOURI
"War / Love Blues"
wyd. własne
dark rock'n'roll/devil blues
Ze światowym rynkiem muzycznym jest naprawdę niedobrze, skoro takie kapele jak Myssouri muszą sobie same wydawać płyty. Przecież labele powinny się zabijać o kontrakt z tym zespołem. To przecudowne granie - żar i ogień w każdym riffie, obezwładniające ciepło w głosie wokalisty. Diabelski, post-punkowy blues, mroczny rock'n'roll, melodie ściskające za gardło. Do tej pory byłem przyzwyczajony, że w ten sposób bluesa potrafią grać tylko Australijczycy: Nick Cave (zanim nie został młodszą i słabszą wersją Leonarda Cohena), Hugo Race, Kim Salmon. Z Amerykanów wspomniałbym tylko o nieżyjącym Jeffreyu Lee Pierce'ie i jego Gun Club. Tymczasem pochodzący z Atlanty w Georgii Myssouri to zespół, który dorównuje klasą wszystkim wspomnianym wykonawcom, to zespół, który powinien osiągnąć popularność co najmniej dorównującą popularności Australijczyków. Przepiękne melodie, cudowne aranże, granie szalenie emocjonalne - często narkotyczno transowe, często bardzo przebojowe. Momentami jest w tej muzyce również coś z ducha The Doors, być może to tembr głosu Marka Rogersa czasem ociera się o podobne rejestry, jest tu trochę klimatu altcountrowego i folkowego (i wtedy Myssouri może troszkę kojarzyć się z 16 Horsepower). Perfekcyjna muzyka, perfekcyjny album, zachwycająca grupa. Killer.
www.myssouri.com
maniak

9xDEAD
"Dead, But Dying" CDR
Valiant Death Records
goth/goth-metal
W sumie porażka. Kiedyś kibicowałem temu zespołowi, ale przy drugim demo zacząłem podejrzewać, że skończy się dokładnie tak, jak się skończyło - na rytmicznym machaniu długimi kudłami w rytm twardych riffów. Szkoda, bo mógł wyjść fajny gothic-punk. Zadawanie się z metalowymi gitarzystami przyniosło jednak efekt taki, że mamy gothic-metal z elementami post-punkowymi i niemetalowym wokalem. Nie jest to wcale złe. Niektóre momenty autentycznie mi się podobają (np. "Lucy" czy znany z Colda "Haunted"), ale ogólnie blackmetalowa maniera gitarzysty mocno działa mi na nerwy. Na płycie zamieszczono cały materiał znany z dwóch płyt demo i dodano 4 nowe utwory (oprócz "Lucy" same metalowe wyziewy). I to tyle, nie ma co na temat tego wydawnictwa zbytnio się rozpisywać.
www.valiantdeath.com
maniak

NEON DREAM
"Anodyne"

Equinoxe Records
gothic-metal
Melodyjny, ładny heavy metal, no dobra, gothic-metal. Wydawca wypisywał na reklamówce coś o Sisters of Mercy, ale bez przesady, Sisters of Mercy nie ma tu ani grama. Jest co najwyżej Him, a w najlepszym wypadku trochę późnego Dreadful Shadows. Nie wątpię, że grupa przypadnie do gustu wszelkim metalowcom uważającym się za gotów. W swoim gatunku na pewno jest to OK., tylko co z tego.
www.neondream.de
maniak

ONE FOR JUDE
"Helice" MCD, "Prague" CDR
wyd. własne
noir-pop/neofolk
Przykro to mówić, ale francuski One for Jude, którego płytą "Figures" tak się zachwycałem, na swym najnowszym, czteroutworowym singlu nudzi. Kompozycja tytułowa ciągnie się jak flaki (6,37) i w dodatku zamieszczona jest dwa razy (wersja studyjna i koncertowa). Patent na nią to smętny romantyczno-neoklasyczny motyw prowadzący, opracowany na klawisze. Piosenka pozbawiona życia, która tak mnie zniesmacza, że przez nią gorzej słucha mi się dwóch fajnych kawałków: "The Punishment of the White Rose" i "L'ebloui". Te utwory utrzymane są w starym Jude'owym, nostalgicznym, ciepłym, uroczym stylu, i spokojnie mogłyby się znaleźć na "Figures". I tego One for Jude powinien się trzymać - klimat, ale i dobra energia, a nie pochylanie się nad grobem i szlochanie nad losem dziewicy, która miłości nie zaznała. Panowie, nie idźcie w stronę "Helice", proszę... "Prague" to płyta koncertowa, jak można się domyślić zarejestrowana w stolicy Czech. Dużo braw, ludziom się podobało, słaba jakość nagrań. Nie widzę specjalnego powodu, dla którego warto by słuchać tej płyty, chyba że w grę wchodzą względy sentymentalne związane z obecnością na tym konkretnym koncercie. Ale i nawet w takim przypadku lepiej posłuchać "Figures".
www.oneforjude.fr.st
maniak

ONE INCH OF SHADOW
"Bring The Alchemy To School" części 1 i 2 CDR
Cat Sun
psychedelic/ambient
Nowa seria koncertowych nagrań OIOS. Pierwsza część zaczyna się od wydłużonych wersji piosenek z płyty "Birthday Of Angels And Mannequins", które dzięki starym komunistycznym syntezatorom przypominają mi dzieciństwo, a konkretniej programy telewizyjne dla dzieci... Choć płyta ma ponad siedemdziesiąt minut, to im dłużej trwa, tym staje się ciekawsza - muzyka coraz dalej wędruje od pierwotnych motywów, nabiera coraz więcej barw i w ogóle staje się psychodeliczniejsza. Nota bene wydaje mi się, że w utworze "Legionowo" poznaję fragment nagrania Brasil & the Gallowsbrothers Band.
Część druga jest jeszcze bardziej improwizowana i bardziej tajemnicza, prawie równie tajemnicza jak solowa płyta Dominica Savio. Wcale nie te najbardziej piosenkowe i nie te najprzystępniejsze, ale właśnie takie tajemnicze wędrówki OIOS wychodzą najlepiej. Muzycy potrafią wędrować bardzo daleko, nie zapominając o melodii.
Część pierwsza wyszła w 90 sztukach, a druga w 60. Jak tak dalej pójdzie, kolejną będzie można dostać tylko na kartki...
mirt@autograf.pl
smolken

QUIDAM
"Once Upon a Time at Pagan Love Songs..."

MCDR, wyd. własne
goth-punk / deathrock
Grupa z Barcelony w czteroutworowej odsłonie zapowiadającej pełnowymiarowy album. Singiel przygotowany z myślą o sprzedaży na pierwszym festiwalu zorganizowanym w ramach najsłynniejszej niemieckiej imprezy deathrockowej: Pagan Love Song. Quidam jest fajny. Muzyka Katalończyków jest odjechana, szalona, nerwowa, dynamiczna, zagrana z pasją. Świetna prowadząca, jazgotliwa gitara, lunaparkowe klawisze, wrzaskliwe, damsko-męskie paniczne wokale. Całość lokuje się gdzieś obok wczesnego Christian Death, późnego Cinema Strange, ociera się o Sex Gang Children, a może nawet i o crassowy Poison Girls. Klimat zdecydowanie wczesnych lat 80., ale muzyka o własnym wyrazie. Czekam na album.
www.quidamcave.com
maniak

The RABIES
"Get Infected"
wyd. własne, CDR
horror-punk/deathrock
Bardzo fajny zespół z okolic Nowego Jorku, zdominowany przez dziewczyny. Zamiłowania muzyków zdecydowanie związane z horrorem, zresztą członkowie kapeli sami siebie określają jako grupę horror-punkową. Tymczasem w ich muzyce dużo jest gothic-punka, nowej fali, deathrocka i garażowego rocka, takiego ze strasznymi, świdrującymi organami z tyłu, o klasycznym brzmieniu hammonda. Dodatkowo pani Lexi Lawsuit, która, gdy chce, to śpiewa głębokim, oryginalnym głosem, a kiedy indziej z kolei szczeka, a właściwie zatyka się i wypluwa słowa, jakby próbowała wywalić z organizmu drzemiącego w środku demona (miałem skojarzenia z opętaną dziewczynką z "Egzorcysty"). Dobrze się tego słucha, bardzo sympatyczna to muzyka, bezpretensjonalna, wdzięczna, w odbiorze dość lekka. Kolejny band do polecenia miłośnikom deathrocka. Szkoda tylko, że zespół wypuścił album na CDR, zamiast na regularnym CD. Materiał na pewno był warty bardziej profesjonalnego wydania, nawet jeśli to jeszcze nie jest "killer".
www.therabies.com
maniak

The REDRESSER
"Such is Life"

Late Great Records
glam-punk-goth
Australijska kapela, w której gra muzyk znanej tamtejszej gotyckiej formacji Ikon. Ikon są dla mnie dość nijacy, a ich nagrania nigdy mnie nie pasjonowały. Co innego The Redresser. Oto rock'n'roll w swej korzennej postaci. Chłopaki łączą punka a la 77', glam podchodzący pod New York Dolls i pod dokonania Davida Bowiego, z post-punkowymi mrokami, co w efekcie daje coś jak skrzyżowanie Gene Loves Jezebel, The Lords of The New Church, solowych dokonań Petera Murphy'ego z Hanoi Rocks. Australijczycy może nie są obdarzeni talentem do pisania tak chwytliwych melodii jak wspomniane tuzy mrocznego melodyjnego rock'n'rolla, ale radzą sobie dobrze. Bardzo sympatyczny album, może nie oszałamiający, ale z racji że aktualnie jedyny w swym rodzaju, to wart zauważenia.
www.redresser.live.com.au
maniak

 SCARY BITCHES
"Lesbian Vampyres from Outer Space"
Island of the Damned Records
gothic
Przezabawny zespół z Wysp Brytyjskich. Gotyckie monstrum, którego muzyka, teksty i image wskazują na silne inspiracje Monthym Pytonem i poetyką filmów Tima Burtona. Być może muzyka nie należy do szalenie lotnych. Rytm jest tępy, jednostajny, taneczny, gitara sadzi glamowo-hardrockowe riffy, w których nie ma grama finezji. Za to śpiewaczka ma świetny, mocny głos, a linie wokali są szalenie melodyjne. Aż nasuwają się skojarzenia z takim gotyckim dansingiem, jako że do tego dochodzi knajpiany saksofon, a kapela kilka razy zabiera się za granie tanga. Całość wypada topornie, aż zaczynam się zastanawiać, czy zespół celowo nie chciał zabrzmieć jak gotycka wersja zespołu z remizy strażackiej. Anglicy stawiają na helloweenową tandetę i wampiryzm rodem ze sklepów ze śmiesznymi rzeczami. Teksty ociekają krwią i brytyjskim poczuciem humoru, scenografię sceniczną wyjęto z filmu "Jeździec bez głowy" Tima Burtona, sekcja rytmiczna wygląda jak postacie z "Miasteczka Helloween" tegoż samego reżysera, a dwie frontmenki, z których jedna tak na oko waży ze 120 kilo, a druga niewiele mniej, wyglądają jak połączenie Vampirellii z Cruellą deVille. Po obejrzeniu znajdującego się na stronie zespołu clipu z koncertu i przeczytaniu kilku koncertowych recenzji, pałam nadzieją na zobaczenie Scary Bitches w akcji. Na ich koncertach wszystkie gęby muszą być uśmiechnięte od ucha do ucha - no może oprócz facjat pogrążonych w mrokach smutku świeżo nawróconych na gotyk metalowców.
www.scarybitches.com
maniak

SCREAMS FOR TINA
"A.D. '03"
MCD
goth-punk/post-punk
Pierwszy album w połowie lat 80., drugi album w połowie lat 90, w końcu coś na kształt dłuższego singla w 2003. Nie jest to oszałamiająca częstotliwość wydawania płyt. Kolejna reaktywacja amerykańskiego zespołu przyniosła jak na razie trzy nowe wydane utwory (czwarty to stary "hit" zespołu "Eleven Eleven"), z których dwa to piosenki, a jeden to jakby niedokończony pomysł na piosenkę (zresztą bardzo fajny). Tak więc w sumie dwie normalne kompozycje, z których jedna jest dobra, a druga bardzo dobra. Gitarowe ostre granie bliskie Red Lorry Yellow Lorry, Every New Dead Ghost, tyle że bardziej melodyjne. Zakup singla niekoniecznie polecam, bo, znając życie, zawarte na nim utwory znajdą się prawdopodobnie na albumie (oczywiście jeśli takowy się ukaże), ale dużą płytę osobiście kupię w ciemno.
www.screamsfortina.com maniak

SHADOW REICHENSTEIN
"Bela Was a Junkie" CDREP
wydanie własne
deathrock
Trzy nowe piosenki teksańskich deathrockowców. Od pierwszej płyty zaszły poważne zmiany. Dźwięk jakby został przedestylowany - odpadło wszystko, co powolne, ciche czy kabaretowo-teatralne, a klawisze zostały chyba tylko w jednej piosence i to w szczątkowej formie. Zostało za to wszystko co agresywne i punkowe, sample z horrorów, wampirowaty wokal no i tematy - wampiry, morderstwa i aktor najbardziej znany z roli Drakuli. Mocna dawka deathrocka bez chwili spoczynku. Piosenki o wiele lepiej wykonane i równiejsze od starszych kompozycji, ale z tą destylacją to muzycy przesadzili. Shadow z pierwszej płyty był zdecydowanie mniej poważny i dzięki temu zabawniejszy. smolken
Shadow swymi nowymi piosenkami absolutnie mnie powala na kolana. Deathrockowy wygar w zabójczych tempach i o morderczych melodiach. Na płytce znajdują się trzy piosenki w wersjach studyjnych i te same piosenki w tej samej kolejności w wersji koncertowej do obejrzenia na monitorze. Moc, energia i odjazd! Jak dla mnie rewelacja.
maniak
www.shadowreichenstein.com

Rozmiar: 5883 bajtów STONE BREATH
"The Long Lost Friend: a Patchwork"

Perun
noir folk, psychodelia
Mógłbym zacząć - składanka nagrań klasyka wyrdfolka, ale to w żaden sposób nie odda emocji związanych z tą płytą. Całość to wyśmienity zestaw, wybuchowa mieszanka folkowej psychodelii. Gdy kolega Maniak zapewniał mnie, że całość jest lepsza niż inne wydawnictwa zespołu, przyjmowałem to z rezerwą, bo o ile zespół mi się podobał, nie uważałem go za genialny. Błąd! Płyta jest naprawdę doskonała, no i zawiera niewątpliwy hit: "Listen Listen". Jak wynika z moich obserwacji, utwór opętał już kilka osób. Naprawdę wstyd nie mieć, tym bardziej że muzyka może spodobać się ludziom o naprawdę różnych upodobaniach. Strawi ją i miłośnik psychodelii, i fan neofolku, a można by z pewnością jeszcze długo wymieniać, komu się spodoba. Rekomendacja, jak by napisał wydawca, ja się pod tym podpisuję nie tylko z koleżeńskiej uprzejmości. Muzyka nie odbiega poziomem od mistrzów typu Pearls Before Swine czy Incredible String Band, dla mnie osobiście to jest nawet dużo lepsza.
www.serpent.pl/perun
mirt

SWANN DANGER
EP, wyd. własne
deathrock
Kompletnie nic nowego ani oryginalnego, a jakie to fajne granie. Powolny, kąśliwy post-punk/gothic/deathrock z wokalistką o głosie do złudzenia przypominającym Siouxsie Sioux. Pięć piosenek utrzymanych w turpistycznym klimacie. Coś pomiędzy "Bella Lugosi's Dead" Bauhaus a wolniejszymi kompozycjami Black Ice. Debiutancka EP-ka kalifornijskiego duetu Swann Danger jest absolutnie warta rekomendacji wszystkim goth-punkom. Tak samo jak utrzymana w podobnym stylu EP-ka kapeli Heart of Snow, poprzedniego zespołu muzyków.
www.swanndanger.com
maniak

TRESPASS
"The Death Wave"
CDR
DeathrockPL Records
goth
Francuski zespół, którego "poważną" płytę na pewno będę chciał sprawdzić, jak się pojawi. "The Death Wave" jako normalnego albumu traktować nie mogę. I to nie tylko z powodu nijakiego wydania, ale przede wszystkim z powodu zawartego na sidierze materiału. Trespass ciągnie w różne, choć współgrające ze sobą strony. Miesza się tu i chłód spod znaku cold wave, i tradycyjny gitarowy gotyk. Jest tu sporo kontrolowanego szaleństwa a la batcave z domieszką klimatów deathrockowych. W końcu wczesne utwory przemycają elementy mrocznego, garażowego rock'n'rolla, a wiele piosenek charakteryzuje się ładnymi pop-rockowymi melodiami. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wrażenie, że zespół nie dokonał żadnej selekcji materiału, poszedł na żywioł i nie przyłożył się specjalnie do aranżacji czy brzmienia. Odpowiedź na pytanie "dlaczego?" wydaje się prosta. Po prostu na "The Death Wave" znalazł się materiał, który charakteryzuje się zwykle określeniem "demo". Tak więc czekam na prawdziwą płytę, bo na razie tego, co Trespass proponuje, dla przyjemności słuchać mi się w ogóle nie chce.
www.deathrock.art.pl
maniak

VENUS FLY TRAP
"Zenith"

Big Blue Records
darkwave
Pierwsza od ośmiu lat - nie licząc kompilacyjnej "Anthology of the Food" - nowa płyta Brytyjczyków. Zespół, a właściwie od długiego czasu duet, na dobre zadomowił się w Polsce. Warszawska firma Big Blue wznowiła najpierw wszystkie stare płyty Anglików, potem wypuściła przekrojową składankę, a teraz nowy album. Venus Fly Trap jest wciąż w dobrej formie. Nigdy nie był to zespół wybitny, ale rzetelny i interesujący zawsze. "Zenith" jest pozycją zdecydowanie najbardziej elektroniczną w dorobku formacji. W podkładach dominuje minimalna elektronika. Klawisze i perkusyjny automat wyznaczają kierunek. Gitara jest na okrasę. Charakterystyczny wokal Alexa Novaka daje melodie. Muzyczka raczej się sączy, niż rwie do przodu. Nastrój albumu jest relaksacyjny. Darkwave po godzinach, w drodze z pracy do domu, albo z domu na imprezę. Nawet jest tu kilka utworów typu "radio friendly" - raczej bez zadatku na wielkie przeboje, ale wystarczająco sympatycznych, by je sobie nucić po kilkukrotnym wcześniejszym przesłuchaniu. Miła płyta, do posłuchania.
www.spiralarchive.com
maniak

ROBERT WYATT
"Cukooland"

Hanibal
jazz / psychodelia
Niewiele jest takich postaci, których potencjał twórczy nie słabnie z wiekiem. Do nich z pewnością należy Robert Wyatt. Może Cukooland to nie Rock Bottom, którego chyba nic nie jest w stanie przebić, niemniej to naprawdę bardzo dobra płyta. Właściwie jako rekomendację wystarczyłoby napisać, że trwa 75 minut, a ja nadal słucham jej z przyjemnością. To płyta jazzowa, niewiele tu z psychodelii. No cóż, to też nie zmienia mojego nastawienia do tej produkcji. Jest w głosie tego pana, w jego chorej rytmice, coś, co nie pozwala się od tej muzyki oderwać. Trzeba być naprawdę totalnym malkontentem, by tego nie docenić. A co chyba w tym wszystkim najciekawsze, to pierwsza od 1971 roku dobra płyta z gitarą Davida Gilmoura!!
mirt

 ZOMBINA AND THE SKELETONS
"Halloween Hollwerin!"

horror / surf / punk
Zombina and the Skeletones to brytyjski zespół, który stał się ulubieńcem horror-punkowców i deathrockowców, a który, tak naprawdę, przede wszystkim powinien zachwycić zwolenników nostalgicznie brzmiącego rockabilly i żeńskich bigbitowych grup z lat 60. Przynajmniej taka się nasuwa konkluzja po wysłuchaniu "Halloween Hollwerin!", dziwnego, króciutkiego wydawnictwa wypuszczonego chyba specjalnie na Halloween. Tylko siedem surfujących, mocno rock'n'rollowych utworów, z których w czterech śpiewa dziewczyna o słodkim głosiku podlotka. Granie nie angielskie, a amerykańskie, bliskie stylistyce horror-surf-rocka, takiego na przykład jak wykonuje Gein and the Graverobbers. Mroku mało, dużo dziewczęcej słodyczy.
www.zombina.com
maniak
split
"Lost Signals from Unknown Horizons" CDR
Desiderii Marginis, Moan, Artefactum
Beast of Prey / Silver Charisma
darkambient
Kolejny produkt ambientowych metalowców z Beast of Prey i zarazem pierwszy naszych industrialno-neofolkowych kolegów z zina Apostazja (a właściwie jednego z nich, pozostała dwójka ruszyła z oddzielnym wydawnictwem - patrz recenzja Kratong). Na początek split trzech darkambientowych projektów: szwedzkiego Desiderii Marginis i polskich Moan oraz Artefactum. Całość podana w bajeranckiej obwolucie: ręcznie składana koperta z samodzielnie wykonanymi znaczkami pocztowymi, ostemplowana własnym stemplem, a z tyłu zalakowana i obdarzona pieczęcią. W środku dwie pocztówki z widokami starego Poznania (ten dodatek ponoć tylko dla wybrańców), obrazek przyrodniczy oraz kartonik z informacjami o programie płyty. W końcu oczywiście sam krążek - CDR z profesjonalnym nadrukiem. Jak zwykle w przypadku tego typu wydawnictw łatwiej napisać o opakowaniu niż o samej muzyce. No bo i co nowego można pisać o dźwiękach spod znaku dark ambient? O Desiderii Marginis mogę napisać, że w swych trzech odsłonach prezentuje medytacyjny, sączący się ambient o nieco rytualnym charakterze (szczególnie pierwszy utwór) i że podoba mi się najbardziej z trójki zebranych na płycie wykonawców. O Moan mogę skrobnąć, że ich produkcje mnie zmęczyły - po trzech kawałkach Moan ciągle przetaczały się śrubki, myszy skrobały w nich ser, ktoś krzesał ogień niesprawną zapalniczką albo przechadzał się po żwirze. Na to wszystko rzucono kilka ton pogłosu i już. Jakoś trudno mi docenić coś takiego. Jeżeli chodzi o Artefactum, to w swych dwóch pierwszych kompozycjach też mnie nie zachwyciło. (Ale czy mnie w sumie może zachwycić dark ambient? Chyba nie.) Dużo patosu, wypreparowanych chórów, niskich buczeń i średniowieczne aluzje pojawiające się w strzępkach melodii. Trzeci utwór tymczasem okazał się bardzo fajny. Do wyraźnego, powtarzającego się w kółko motywu melodycznego dodano bit i od razu do muzyki wdarło się trochę życia. Efekt całkiem interesujący. Ogólnie może być - darkambientowcom mogę tę płytę z czystym sumieniem polecić.
www.beastofprey.glt.pl www.apostazja.serpent.com.pl
maniak




mroki.serpent.pl