recenzje:
maj 2006
styczeń 2006
wrzesień 2005
czerwiec 2005
maj 2005
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004


WKRÓTCE!
/planowany - VI-VII 2006/


/jesień 2005/


/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/

 6. numer "Colda" nadal dostępny!
zob. szczegóły



AS MERCENARIAS
LP, "O comeco do fim do mundo - The Beginning of the End of the World"
Soul Jazz Records
Znowu pogrzebiemy w archiwach nowej fali, tym razem nowej fali brazylijskiej. As Mercenarias była jedną z pierwszych nowofalowych kapel w Sao Paolo. Sytuacja w Brazylii na początku lat 80. pod wieloma względami wyglądała zapewne jeszcze gorzej niż ówczesna sytuacja w Polsce. Panujący wojskowy reżim, olbrzymie bezrobocie, nędza, potężna inflacja. Dla muzyków oznaczało to kłopoty ze sprzętem, ze znalezieniem miejsca na próby, z koncertowaniem, szczególnie poza granicami miasta, a wszystkie te problemy się zwielokrotniały, gdy było się związanym tak jak As Mercenarias z kręgami punkowymi. As Mercenarias miało jeszcze jeden problem - było grupą, o której obliczu decydowały dziewczyny. Jedyny męski członek kapeli grał na perkusji i miał niewielki wpływ na tworzenie materiału. W zdominowanym przez kulturę macho latynoskim społeczeństwie formacja złożona głównie z kobiet właściwie z góry skazana była na marginalizację, nawet na teoretycznie "wyzwolonej" punkowej scenie. Dziewczyny jednak jakoś sobie radziły i swą muzyką i nielicznymi koncertami zdobywały publikę, a efektem ich konsekwentnej działalności pozostały albumy "Cade as armas?" (1986) i nagrany dla EMI w 1988 roku "Trashland", który miał być wstępem do ogólnokrajowej popularności, a okazał się łabędzim śpiewem zespołu. Szczegółowa historia formacji została przedstawiona na wkładce kompilującej nagrania z obu albumów omawianej tu płyty (swoją drogą patrząc na zdjęcia, to panie bardziej przypominały w swych kreacjach ciocie-klocie niż weteranki post-punka), a my przejdźmy do muzyki. Zacznijmy od tego, że label Soul Jazz Records, jak sama jego nazwa wskazuje, wydaje głównie reedycje "czarnej" muzyki, a jeśli już sięga do nowej fali, to do takiej, która flirtowała z muzyką funky (stąd reedycje A Cerain Ratio czy ESG na przykład). As Mercanarias też chwilami ocierało się o funky, ale w stopniu zdecydowanie przystępnym nawet dla mnie. Kapela była przy tym mocno punkowa i zdecydowanie mroczna. Jest w piosenkach grupy coś z dokonań Crisis i Warsaw, trochę wczesnego Gang of Four, Wire, Magazine, w niektórych nagraniach także trochę no-wave spod znaku powiedzmy Liquid Liquid, ale przede wszystkim mnóstwo w nich witalności, dobrych melodii i bezpretensjonalności. Polecam zakup płyty i dodam jeszcze, że pierwszy tysiąc longplayów ukazał się z dodatkowym czteroutworowym singlem z nagraniami demo.
No i nie sposób na koniec nie wspomnieć, że As Mercanarias znowu razem grają !
www.souljazzrecords.co.uk
maniak

AUTONERVOUS: JESSIE EVANS, BETTINA KOSTER
Cochon Records
W tej grupie powinienem być zakochany od początku. Przecież tworzą ją Jessie Evans (eks-Vanishing) i Bettina Koester, była członkini jednej z najlepszych niemieckich nowofalowo-gotyckich kapel lat 80., Malarii. A jednak słuchałem Autonervous w internecie i nie robiło to na mnie wrażenia. Do czasu. Nie mam pojęcia dlaczego nagle mnie olśniło, ale fakt jest faktem, że odkąd mam omawiany tu album, jest to najczęściej słuchana przeze mnie płyta. Ależ urokliwa jest muzyka tego stacjonującego w Berlinie duetu. Cały pomysł opiera się na minimal-electronice jak z lat 80., ale do chłodnych podkładów dodano namiętne, gorące wokale obu pań i nie mniej rozpalające wyobraźnię saksofonowe sola, zresztą również grane przez obydwie damy. W efekcie powstał szalenie seksualny miks nowej fali, electro-punka, lounge jazzu, utrzymany w quasi-kabaretowej atmosferze. Piosenki zazwyczaj sączą się dość powoli i epatują takim żarem i erotyczną drapieżnością, że aż wydają się lepkie. Czasami tempo zostaje podkręcone i wtedy bliżej Auonervous do późnego Vanishing niż do atmosfery nocnego klubu Berlina lat 20, bo takie właśnie skojarzenia pojawiają się przy okazji spokojniejszych kompozycji. Muzykom w każdym razie inwencji nie brakuje i każdy jeden utwór zasługuje na uwagę. Przy tym album doskonale sprawdza się jako całość. Po tym, jak przeczytałem entuzjastyczne relacje z występów Autonervous, to już zupełnie nie mogę doczekać się występu duetu na Oldskullu.
www.autonervous.com
maniak

DEADBOLT
"I Should Have Killed You..."
Cargo Music
"Najbardziej przerażający zespół na świecie", jak członkowie Deadbolta sami się nazywają, gra wciąż tak samo. To jego czwarty album (z ośmiu wydanych), który trafia w moje ręce i nie różni się on niczym od wcześniejszych wydawnictw kapeli. Czy traktować to jako wadę, czy jako zaletę, to sprawa indywidualna. Deadbolt gra surf i rock'n'rolla, z tym że ta muzyka utrzymana jest w zdecydowanie gotyckiej tonacji. Kalifornijczycy są mroczni i niespieszni w łapaniu akordów. Ich muzyka sączy się z głośników i elegancko płynie w oparach mroku i niepokoju. Ale pomimo przybierania przez członków formacji na zdjęciach groźnych póz i image'u "na twardziela" nic tu nie jest na serio. W ponurych opowieściach zespołu sporo jest ironii i zabawy. Bardzo fajna jest ta kapelka, ale, faktycznie, czy warto mieć osiem płyt wypełnionych piosenkami jedną podobną do drugiej, to sam zacząłem zadawać sobie to pytanie.
www.downinthelab.com
maniak

EAT YOUR MAKE UP
"First Dinner"
Darkside
Omawiając debiutancki album tego francuskiego zespołu, właściwie mógłbym powtórzyć to, co napisałem przy okazji jego demo. Bardzo fajne, energetyczne granie, tyle że trochę pozbawione własnego stylu. Kłania się wczesny Christian Death i Shadow Project, tak w sposobie śpiewania wokalisty, jak i w pracy gitary. Jeśli komuś nie przeszkadzają zapożyczenia (mi w tym przypadku nie przeszkadzają), to odnajdzie kawał rasowego gotyckiego (deathrockowego) grania. Francuzi wyzwalają dużo energii, tworzą fajny klimat, zaprojektowali bardzo fajną książeczkę do płyty. Do szczytów daleko, ale album miłośnikom gatunku może i powinien sprawić przyjemność.
www.eatyourmakeup.com
maniak

FLIEHENDE STURME
"Licht Vergeht"
Sturmhoehe
Nowa płyta niemieckiej kapeli. Średnioszybkie i szybkie tempa, duża dynamika, melodyjne partie gitar, na wpół recytowane, podane po niemiecku, wokale. Ogólny klimat pomiędzy cold wave a punkiem, coś jakby Joy Division podkręcić tempo i zmieszać to z Siekierą, a w wolniejszych momentach, których kilka występuje, to bliżej do The Cure. Nostalgiczny nastrój, trochę poetyckiego zamglenia, pomimo że w sumie w większości to czady. "Licht Vergeht" to szósty album prowadzonej przez Andreasa Lohra orkiestry, a jakoś nie nuży eksploatowana do dziś, obrana prawie 20 lat temu formuła. Dobra forma i uznanie, pomimo że bez rzutu na kolana. No ale w tym przypadku liczy się trzymanie się raz obranej drogi i utrzymywanie wysokiego poziomu.
www.fliehende-stuerme.de
maniak

FREUDSTEIN
"Mass Market Misery"
Wasp Factory
Syntezatorowe retro-brzmienia plus sequensery i cyfrowa obróbka oraz metalowo-industrialne gitary w większości utworów. Pierwsze numery gładko wchodzą w głowę. Może i są mięciutkie i trochę lukrowate, ale mają bardzo ładne, chwytliwe melodie. Taki mroczniejszy synth-pop jak z lat 80, z tym że mniej nachalny w warstwie bitów. Dalej Freudstein coraz bardziej podąża w stronę darkwave'owych dyskotek i electro-industrialnych brzmień i skojarzenia z wczesnym Depeche Mode czy The Twins pojawiają się rzadziej. Ale tak w wersji a la NIN, jak i w wersji bliższej Depeche Mode grupa nie brzmi banalnie. No dobrze, może nie aż tak banalnie jak zazwyczaj brzmią wykonujący porównywalną muzykę Niemcy. Sympatyczne gdy dominują syntezatorowe melodyjki, nieco irytujące gdy robi się darkwave'owo-nowocześnie.
www.freudstein.co.uk
maniak

FRUSTRATION
"Full of Sorrow"
Born Bad Records
Drugi krążek znakomitej francuskiej kapeli, złożonej z weteranów nowej fali i punka. Pięć studyjnych (plus jeden koncertowy w wersji CD) utworów, pełnych wściekłości, mrocznego soundu i świetnych melodii. Perfekcyjny miks Warsaw i Crisis (a w "Full of Sorrow" również bardzo wczesnego, zimnofalowego Death in June) o zauważalnym własnym obliczu. Gniew, czad, melodie, atmosfera, mrok. Super!
www.myspace.com/_frustration
maniak

LE FLANGE DU MAL
CDR, wyd. własne
Strasznie dużo hałasu generuje ta kalifornijska grupa, której jednym z członków jest Jason Stamberger, będący również muzykiem The Weegs. I z The Weegs Le Flange Du Mal wiele łączy, z tym że jeśli chodzi o strukturę piosenek, przejrzystość kompozycji i walory komercyjne, to The Weegs przy bohaterach tej recenzji wypadają jak zespół popowy. LFDM to grupa radykalna w swym podejściu do warstwy muzycznej. Nawet jeśli jej numery zachowują jakieś pozory uporządkowania, to chaos i destrukcja wydają się elementami najważniejszymi w twórczości kapeli. Mnóstwo na omawianym tu albumie wrzasku, rozwibrowanych, rzężących dźwięków, zmian rytmu. Atak instrumentów przybiera totalny charakter. Przebijają się przez to jakieś resztki melodii, w stylu właśnie przywodzącym na myśl The Weegs, ale to dość śladowe ilości. Le Flange Du Mal gra muzykę dla twardzieli, skłonnych rajcować się noisem ciężkim do strawienia przez przeciętnego odbiorcę muzyki. Ja nie jestem na tyle twardy, by puścić sobie jeszcze raz ten materiał.
www.leflangedumal.com
maniak

NFD
"Dead Pool Rising"
Jungle / Noise Annoys
Nie wiem, czy którykolwiek z licznych w naszym kraju fanów Fields of the Nephilim może nie znać zespołu NFD, ale jeśli są jeszcze takowi, to wiadomość dla nich jest taka - NFD brzmi równie dobrze co FOTN na najlepszych płytach, z tym że troszkę nowocześniej. W dodatku wydanie drugiego albumu grupy niemal zbiega się w czasie z dwoma koncertami, które będą miały miejsce w naszym kraju w dniach 20 i 21 września. Tak więc długowłosi miłośnicy skórzanych płaszczy już powinni zacząć otrzepywać z kurzu swoje kapelusze, bo występ NFD to prawie tak jak występ The Nephilim!
NFD powołany został do życia przez basistę FOTN Tony'ego Pettitta. W skład zespołu weszli również wokalista i gitarzysta Peter "Bob" White (wcześniej w Sensorium, grupie będącej jedną z jakże licznych pogrobowców FOTN) oraz jego kolega z tej samej formacji, perkusista Simon Rippin, który przez pewien czas grał również w The Nephillim. Debiutancki album trio, na koncertach wspomaganego przez gitarzystów Chrisa Mildena i Steve'a Careya, "No Love Lost", ukazał się w 2004 roku i doczekał się entuzjastycznych recenzji. Nowa płyta wśród trad-gotyckiej publiczności wzbudzić musi nie mniejszy aplauz. Bardzo to solidne, gotyckie, rockowe, gitarowe granie, oparte na kilku tonach mrocznego nastroju. NFD jedzie równo, w średnich tempach, stawiając bardziej na klimat niż na przebojowość. Nie ma w tej muzyce metalowych naleciałości ani digitalnego przeprodukowania. Wszystko jest tak podane, by fani FOTN czuli się jak w siódmym niebie. Wydaje mi się, że wśród naśladowców kapeli Carla McCoya NFD nie ma sobie równych.
www.nfd.web.com
maniak

PENETRATION
"Moving Targets"
Captain Oi!
Penetration pochodzili z północno-wschodniej Anglii i byli jedną z kapel pierwszej fali punk-rocka. Jak zwykle w przypadku grup z tamtego okresu formacja może poszczycić się bardzo ciekawą historią, którą opisano we wstępie do kompaktowego wznowienia albumu dokonanego niedawno przez jakże zasłużonego dla ratowania spuścizny punk-rocka Captain Oi! Możemy więc poczytać jak późniejsi założyciele kapeli, wokalistka Pauline Murray i gitarzysta Gary Chaplin, na początku lat 70. objeżdżali Wyspę w poszukiwaniu muzycznych doznań, przez co mieli okazję zobaczyć na żywo Lou Reeda i New York Dolls, jak nieco później spotkali w londyńskim metrze Johnny'ego Rottena, który zabrał ich do punkowego sklepu Boy, gdzie z kolei poznali Malcolma MacLarena i w ten sposób stali się ambasadorami Sex Pistols na północno-wschodnią Anglię. Albo jak podwozili niegdyś swym vanem awanturujących się Sida i Nancy. Historii jest więcej. Jeśli chodzi o muzykę, to brzmienie Penatration różniło się od brzmienia typowych brytyjskich punkowych kapel. Zespołowi wydaje się być bliżej do pre-punkowego grania amerykańskiego, a skojarzenia z Patti Smith nasuwają się nie tylko za sprawą dość podobnego wokalu Murray. Niewątpliwie ważnym czynnikiem takiego odbioru tej muzyki jest też sposób grania drugiego z gitarzystów Penetration, Freda Pursera, muzyka nie stroniącego od solówek i glamowo-hardrockowych ozdobników, a przez to dodającemu całości bardziej rockowego niż punkowego sznytu. Wszystko jednak w tej twórczości jest na swoim miejscu. Kompozycje grupy są ciekawe i atrakcyjne melodycznie. Brak im punkowej agresywności i charakteryzują się raczej bardziej artystycznym, nowofalowym niż "no-futurowym" klimatem. Bardzo miło się tych nagrań słucha, choć nie wydaje mi się, żeby Penetration z jakichś względów można było dziś nazwać "ważną kapelą". Po prostu jest to kolejny zespół do odkrycia dla miłośników wczesnego punka i nowej fali.
www.captainoi.com
maniak

PINOREKS
"There is Hope"
Amgia
Debiutancki album zespołu z Poczdamu tryska świeżością i witalnością. Kwartet gra nową falę zmieszaną z punkiem '77, ale w jego muzyce czuć też trochę wpływu współczesnej sceny indie. Tak więc coś z The Adverts, Buzzckocks, coś z bardzo wczesnego The Cure, trochę rzeczy mogących kojarzyć się z Joy Division (a może bardziej z Interpolem?) i ogólny klimat w jakiś sposób nawiązujący do EA 80, czyli jednego z głównych zespołów deutsch-punka (ale klasyfikowanego również jako depro-punk). Cholernie melodyjne kompozycje, o motorycznej rytmice i przebojowych zwrotkach. Świeżość i pozytywna energia. Bezpretensjonalny, bardzo fajny zespół. Oby mu się udało w przyszłości zachować tyle uroku. Polecam.
www.pinoreks.de
maniak

SIIIII
"Ancient"
King Sol Records
To był jeden z tych tajemniczych zespołów z wczesnych czasów gotyku, o których do niedawna tylko mogłem poczytać w "Gothic Rock" Micka Mercera, ale posłuchać to w żaden sposób już nie, bo grupa nie dorobiła się żadnych nagrań. Odrodzenie się gotycko-punkowej sceny spowodowało jednak, że członkowie Siiiii, notabene aktywni muzycznie przez wszystkie lata od czasu rozpadu formacji, postanowili podarować światu nie wydane nagrania kapeli, a w dodatku i ją reaktywować (nowy album ma się ukazać w ciągu roku, jak zapowiada notka zamieszczona na okładce "Ancient").
Siiiii działało między 1983 a 1986 w Shiefield i podobno na rodzaj muzyki, który grało, w poważnym stopniu wpłynęło wkurwienie na rządy Margaret Thatcher. Muzycznie raczej bez fajerwerków, bo mimo że kapela sięga czasami po rozwiązania z plemiennymi bębnami w tle i jeśli chodzi o motorykę jedzie niczym UK Decay albo Birthday Party, to jednak wypada lżej i bardziej przestrzennie niż wspomniane formacje. Impetu odbiera też orkiestrze wokalista, powolnym stylem narracji hamujący galopady kolegów. Jakość nagrań oczywiście nie powala, ale nie jest też zła jak na piosenki rejestrowane w większości na czterościeżkowym magnetofonie w sali prób ponad 20 lat temu. Tacy jak ja maniacy wczesnych gotyk-punków nie będą się zastanawiać i kupią tę płytę, bo drobne mankamenty i tak bledną w obliczu siły oryginalnych wczesnych gotyckich nagrań, jakie zebrano na "Ancient".
www.siiiii.uwclub.net
maniak

TH'LEGENDARY SHACK SHAKERS
"Pandelirium"
YepRoc Records
Co łączy Jello Biafrę, Hanka Williamsa III i Roberta Planta? Wszyscy wynoszą pod niebiosa pochodzącą z amerykańskiego południa grupę Th'Legendary Shack Shakers. Ten zespół już jest wielki, nawet jeśli jeszcze nie zapełnia wielkich sal koncertowych. Rock'n'roll, country, rockabilly, blues, muzyka rodem z jarmarków lub lunaparków plus szaleńcze polki grane z punkową energią. Coś jak połączenie Reverend Horton Heat, Toma Waitsa, The Cramps, Hanka Williamsa i cygańskiej orkiestry z Bałkanów. Odpał i szaleństwo, dzikość i wielka radość z grania. "Pandelirium" to już trzeci album tej niezwykłej orkiestry, która z płyty z pewnością w pełni przekona osoby, które gustują w cowpunku i rockabilly, ale na żywo to absolutnie musi rozwalić każdego, dla kogo liczy się rock'n'rollowa energia. Wystarczy obejrzeć zamieszczony na stronie zespołu krótki filmowy zapis jego występu w którymś z norweskich miast, żeby nie mieć wątpliwości. Th'LSS miażdżą! Ich wokalista J.D. Wilkes to istny diabeł wcielony. Facet rzuca się po w szaleńczym tańcu scenie, wskakuje w tłum, jest unoszony na ramionach przez publiczność, udaje kopulację ze wzmacniaczem, w końcu dosiada okrakiem wydającego się jednym z fanów karła, z którego zresztą już po chwili spada. Nic dziwnego, że Jello Biafra nazwał JD "ostatnim wielkim frontmanem w rock'n'rollu". Podoba mi się album, jestem pod wrażeniem niezwykłej energii tej muzyki, która stylistycznie średnio przecież wpisuje się w moje gusta. Jestem też pod wielkim wrażeniem tego, co widziałem na filmie i przeczytałem w recenzjach z koncertów kapeli. Uczestniczyć w tak szaleńczym koncercie to byłoby coś! Podobają mi się w końcu grafiki autorstwa JD. To on zaprojektował okładki albumów swojego zespołu. Ogólna konkluzja jest taka, że nawet jeśli się osobiście nie gustuje w stylu muzyki wykonywanej przez Th'Legendary Shack Shakers, to i tak tę nazwę należy sobie głęboko zapisać w pamięć, bo Th'Legendary Shack Shakers nie jest zwykłą grupą. To jest zjawisko!
www.cockadoodledont.com
maniak

TRAGIC BLACK
"The Decadent Requiem"
Strobelight
Ta kapela ze stolicy Utah przed ukazaniem się "The Decadent Requiem"
zdążyła wydać własnym sumptem kilka sidierów i zostać zauważona na deathrockowej scenie. Elementem jednego z jej pierwszych składów był m.in. Stich z All Gone Dead, zanim wybrał za swą życiową partnerkę Darlin' Grave a w efekcie i Londyn.
Tragic Black w każdym razie ma za sobą kawałek historii i jasne pojęcie odnośnie tego, co chce grać. A grać chce przede wszystkim agresywnie i dynamicznie, nie za bardzo dbając, czy będzie to można nazwać deathrockiem, electro-industrialem, czy darkwave. Zespół chętnie sięga po tech-industrialne brzmienia i nie raz przywodzi na myśl NIN, Skinny Puppy, Frontline Assembly, czy, z minimalnie innej półki, Midnight Configuration. Sążniste electro-bity i pulsujące darkwave'owym zewem sequencery gładko łączy z punkowymi gitarami i klimatami deathrockowymi, takimi pod Christian Death czy wczesne Cinema Strange, a elektroniczny łomot tu i ówdzie umiejętnie kojarzy z ponętnymi post-punkowymi melodiami, a czasami łagodzi też melodyjkami żywcem wyjętymi od mydłkowatych darkwave'owców typu Convenant. Słuchać się jednak tego słucha bezproblemowo, a jako że muzyka rwie raźno i konkretnie do przodu, to i wciągnąć potrafi. Tak więc pomimo użycia całej tej digitalnej elektroniki zespół nadaje się do słuchania dla deathrockowców, o czym powinna świadczyć choćby nazwa wydawcy. Na kolana Tragic Black mnie nie rzuca, ale i czepiać się specjalnie nie chcę, bo to w sumie fajne, kopiące po dupie granie, choć chyba jednak najfajniejsze, kiedy najbardziej korzenno-deathrockowe, bez całej tej cyfrówki w podkładach. Uznanie na pewno wzbudza u mnie jakość dwóch klipów zamieszczonych na krążku, które powalają realizacją i swoją dynamiką (w Polsce nawet dużo zarabiające profesjonalne kapele nie mają w połowie tak dobrych teledysków).
www.tragicblack.com
maniak

THE WEEGS
"The Million Sounds of Black"
Hungry Eye Records
Drugi album szalonych Kalifornijczyków jest znacznie cięższy w odbiorze od ich debiutanckiej płyty. Kapela postawiła na dysonanse, połamaną strukturę i brzmieniowe eksperymenty, coraz dalej odchodząc od tradycji piosenki, choć jej utwory to jednak wciąż piosenki, tyle że powykręcane. Tak więc zespół prezentuje się z jeszcze bardziej schizofrenicznej strony niż wcześniej. Rozedrgane, psychodeliczne kompozycje, niepokojące atonalne wtręty, często chaotyczna struktura nagrań. Czytelne nawiązania do kalifornijskiego i nowojorskiego no-wave spod znaku Nervous Gender czy Jamesa Chance'a. Nonszalancja Pere Ubu i Devo, odjazd The Residents. Chorobliwa atmosfera jak u The Phantom Limbs. Nie będę ukrywał, że album nie należy w odbiorze do najłatwiejszych. Trzeba mieć trochę muzycznego osłuchania, żeby móc się odnaleźć w tych dźwiękach. Dla mnie wciąż jest to zjadliwe i pociągające, ale do granicy niesłuchalności wcale nie jest daleko, czego dowodem może być ostatni rozimprowizowany i ciągnący się w nieskończoność "The Million Sounds", w którym gościnnie pojawiają się muzycy zaprzyjaźnionych The Militant Children's Hour i Sixteens. Kocham The Weegs za twórcze podejście do rzeczy, za niesamowity koncert na Oldskullu i bo to zajebiści ludzie, ale wolałbym, by na kolejnym albumie kapela nie była jeszcze bardziej awangardowa, niż jest teraz. Byłoby szkoda, gdyby przestało się móc jej słuchać. Ale na razie polecam.
www.realgone.org/weegs
maniak

ZADERA
"...Something Red"
Strobelight Records
Dość dawno wyszła ta płytka, a ponieważ nie wzbudzała wśród osób, które się z nią zapoznały, szczególnych emocji, takoż i mnie nie zależało specjalnie na jej zdobyciu (a przecież ileż jest płyt, które naprawdę chciałbym mieć, a nie mam). Słuchałem więc "...Something Red" ze sceptycznym nastawieniem i okazało się, że faktycznie, nie jest to album, który trzeba mieć. Wszystko jakoś szło, dopóki traktowałem muzykę jako tło do aktualnych poczynać, ale gdy zacząłem się wsłuchiwać w kompozycje, to zrobiło się irytująco. Kuleje ta muzyka. Zespół udaje, że gra gothic-punka, a wychodzi mu nieudolna podróba, z metalową gitarą w roli głównej i wokalistką, która średnio sobie radzi jako punkrockowa diva (miałem wrażenie, że siłą czasami powstrzymuje się, by nie popłynąć wzniośle i wyjąco, jak koleżanki z metalowo-gotyckich potworków). Czasami jej się jednak udaje dobrze zabrzmieć i wtedy robi się sympatycznie, tak między Neną, Rubellą Bullet a X-mal Deutschland. Ale w sumie jednak wolę, gdy Zadera udaje grupę punkowo-gotycką, niż gdy podąża w rejony quasi-elegijno-balladowe (sympatia dla neofolku jak nic), co równiez kilka razy jej się zdarza. W dobie tak wielkiej ilości dobrych płyt, nie warto sobie zawracać głowy tą. Nie wszystko dobre, co Strobelight wydaje.
www.zadera.de
maniak

różni wykonawcy
"Strobelights vol. 3"
Strobelight Records
Firma Strobelight prowadzi dwie serie składanek: poświęconą nowym zespołom "New Dark Age" oraz dedykowaną klasyce gotyku kompilację "Strobelights", na której miejsce znajdują ulubione zespoły i piosenki szefów labela. Lubię płyty takie jak ta, dzięki którym można poznać nieznane szerzej kapele. Z rzeczy każdemu znanych na "Strobelights vol. 3" znalazły się tylko X-mal Deutschland i Fields of The Nephilim (nie licząc Siekiery, każdemu znanej, ale w Polsce), poza tym stare coldwave'y i gotyki: And Also The Trees, Leningrad Sandwich, Strange Boutique, Autumn, Marquee Moon, Red Temple Spirits, Neva, System 56, Jad Wio, Siglo XX, Party Day, For Against i Cancer Barrack, oraz nowszy numer podążającej drogą Lords of the New Church kapeli The Lustkillers. Bardzo fajny wybór, a mnie osobiście nie za bardzo pasują tylko dwa (Autumn i Cancer Barrack) spośród zamieszczonych zespołów. Resztę kapel polecam, jako warte poznania i fonograficznych poszukiwań.
www.strobelight-records.com
maniak



      alternative.pop


mroki.serpent.pl