recenzje:
czerwiec 2006
maj 2006
styczeń 2006
wrzesień 2005
czerwiec 2005
maj 2005
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004


WKRÓTCE!
/planowany - VI-VII 2006/


/jesień 2005/


/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

[Rozmiar: 6857 bajtów] BELLMER DOLLS
"The Big Cats Will Throw Themselves Over"
Hungry Eye Records
Gotycko-punkowy blues w najlepszym wydaniu w wykonaniu zespołu złożonego z byłych muzyków The Great Unraveling, Universal Order of Armageddon i Love Life (polecam sprawdzić też Celebration, inny odprysk tej wspaniałej kapeli, którego album wydało 4AD). Szalenie emocjonalna, nerwowa, drapieżna muzyka wypływająca z inspiracji The Birthday Party, The Scientist, The Gun Club, These Immortal Souls, The Stooges... Bluesowe basy, ostra, ciągnąca melodie gitara, świetny, spazmatyczny, dziki wokalista. Post-punkowa energia, surowe brzmienie, bagienna melancholia i gotycki mrok. Trio pochodzi z Nowego Jorku, członkowie orkiestry stwarzają na zdjęciach mocno dekadenckie wrażenie. Do tego dochodzi intelektualno-artystowski sznyt obecny w warstwie opisowo-ideologicznej. Ponętna otoczka, fantastyczna muzyka. Koniecznie trzeba na ten band zwrócić uwagę, tak jak i na ich nie tylko muzycznych pobratymców z The Holy Kiss i Lion Fever. Wydając takich wykonawców jak Bellmer Dolls, The Holy Kiss, The Phantom Limbs, Black Ice, Weegs i Sixteens, oficyna Hungry Eye Records wyrasta dla mnie na label numer jeden.
maniak
www.bellmerdolls.com

[Rozmiar: 8518 bajtów] CHARGE
"Perfection Plus (The Best Of Charge)"
Anagram
Od sześciu czy siedmiu lat, czyli od kiedy odkryłem Charge za sprawą ich długogrającej płyty "Perfection", nie mogę się nadziwić, że album ten nie jest w żadnych zestawieniach fanów wymieniany jako jeden z najlepszych w historii gothic-punka. Deathrockowcy zdawali się (co zresztą trwa nadal) nie mieć pojęcia, że grupa taka jak Charge w ogóle istniała, dla przywiązanych do szablonowego łojenia punków była to za bardzo pojebana twórczość (vide: obrazująca ten trend recenzja w Garażu).
Charge z początku działalności grał tradycyjnie po punkowemu/oiowemu, a jego dokonania z singla "King’s Cross" czy EP-ki "Destroy The Youth" porównywano na przykład do The Partisans. Wydany w 1982 roku "Perfection" wypełnia jednak zupełnie inne granie, oparte na plemiennych rytmach i wysuniętym basie, plastycznych, ostrych gitarach i grobowym klimacie. Tak jak napisałem wcześniej, jeden z najlepszych albumów w historii brytyjskiego goth-punka, dorównujący podobnym w wymowie "For Madmen Only" UK Decay, "Manipulate" Ausgang czy "Machine" 1919, choć charakteryzujący się delikatniejszym brzmieniem niż dokonania wymienionych. Ktoś nazwał styl muzyki uprawiany przez Charge na tym albumie mianem baroque-punk – niech i tak będzie, bo określenie oddaje całkiem trafnie to, o co w tych dźwiękach chodzi.
Na "Perfection Plus" zebrano wszystkie nagrania, jakie kapela zarejestrowała dla labela Kamera Records, czyli trzy wymienione wcześniej wydawnictwa oraz dwa single towarzyszące "Perfection": "Fashion" i "Luxury". CD uzupełnia bogata książeczka, a płyta dedykowana jest zmarłemu niedawno liderowi grupy, Stu P. Diotowi. Co tu jeszcze pisać – dla czytelników Colda ten krążek to mus!
maniak
www.cherryred.co.uk

[Rozmiar: 5648 bajtów] DEATH RIDE 69
"Elvis Christ"
Mobilization
Zupełnie odleciałem, gdy na początku lat 90. wpadł mi w ręce ten album, niedawno wznowiony na CD przez Mobilization. Death Ride 69 w swej pierwotnej formie było triem, którego założyciele, perkusistka Linda Le Sabre i nieżyjący już Don Diego, wywodzili się ze sceny hardcore’owej Washington DC. Wspomagał ich poznany w Los Angeles, gdzie wspomniana para się przeniosła, gitarzysta Wrex Mok. W 1987 roku zespół zrealizował swój debiutancki album "Elvis Christ", który wydała oficyna Gymnastic Recordings. Niesamowita muzyka wypełnia tę płytę. Podstawę brzmienia stanowi prymitywny, plemienny, motoryczny rytm. Do tego dochodzi gitara, też często sprowadzona do roli instrumentu rytmicznego, choć również wygrywająca psychodeliczne solówki i punkowe czy gotyckie zapętlone motywy oraz wokale całej trójki muzyków, składające się i z chłodnych, beznamiętnych narracji, i z dzikich okrzyków i pohukiwań. Całość przywodzi na myśl zły psychodeliczny odjazd po pejotlu, odbywany w towarzystwie bandy Hell’s Angels gdzieś na farmie jakiegoś apokaliptycznego posthipisowskiego guru, właśnie przygotowującego swoich wyznawców do popełnienia zbiorowego samobójstwa. Fascynująca, mroczna jak diabli, outsidersko-plemienna muzyka, łącząca prymitywny rock’n’roll z gotykiem i industrialem, gdyby industrial zredukować tylko do brzmienia metalowych beczek po oleju. Bomba! A wracając do historii Death Ride 69, to zespół po zmianach personalnych nagrał dwa lata po "Elvis Christ" EP-kę "Red Sea" (również wznowioną przez Mobilization na CD), która miała zapowiadać ukazanie się drugiego albumu kapeli o nazwie "Penetrator". Ten nigdy nie ujrzał światła dziennego, ale Mobilization zapowiada na ten rok jego premierę. Linda Le Sabre po latach reaktywowała Death Ride 69, niestety zupełnie niepotrzebnie, bo płyta, którą nagrała w 1998 roku, "Screaming Down the Gravity Well", to kompletny electro-koszmarek. Dużo lepiej brzmiały nagrania jej rytualno-perkusyjnego projektu Beat Mistress. Artystka od wielu lat bębni w składzie industrialnej kapeli Life With The Thrill Kill Kult.
maniak
www.mobilization.com

[Rozmiar: 2918 bajtów] THE DEFORMED
"The Anarchy Years and Primitive Rituals"
, 2CD
Nikt Nic Nie Wie
Czy pochodzący z pierwszej połowy lat 80. zespół, który w dorobku ma piosenki o takich tytułach jak "Christian Death", "Graveside", "Psalms", "Ritual", "Crypt", "From The Grave", "Crucifixion", "Burial", "Slow Death" może być zły? Oczywiście że nie. Powiedzieć o nagraniach Deformed, że są dobre, to jednak stanowczo za mało (przynajmniej o tych zamieszczonych na dysku numer dwa). One są fantastyczne! To najmroczniejszy z mrocznych dark punk łamany przez gotyk, jaki znam. Bardzo lubię The Mob, zajebisty jest Crisis, ale poruszając się w podobnej stylistyce, The Deformed bije na głowę obydwie kapele. Krążek "Primitive Rituals", zbierający nagrania tej brytyjskiej grupy z lat 1983-87 (zespół wydał tylko dwa single, reszta piosenek nie została nigdy wydana) to jedna z najlepszych płyt "z odzysku", jakie trafiły w moje ręce. A ukazanie się jej zawdzięczamy naszej lokalnej oficynie Nikt Nic Nie Wie. Podejrzewam skądinąd, że impulsem dla szefów firmy do wydania albumu były raczej wczesne, typowo punkowe nagrania The Deformed, zgromadzone na dysku pierwszym, "The Anarchy Years 1980". Ich jakość przedstawia wiele do życzenia pod względem technicznym i fakt posiadania ich będzie raczej bardziej związany z duchem kolekcjonerstwa niż z ich słuchaniem. Zresztą faktem jest, że piosenki z "Primitive Rituals" też nie zabijają jakością, ale to drobiazg. Zważywszy, że album kosztuje mniej niż trzy dychy, nie pozostaje nic innego, jak natychmiast go zamówić. Co prawda jakość graficzna bukletu nie jest najlepsza (słaby papier i druk), ale zawiera on sporo opisów i zdjęć. Kończąc temat, wspomnę jeszcze, że kontynuacją The Deformed była anarcho-punkowa formacja Cress, której płyty również rozprowadzane są przez NNNW.
maniak
www.nnnw.pl
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl


[Rozmiar: 5448 bajtów] DE VOLANGES
"SDSS J090745.0+24507 (The Outcast)"

Str8line Records
Belgijska kapela de Volanges po raz pierwszy działała w latach 1992-97. Udało jej się wtedy pojawić na jednej scenie z kilkoma ważnymi zespołami tamtego okresu, zagrać na Castle Party w Grodźcu, odbyć dwie trasy po Polsce (m.in. wystąpiła w Warszawie na pierwszym robionym przeze mnie koncercie) i wydać materiał na kasecie w poznańskiej oficynie Black Flames Production. Zespół w 1997 roku rozpadł się, a członkowie formacji rozpoczęli pracę z nowymi projektami: wokalistka Roxanne z Dawn Visitors, basista Yvan z Dorian, perkusista Ludwig i wokalista/gitarzysta Rennaud z Side Effect. W 2002 roku Yvan i Rennaud oraz perkusista Enrico (grający w kapeli również przez pierwsze cztery lata istnienia orkiestry) reaktywowali zespół a omawiany tu album to kolejne, po trzyutworowej epce "Caresses Draw Maps", dokonanie tria. Świetną płytę nagrało de Volange! Nowa i zimna fala na całego, oscylująca pomiędzy miękkim brzmieniem i kompozytorską inwencją wczesnego The Chameleons, chłodem i intensywnością Joy Division, podrasowana rockiem i rock’n’rollem charakterystycznymi dla francuskich post-punkowych kapel lat 80 oraz szczyptą psychodelii. Zespół umie zagrać delikatnie, klimatycznie i przygrzać po punkowemu, a także zgrabnie połączyć jedno z drugim w ramach jednej piosenki. Kompozycje są dynamiczne i mroczne, z rzadka delikatne i romantyczne, a całość świetnie płynie. De Volanges może nie jest tak przebojowe jak Frustration czy Varsovie, jeśli przywołać bliskie stylistycznie kapele z tego samego kręgu kulturowego, ale jest nie mniej ciekawe. Cieszą mnie powroty takie jak ten. Polecam!
maniak
www.devolanges.be

[Rozmiar: 9324 bajtów] KATZENJAMMER KABARETT
Subterfuge
Katzenjammer Kabarett to dziwna grupa jak na deathockowe poletko. Choć nie tak bardzo dziwna, zważywszy że kabaretowe zacięcie przejawiało i przejawia wielu wykonawców z kręgu gotyku: Rozz Williams z Gitane Demone na "Dream Home Heartache", Andi Sexgang solo, Virgin Prunes i Gavin Friday, Cinema Strange / Deadfly Ensemble czy określany mianem punkowego kabaretu cieszący się obecnie dużą popularnością Dresden Dolls. Co odróżnia KK od wspomnianych artystów to sposób podejścia do tematu. Francuzi nie za bardzo chcą brzmieć retro, a ich "awangardowy deathrockowy kabaret", jak sami bez skrupułów nazywają swoją działalność, dość mocno odchodzi od tradycji kabaretowego songu kojarzonego z Republiką Weimarską czy przedwojennym Paryżem. Nie chcę przy tym stwierdzić, że wymienieni wcześniej wykonawcy trzymali się kurczowo jakiejś z góry ustalonej formuły, ale w porównaniu do KK ich nagrania nawiązujące do kabaretowej stylistyki brzmią dużo bardziej tradycyjnie. Katzenjammer Kabarett lubuje się w pisaniu manifestów i w jednym z nich możemy przeczytać, że post-Weimarowski kabaret za bardzo nastawiony był na politykę i zabawę, zamiast skoncentrować się na samym procesie artystycznym, dlatego muzycy wolą odwoływać się do koncepcji lansowanych przez słynny Cabaret Voltaire, wylęgarnię ruchu dada i surrealizmu, i do awangardowych kabaretów z lat 1910-1920. W wykonaniu KK przekłada się to po prostu na swobodę wypowiedzi muzycznej. I tak ma debiutanckim albumie Francuzów stylistyczne nawiązania do kabaretowej formy nadają tylko kształt całości, wypełnionej muzyką o post-punkowej, gotyckiej, popowej czy klasycystycznej proweniencji. Kapela używa dużo nowoczesnej elektroniki w podkładach, ostre gitary w szybszych numerach przywodzą na myśl wczesne Christian Death, bębny nie raz brzmią post-punkowo, a punkowy duch rebelii jak najbardziej również obecny jest w tej twórczości. Cała otoczka wokół zespołu opracowana jest w najdrobniejszych szczegółach: wspaniała strona internetowa, świetne plakaty z występów orkiestry, doskonała grafika, nawiązująca do surrealizmu, futuryzmu, kubizmu itd... I wszystko byłoby super, gdyby jeszcze muzyka trochę bardziej mnie kręciła. Bo kompozycje są fajne, ale czegoś mi w nich brakuje. Jakoś nie potrafię w pełni wciągnąć się w słuchanie tych dźwięków. Być może zabrzmi to paradoksalnie, ale chyba brakuje mi owej wspomnianej "otoczki", gdyż moja promo wersja albumu sprowadza się tylko do skopiowanej na CDR płytki i kserówki okładki. Ponoć muzyka zawsze powinna bronić się sama, ale być może przy dziełach tak konceptualnych ciężko jej istnieć bez walorów wizualnych. No ale to mój problem, a ogólnie uważam, że zespół jest jak najbardziej wart sprawdzenia osobiście. Ja bardzo żałuję, że nie udało mi się podczas ostatniego gotik-treffen w Lipsku zobaczyć koncertu kapeli, bo to mogło być coś. Na jednym z występów Miguela organizatorzy puszczali film będący zapisem koncertu Dresden Dolls (notabene album Katzenjammer zmasterował Joel Simches z Dresden Dolls). Jeśli koncert KK byłby chociaż w połowie tak fascynujący jak amerykańskiego duetu, to byłoby już bardzo, bardzo dużo.
maniak
www.katzenjammer-kabarett.com

[Rozmiar: 5758 bajtów] MONOZID
"Erstens"
CDR, wyd. własne
Monozid to kapela, w której gra Frantz Vojtech, autor zine’a Transmission, czyli niemieckiego odpowiednika Colda. Ten pochodzący z Lipska zespół gra mocno zimnofalowo i troszkę, jak dla mnie, za płaczliwie a za mało agresywnie. Dwa pierwsze numery na tym czteroutworowym wydawnictwie są jeszcze OK. Nic specjalnego, ale w miarę sympatyczne granie pomiędzy The Cure a Joy Division. Z trzecią piosenką mam już większy problem. Dalej pod The Cure, trochę pod The Chameleons, ale jakieś to mało wyraziste i za ładne. Harcerskie troszkę. Jakbym słuchał niemieckiego odpowiednika Sztywnego Pala Azji, jeśli pamięta ktoś jeszcze ten zespolik. Czwarty kawałek też słabo buja. Znowu The Cure plus The Chameleons, i to w bardzo ckliwym wydaniu. Ani w tym czadu, ani wyrazu. Przypominają mi się lata 90. i zapłakani "goci", dla których gotyk zaczynał się i kończył na The Cure. Być może jestem trochę za bardzo cięty na Monozid, ale to zwykle tak jest, gdy ktoś, w tym wypadku Vojtech, jedzie na jakąś muzykę (w tym wypadku deathrock), że sztampowa, że za dużo podobnych kapel i ogólnie, że nie może jej słuchać, a sam gra piętnaste popłuczyny po popłuczynach z lat 90. Wiem, to może być niesprawiedliwe, ale fakt jest faktem – Monozid robi na mnie niewielkie wrażenie.
maniak
www.monozid.de

[Rozmiar: 7080 bajtów] NAUGHTY ZOMBIES
7", "Posesion Zombie"
Blondes Must Die Records
Po dwóch CDR-owych albumach Hiszpanie z Naughty Zombies wydali 5 piosenek na siedmiocalowym winylu. Jest hałaśliwie i w jednym tempie. Diabelski garażowy rock’n’roll, punkowe, albo i electro-punkowe, podkłady, skandowany wokal, mnóstwo energii. Duch Paralisis Permanente i Desechables, ale oprócz rock’n’rollowego feelingu, gotyckiego mroku i punkowych temp dodatkowo trochę elektroniki. Jestem fanem.
maniak
www.thenaughtyzombies.tk

[Rozmiar: 6150 bajtów] PINK TURNS BLUE
"Phoenix"
Orden Production
Pierwszy nowy, po reaktywacji, album Pink Turns Blue spełni aż nadto oczekiwania fanów niemieckiej kapeli. Pełno potencjalnych hitów znalazło się na tym krążku. Dynamiczna, przebojowa muzyka z nutką nostalgii i romantyzmu, ale bez jakże częstej dla przedstawicieli podobnego grania taniej ckliwości. Wydaje się, że na "Phoenix" PTB brzmi bardziej rockowo niż na wcześniejszych wydawnictwach. Muzyka mocno oparta została na gitarach, brzmienie pozostawiono dość surowe, klawisze raczej nie rozmiękczają wypracowanego soundu. Twardo i równo pracujący bas, jak również dynamika i chwytliwość linii przywodzą na myśl Sisters of Mercy okresu "Floodland", nastrój i aranżacja gitar The Cure czasów "Desintegration", ale również The Chameleons czy wczesne And Also The Trees. Romantyczna, gitarowa nowa fala na świetnym poziomie. Dobre piosenki w wykonaniu zespołu posiadającego własny styl. W pełni rozumiem entuzjazm, z jakim się spotkała ta płyta wśród fanów gotyku.
maniak
www.pinkturnsblue.com

[Rozmiar: 6935 bajtów] REZUREX
"Beyond The Grave"
Fiendforce Records
Wygląda na to, że na ten zespół strzelają podjarkę wszyscy recenzenci z kręgów psycho i horror-punka. Czytałem też pochlebne opinie na temat występów grupy w deathrockowym Drop Dead Magazine. Dla mnie album byłby fajny, gdyby wywalić tak z połowę kawałków. Ciężko mi znieść typowe rockabilly, niczym nie wyróżniające się rockabilly, takie same jak grają tysiące podobnie brzmiących zespołów, a kapelę o nazwie Rezurex często ciągnie do tego, by brzmieć klasycznie rockabillowo. W składzie grupy występują członkowie Tiger Army i Nekromantix. Bardziej czuć wpływy tej pierwszej kapeli, i poprzez wspomniane tradycyjne rockabilly, i dzięki wpływom melodyjnego kalifornijskiego punka. Kapelka czerpie z rockabilly, psychobilly, grzecznego punka i nawiązuje do horror-punka. Niby wszystko fajnie, ale czy musi to być aż tak miałkie? Jest OK, gdy orkiestra brzmi z meksykańska, trochę w stylu Ghoultown albo Cavalera, albo gdy popyla mrocznym rock’n’rollem w klimacie Koffin Kats. Poza tym, jak dla mnie, jest za tradycyjnie, czyli za słodko. Za mało ognia i klimatu. Nie wrócę do tego albumu, ale na koncert, jakby co, jednak się wybiorę, choć nie wiem, czy aby nie dlatego, że kolesie fajnie wyglądają na scenie.
maniak
www.rezurex.com

[Rozmiar: 9181 bajtów] TANGO LUGER / CROMOSOMA 3
7" Zombie Nerd Records / Pakistan Rock’n’roll Crusade
Tango Luger to projekt Eduardo, członka gotycko-punkowego hiszpańskiego zespołu z lat 80., Morticia y los Decrepitos, którego singla omawiałem niedawno. Jeżeli chodzi o sposób nagrania, to propozycja kapeli brzmi tak, jakby została nagrana w garażu jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Pierwszy z dwóch numerów Tango Luger to big beat, zupełnie jak z wczesnych lat 60., tylko że po gotycku mroczny. Drugi to emanujący mrokiem wolny creepy numer z surfującą gitarą, brzmiący tak jakby w latach 60. wymyślono gotyk. Hiszpanom świetnie wychodziły i nadal wychodzą takie połączenia. Nagrania Cromosomy 3 również brzmią tak, jakby były nagrywane ponad dwie dekady temu. Pierwsza z kompozycji to mroczny instrumentalny surf z pełniącym główną rolę szalejącym saksofonem, z przerywnikiem w stylu ska. Potem mamy coś bliższego stylowi Paralisis Permanente, czyli punkowy, garażowy mroczny rock’n’roll, trwający z półtorej minuty. Na koniec surfujący rock’n’roll, jak u Desechables, czyli taki pod The Cramps. Ogólnie mnóstwo mroku, łypania okiem i surfującego rock’n’rolla. Świetna rzecz dla fanów deathrocka i gothabilly.
maniak
www.myspace.com/cromosoma3

[Rozmiar: 7095 bajtów] THE UNDEAD
"First, Worst and Cursed"
Bacchus Archives / Death Records
The Undead powstali pod koniec lat 70. w Kalifornii i pierwotnie uchodzili za tamtejszy odpowiednik The Ramones. Szybko jednak za sprawą mrocznego, inspirowanego horrorem image’u doczekali się porównań z Misfits i w zasadzie etykietka horror punk przylgnęła na stałe do kapeli, a na ich koncerty zaczęła tłumnie chodzić publika spod znaku właśnie wykluwającego się deathrocka.
Zespół od samego początku działał pod przewodnictwem charyzmatycznego wokalisty Sida Terrora i chociaż wielokrotnie zawieszał działalność, głównie przez zaangażowanie poszczególnych członków kapeli w rozmaite side-projekty, to mimo wszystko działa do dziś, koncertuje i nagrywa.
"First, Worst and Cursed" to zbiór najstarszych nagrań The Undead, które do tej pory dostępne były tylko na ciężko osiągalnych winylach. Płyta zawiera dwie pierwsze siedmiocalówki, nagrania z debiutanckiego albumu z 1980 roku i kilka późniejszych piosenek. O ile muzyka z wczesnych singli to typowy melodyjny punk, gdzie nawet głuchy by usłyszał The Ramones na odległość, o tyle późniejsze nagrania prezentują się już znacznie ciekawiej i mroczniej. Nie jest to może jakieś powalające ciężarem gatunkowym deathrockowe granie, ale pewien jestem, że przy takich numerach jak "The Undead Anthem" czy "Earth Dies Screaming" niejednemu fanowi 45 Grave, Samhain czy starego Christian Death serce zabije mocniej. Zwłaszcza kawałek "Hell On Wheels" poraża energią i diabelskim klimatem. Aż dziw bierze, że żadne z nagrań The Undead nie trafiło na legendarną składankę "Hell Comes To Your House", która swego czasu świetnie udokumentowała ewolucję kalifornijskiego punka w deathrock. Zespół Sida Terrora pasowałby tam dużo bardziej niż np. umieszczone na owej płycie Social Distortion. The Undead z pewnością nie mogą się pochwalić takim statusem kultu i sukcesem komercyjnym, jaki przypadł w udziale ich kolegom z Misfits. Być może powodem był fakt, że ich piosenkom brakowało jednak trochę tej wampirycznej przebojowości, która cechowała hiciory Glenna Danziga i spółki. Niemniej jednak warto sięgnąć po tę płytę, bo to kawał historii mrocznego punka, a dla kogoś kto lubuje się w odgrzebywaniu pierwocin deathrocka to niezły rarytas.
I na koniec ważna informacja: w latach 80. istniał też drugi zespół o nazwie The Undead, prowadzony przez ex-członka Misfits, Bobby’ego Steela’a. Kapela równie ciekawa i interesująca co omawiana tutaj (obydwa zespoły zresztą są do dzisiaj notorycznie mylone), ale to już zupełnie inna historia.
nerve
http://www.myspace.com/theundead1977

[Rozmiar: 2190 bajtów] VARSOVIE
"Neuf millimetres"
MCD, wyd. własne
Nazwa zespołu droga mojemu sercu, nie wybrana przez kapelę przypadkowo, a w dodatku cóż za muzyka! Francuska scena ma się lepiej i lepiej, a oto kolejny dowód takiego stanu rzeczy. Pochodzące z Grenoble trio gra energetyczną, motoryczną, ostrą nową falę. Tradycyjne wpływy Joy Division czy, nomen-omen, Warsaw, od których nie można uciec, grając tego rodzaju dźwięki, ale też przebojowość i lekkość kompozycji, nasuwające skojarzenia z Noir Desir. Pięć świetnych numerów nabuzowanych emocjami i melodiami. No i dreszcze podczas słuchania poświęconej Powstaniu Warszawskiemu piosenki "Varsovie". Na stronie kapeli można obejrzeć klip zrealizowany do tej kompozycji, w większości składający się z archiwalnych filmów nakręconych przez warszawskich powstańców. Naprawdę mocna rzecz, tak emocjonalnie, jak muzycznie. Polecam!
maniak
www.varsovie-propaganda.c.la




   alternative.pop


mroki.serpent.pl