recenzje:
styczeń 2007
październik 2006
czerwiec 2006
maj 2006
styczeń 2006
wrzesień 2005
czerwiec 2005
maj 2005
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004



/jesień 2005/


/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/






BLACK ICE
"Myopia"
Hungry Eye Records
Jeżeli nawet Black Ice może nudzić co bardziej nastawionych na czady miłośników deathrocka, to jest to jeden z najpiękniej nudzących zespołów na świecie. Może i tempa są powolne, może i kompozycje trochę podobne jedna do drugiej, ale jak to zabójczo płynie, jak wciąga, jakie dreszcze wywołuje... Kibicuję tej załodze od samego początku i ze swej trzeciej płyty robi ona na mnie nie mniejsze wrażenie, co z dwóch poprzednich. Schizofreniczna, pełna niepokoju muzyka, która z pewnością nie nadawałaby się na ścieżkę dźwiękową do samotnego nocnego spaceru po cmentarzu. Nawiedzony wokal Miss Kel, bijące w rytmie nieuchronnego przeznaczenia bębny, subtelnymi środkami podrażniające nerwy klawisze, wypełniająca przestrzeń wygładzoną ścianą dźwięku gitara. Mnóstwo przestrzeni i czający się pod powierzchnią lęk. Atmosfera na 102, muzyka pierwsza klasa...
maniak
www.hungryeyerecords.com

CINEMA STRANGE
"Quatorze exemples authentiques du trumphe de la musique decorative"
Trisol
Ciężko nie porównywać najnowszego albumu Cinemy do tego, co widziałem i słyszałem podczas niedawnego koncertu tria w Wilnie. To jakby dwa różne zespoły. Z albumu to grupa atmosferyczna, mocno trzymająca się ustalonego klimatu, ale żywa, potrafiąca sporo wycisnąć z instrumentów, emanująca energią (oprócz środkowych trzech, "filmowych" tematów). Czyli właściwie będąca przeciwieństwem Cinemy nudnej i rozgrzebanej, pozbawionej czadu, jaką można było zobaczyć na Creeper Fest. Czyżby przyczyną takiego stanu rzeczy było to, że na koncercie zabrakło żywego perkusisty, który na albumie tak wspaniale rozkręca motorycznie kompozycje? To chyba właściwy trop, a oszczędności w obsadzie składu zdecydowanie się nie opłaciły, zważywszy na efekt końcowy. Ale dość krytykanctwa, bo odnosi się tylko do tego, co można było zaobserwować live. Tymczasem najnowszy krążek Kalifornijczyków to rzecz całkiem smakowita. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że najlepsza jak dotąd w ich dorobku. Kompozycje są zwięzłe pomimo dość epickiego charakteru, kapela nie galopuje dokąd nogi poniosą tylko trzyma się struktury piosenek, a i Lucas Lanthier dawkuje słowa, nie zalewając słuchacza potokiem narracji zapodawanych głosem Myszki Miki. Aranżacje są bogate, ale piosenki trzymają się kupy, jest w nich puls i dobra energia i, wyjąwszy środkową, pejzażową partię albumu, świetnie płyną, wciągając w swą bogatą kolorystykę. Oprócz 13 piosenek na dysku pierwszym otrzymujemy dwa opowiadania Lanthiera recytowane przez niego na dysku drugim, oraz trzy booklety ze zdjęciami, tekstami i opowiadaniami wokalisty. Bardzo dobry album, do niejednokrotnego delektowania się, no i wizualnie miły dla oka. Polecam!
maniak

THE DEADFLY ENSEMBLE
"An Entire Wardrobe of Doubt and Uncertainty"
Trisol
Porównując nową płytę Cinema Strange z nową, debiutancką płytą śpiewaka Cinema Strange Lucasa Lanthiera i jego The Deadfly Ensemble jedno wydaje mi się pewne – Cinemie możliwość zrealizowania się Lanthiera poza macierzystym zespołem wyszła na zdrowie. Bo o ile nowa płyta Cinemy jest żywa i nie pozbawiona czadu, to granie The Deadfly Ensemble jest rozwlekłe, poprzeciągane, mówiąc wprost nudnawe, a to, że te średnio porywające kompozycje znalazły się na "An Entire Wardrobe...", zapewne uratowało "Quatorze Exemples..." Cinemy przed zapełnieniem przynajmniej częścią z nich. Całość albumu TDE podporządkowana jest dość obszernym w formie opowieściom Lanthiera, a ten lubi sobie pogadać – wręcz wygląda na to, że muzyka ma głównie ilustrować jego teksty. Dostajemy więc półakustyczną płytę, trochę folkową, trochę teatralno-kabaretową, coś jak skrzyżowanie najwolniejszych tematów wyciągniętych z drugiego albumu Cinemy Strange, klimatu Current 93 i pląsowatych, rozedrganych narracji a la Sopor Aeternus. Jest to na pewno ładne, jakoś tam interesujące, ale wciąga co najwyżej średnio. Owszem, jest kilka bardziej poruszających momentów, posiadających pazur, szczególnie "Horse on the Moor" i zaśpiewane wspólnie z Andim Sexgangiem "Kriminal Tango", ale to jedyne dwie piosenki, do których chce mi się wracać. Album jest pięknie wydany, bogato zilustrowany, z dodanym plakatem, drugą płytą wypełnioną komentarzami i ogólnie wychuchany wizualnie, ale bez wciągającej muzyki to za mało.
maniak

DEATH RIDERS
"Soundtrack for Depression"
Horror High
Death Riders to kapela, którą powołał do życia Blasko, basista wywodzący się ze sceny metalowej, współpracujący m.in. z Danzigiem, Robem Zombie i Ozzym Osbourne’em. Zespół gra jednak dużo lżejszą gatunkowo muzykę niż formacje wymienionych panów, z metalem nie mającą wiele wspólnego. Mamy więc mocny, riffowy rock’n’roll utrzymany w większości w średnich tempach, bardziej kojarzący się z najmocniejszymi utworami Ghoultown (bez pierwiastka country, ale za to trochę w duchu spaghetti-westernów) albo najdelikatniejszymi utworami Shadow Reichenstein, by iść tropem kapel czytelnikom Colda nieobcym, niż z riffowymi zapasami w stylu White Zombie. Jest w muzyce proponowanej przez kalifornijski kwartet dużo powietrza i przestrzeni. Oprócz dziarskich riffów, sporo łagodniejszych, surfowych zagrań, porcja fajnych melodii, mrocznawego klimatu tworzonego przez gardłowy, niski głos wokalisty The Messengera. Całość jest energetyczna, przebojowa, nie stresująca natężeniem dźwięku. Album być może nie wybitny, ale bardzo sympatyczny w słuchaniu. Wchodzi mi ta muzyka idealnie.
maniak
www.thedeathriders.com

GRINDERMAN
"Grinderman"
Mute
Dałem się złapać na lep dwóch promocyjnych, świetnych zresztą numerów, i na jak zwykle funta kłaków warte bredzenia oficjalnych pismaków z kolorowych magazynów i codziennych gazet, jaki to Grinderman jest niezwykły, czadowy i różny od dokonań The Bad Seeds. Owszem, pewnego dnia i tak kupiłbym sobie ten krążek, ale nie tak pospiesznie i nie za taką cenę, jak to miało miejsce. Byłem jednak tak nakręcony na Grinderman, że musiałem nabyć album w dniu premiery. Bo to miał być powrót Cave’a i spółki do czasów The Birthday Party, miał być urywający głowę czad i intensywność nie słyszana w muzyce Cave’a od kilkunastu przynajmniej lat. Trochę tak i jest, ale proporcje wcale nie są ułożone tak jednoznacznie. Właściwie to nie rozumiem, dlaczego album nie został wydany pod szyldem The Bad Seeds. Może faktycznie w ogólnej wymowie byłaby to najostrzejsza płyta zespołu, ale czy różniąca się tak znacznie od innych? Jeżeli chodzi o atrakcyjność zawartej na "Grinderman" muzyki, to bez dwóch zdań stawiam ten krążek przed "The Boatman’s Call", "No More Shall We Part", "Nocturamą" i najlepszym z tej czwórki "Lyre of Orpheus/Abbatoir Blues". Ale całą resztę dokonań Cave’a cenię bardziej niż jego najnowsze dzieło. Album mi się podoba, ale nie można podchodzić do niego tak radykalnie, jak to się zapowiadało. Jest mniej więcej pół na pół – połowa krążka chropowata, dzika, zadziorna, ognista i garażowa, a połowa co prawda oparta na tym samym brudnym brzmieniu, ale wyważona, elegijna, hymnowo-pomnikowa, ocierająca się o gospel, porównywalna jak nic do materiału zawartego na "Abbatoir Blues". Tak więc radykalizm taki na pół gwizdka, a druga młodość muzyków to jednak młodość trochę ściemniona. Oczywiście i tak warto mieć tę płytę, w końcu najlepszą od "Murder Ballads", ale nie za siedem dych, nie za siedem dych, a tyle, cholera, dałem!
maniak
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl

GRRZZZ
"Optima Ferox"
Maloka
Śmierć i zniszczenie w rytm elektronicznych podkładów, gitarowych salw i rzężącego wokalu. Wściekły i mroczny digital-industrial-punk w wykonaniu pary karłów (jak sami o sobie mówią) z Francji będących albo najstarszymi, albo najbardziej zniszczonymi punkami, jakich udało mi się do tej pory spotkać. Tak więc malowniczo schyłkowy wygląd duetu Pepe-Pimpox dość poważnie kontrastował podczas koncertu danego przez nich w stołecznej Aurorze z siłą granej przez grupę muzyki, w której digitalna nawałnica Atari Teenage Riot spotyka punk Berurier Noir, intensywność Ministry i zakręca pod Alien Sex Fiend. Na płycie muzyka właściwie nic nie traci ze swej witalności i brzmi tak samo jak na koncercie.
maniak
www.myspace.com/grrzzz

THE HOLY KISS
Hungry Eye Records
Ta kalifornijska kapela trochę już nagrała w ciągu kilku lat swojej działalności, a to, co do tej pory wydano tylko na winylowych singlach i składankach, plus kilka piosnek premierowych, zebrano na niniejszym albumie, opublikowanym przez moją ulubioną firmę Hungry Eye Records. Piękne to granie, łączące wszystko, co decydowało o atrakcyjności takich orkiestr jak Crime and the City Solution, The Birthday Party, These Immortal Souls, 16 Horsepower, Gun Club, a z grup znanych raczej tylko czytelnikom Colda, Myssouri i naszego nieodżałowanego Serpent Beat. Southern-gothic, taka nazwa przyjęła się dla zespołów łączących tradycję americana i źródłowego bluesa z mrocznym post-punkiem. Żar i emocje, gitarowy brud i mocny bit, przejmujący wokal. Bomba!
maniak
www.hungryeyerecords.com

THE HORRORS
"Strange House"
Polydor
Absolutna rewelacja! Poprzednim brytyjskim zespołem, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, był Eighties Matchbox B-line Disaster. Obie kapele zresztą wiele łączy w warstwie muzycznej – tempa, poziom generowanego hałasu, nasycenie emocjonalne, mroczny klimat, przebojowość. The Horrors jednak więcej czerpią z tradycji bitowej psychodelii i wczesnego garażowego rocka, takiego a la The Seeds – antyczne brzmienie klawiszy odgrywa tu niebagatelną rolę – i na tej podstawie budują klimat jak z cmentarnej krypty, nacechowany intensywnością punkrocka typu The Damned i, tak, pokrewny stylistyce 80’s Matchbox... Piosenki jedna za drugą stawiają na baczność. Każda to potencjalny hit. "Strange House" można słuchać w kółko. Zespół zdobył na Wyspach sporą popularność, a i w Europie robi trasy obejmujące po kilkadziesiąt koncertów. W Polsce rozprowadzany jest przez Universal, co bynajmniej nie znaczy, że znajdziecie albumy The Horrors w najbliższym sklepie. Jeśli kupujecie sobie jedną płytę na pół roku, to powinna być to właśnie ta płyta. Angielski deathrock jak cholera – gdyby tylko Brytole znali to określenie.
maniak
www.myspace.com/thehorrors

JUDDER AND THE JACK RABBITS
demo
Zespół z Norwich, którego rozwój będę obserwował. Trzy utwory brzmią obiecująco. Miks punka i psychobilly – surowsza i bardziej punkowa w formie wariacja na temat tego, co grają Demented Are Go czy Necromantix, żeby posłużyć się banalnym porównaniem, a przy tym kapela melodyjna niczym Tiger Army, bez całej przypisanej do ich grania cukierkowatości. Ciekawe na jakie brzmienie zdecyduje się grupa po wejściu do profesjonalnego studia – mam nadzieję, że nagrania zachowają chropowatość demo. Warto dodać, że recenzenci doceniają koncerty kapeli – turpistyczny image plus full energii to podobno jest to.
maniak
www.myspace.com/judderandthejackrabbits

RETSEPTI
"1987-92"
Supreme Echo
Płyta chyba tylko i wyłącznie dla takich ciekawskich jak ja, zainteresowanych nową falą lat 80., zawsze skłonnych do zaryzykowania osobistego sprawdzenia wykonawców, których nazwy nic nikomu nie mówią. Mam wątpliwości, czy w tym wypadku warto było podjąć ryzyko. Muzyka nie jest zła, jest ciekawa, ale problem jest taki, że średnio mi się podoba. Zespół Retsepti, owszem, przejawia nowofalowe ciągotki, ale przede wszystkim w jego muzyce słychać tradycyjny rock. Ale tak widać być musiało, gdy było się jednym z kilku zespołów działających w latach 80. w stolicy Gruzji, Tbilisi. Pomimo że to niespecjalnie słychać, ale członkowie kapeli uważali swój zespół za nowofalowo-punkowy i takiemu też image’owi na pewien sposób hołdowali. Zresztą też za wygląd byli często prześladowani przez lokalnych zakapiorów, o czym można przeczytać w obszernej notce biograficznej zamieszczonej na stronach książeczki. Tak więc materiał raczej światopoznawczy, niż wciągający muzycznie, w dodatku wyprodukowany międzynarodowo – zespół z Gruzji, label z Kanady, a właściciel labela często przebywający w Polsce i posługujący się mailem kwiateczku@hotmail.com
maniak

VILLA VORTEX
"Incertitudes"
wyd. własne
Rozczarowanie. Myślałem, że będzie może nie lepiej, ale inaczej, znając EP-kę poprzedzającą o rok lub dwa wydanie tej płyty. Zdaję sobie sprawę, że w tym przypadku rozczarowanie wynika w dużej mierze z moich preferencji. Po prostu ciężko mi znieść tyle metalowo brzmiącej gitary, jak serwuje Villa Vortex. Pierwszy numer tego nie zapowiada, ale później zaczyna się ostra riffowa jazda na żylecie, jeżeli nie od początku do końca trwania konkretnej piosenki, to przynajmniej pojawiająca się jako "ozdabiająca" wstawka. I coś takiego po prostu przeszkadza. Kompozycje nowofalowe, nawet zimnofalowe, przypominające dokonania francuskiej grupy Lucie Cries, i psująca wszystko wiochowata metalowa gitara, pół biedy gdy narzucająca skojarzenia z Tool, bo zwykle na tak łagodnej odmianie metalu się nie kończy. Szkoda, wielka szkoda, bo gdyby nie było tego drażniącego mnie usilnie elementu, to reszta bardzo by mi odpowiadała. Jeśli ktoś jednak lubi zimną falę, a nie ma alergii na metalowe brzmienia wioseł, to spokojnie może po Villa Vortex sięgnąć. Dobra płyta, tyle że spaskudzona.
maniak
www.villavortex.com



   alternative.pop


mroki.serpent.pl