recenzje:
kwiecień 2007
styczeń 2007
październik 2006
czerwiec 2006
maj 2006
styczeń 2006
wrzesień 2005
czerwiec 2005
maj 2005
kwiecień 2005
marzec 2005
grudzień 2004
listopad 2004
sierpień 2004
lipiec 2004
czerwiec 2004



/jesień 2005/


/zima 2003/


/zima 2002/


/wiosna 2002/


/zima 2001/


/lato 2001/






ANTIWORLD
"Still Outcast"
Alice In...
Zdaję sobie sprawę, że ta portlandzka kapela wielu wydaje się nudna na dłuższą metę, i doskonale to rozumiem. Grupa co prawda ostatnio miała dłuższą przerwę w dostarczaniu światu nowych pozycji, ale wcześniej wypuściła dużo materiału, a piosenki, nie da się ukryć, jedna w drugą podobne do siebie. Wiem to wszystko, ale mam dla zespołu dużo sympatii i jej nowa płyta też mi się podoba. Owszem, to punkowy muzak, owszem, bez tej płyty wasza kolekcja nie stanie się specjalnie uboższa. I tak, nowy album nie za bardzo różni się od poprzednich wydawnictw Antiworld – kosmetycznie co najwyżej, no i brzmienie trochę lepsze. I tak, gdy oglądałem występ Antiworld na Drop Dead, to sam w sobie był bardzo fajny, ale na tle tylu innych dobrych zespołów, które grały wcześniej czy później, to jednak Amerykanie wypadli blado. I tak, to wszystko przemawia przeciw Antiworld, ale co poradzę, że podoba mi się ta schematyczna, szybka, bazująca na trzech riffach punkowa muzyka o deathrockowym zacięciu i mrocznym klimacie. To takie bezpretensjonalne granie, a ja w stosunku do tego zespołu nie mam za wielkich wymagań. Podejrzewam jednak, że nadejdzie dzień, kiedy ta jednakowość mnie znudzi.
maniak

ASTROVAMPS
"Gods and Monsters"
Alice in...
Jakoś nie wychodzi mi stosowanie jednej miary do wszystkiego. Podczas gdy omawiany poniżej Deep Eynde karcę za powtarzanie starych patentów, u Astrovamps fakt, że nowy album mało różni się od poprzedniego, wcale mi nie przeszkadza. Nie zastanawiając się długo, można stwierdzić, że na pewno jest to zasługa dziarskich kompozycji, przekonywujących melodiami, energią i klimatem. A z tym brakiem zmian też trochę przesadziłem, bo podczas gdy muzyka Astrovamps mało ewoluowała, to brzmienie jednak zmieniło się zauważalnie. Sound mocniej opiera się na organach a mniej na gitarowych riffach, więcej jest w twórczości Amerykanów czystego rock’n’rolla, choć blackmetalowy nerw, który pojawiał się w utworach z poprzedniej płyty, wciąż jest wyczuwalny, na przykład dzięki nawalającej jak karabin maszynowy stopie. Dźwięk jest czystszy – zniknęły przestery. Klimat utworów jest horrorowy na maksa, niskie brzmienie klawiszy nadaje kompozycjom głębi cmentarnej krypty. Tempa należą do zdecydowanie szybkich. Całość jednocześnie i mroczna (cały ten mrok potraktowano oczywiście z dystansem), i przebojowa, nieco w duchu glamowo-metalowym (Alice Cooper powinien być fanem kapeli), i punkowa jeśli chodzi o energię. Już po napisaniu recenzji przesłuchałem dla przypomnienia sobie "American Gothick" i, żeby nie skłamać, muszę stwierdzić, że jednak na poprzednim krążku Astrovamps więcej było porywających piosenek. No ale "Gods and Monsters" też niezłą płytą jest, tyle że kapela już nie istnieje.
maniak


BAUHAUS
"Go Away White"
Bauhaus Music
Uwaga, wbrew obawom, a przynajmniej moim obawom, Bauhaus się nie zepsuł i dwadzieścia pięć lat po ostatnim studyjnym krążku nagrał kolejny świetny album. Płyta już miała nie wychodzić, bo ponoć muzycy kolejny raz się pożarli po jej zarejestrowaniu, ale jakoś doszli do porozumienia. Pomimo współczesnego brzmienia jest to wciąż Bauhaus, jaki pamiętamy (ukłony dla artystów za to, że pod starym szyldem nie starają się wcisnąć słuchaczom czegoś, co z oryginałem nie ma wiele wspólnego – pozdrowienia dla Specimen i 1919!). Gdyby nie nowoczesna produkcja, można by śmiało przyjąć, że kapela zaczęła dokładnie tam, gdzie skończyła albumem "Mask". Mamy więc duszny, nie do końca zdrowy klimat, ostre gitary, dużo sprzężeń i zgrzytów, zabaw dźwiękiem i brzmieniem, motoryczną, zapętloną pracę perkusji i przeszywający wokal Petera Murphy’ego. Trochę zadziornych, agresywnych, mocno rockowych kompozycji, kilka wolniejszych, podszytych niepokojem numerów. Ciary mogą przejść po plecach niejeden raz. Nie ma sensu więcej się rozpisywać – jakoś mało wydaje mi się prawdopodobne, żeby którykolwiek z dawnych fanów Bauhaus mógł pożałować, że kupił ich najnowszy krążek. A więc 4 marca (dzień premiery) marsz do sklepu, nie ma co się zastanawiać. Klasa sama w sobie!
maniak


BETE NOIRE
"Art Brut"
Noise Annoys
DHM, 1984, Variete, Wieże Fabryk, Cytadela, Thuoc, Made in Poland. Czy zapomniałem o jakimś dobrym, działającym obecnie polskim zespole, nawiązującym do zimnej fali (no jest jeszcze Cieplarnia, ale to inna historia, do opowiedzenia kiedy indziej)? Do tej garstki dołączyła wrocławska grupa Bete Noire, której debiut "Art Brut" ukazał się niedawno nakładem Noise Annoys. Pięknie gra wrocławski kwintet. Nastrojowo, ale z pazurem, poetycko, ale bez popadania w banał. Z polskich starych kapel Bete Noire przypomina mi Ivo Partizan i Novo del Arte, zapewne z racji podobnego, onirycznego charakteru kompozycji. Można też oczywiście mówić o nawiązaniach do wczesnego Cocteau Twins, do Tuxedomoon (podobna elegancja i koloryt wykonania), do Bauhaus, czy do wczesnych solowych dokonań Gavina Fridaya albo późnych Virgin Prunes. Specyficznego uroku nadaje całości przede wszystkim gra klarnetu. Instrument dodaje chłodnej, atmosferycznej muzyce bajkowego kolorytu, zupełnie niczym niegdyś dodatkowego wymiaru do punkowego czadu dodawała waltornia muzyce Armii. Bete Noire nie tylko jednak z dorobku nowej fali czerpie, ale i podkrada sporo z tradycji muzyki kabaretowej albo wręcz lunaparkowo-jarmarcznej i klezmerskiej – znowu to głównie za sprawą gry klarnetu przychodzą do głowy takie skojarzenia. Dziewięć dobrych piosenek zostało zebranych na "Art Brut". Słuchać tego i słuchać.
maniak
www.myspace.com/betenoirepl www.betenoire.art.pl
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl

BLOOD AND ROSES
"Same as it Never Was"
Anagram / Cherry Red
Positive-punk było to muzyczne zjawisko z początku lat 80., które w sumie sprowadziło się do tego, że wszystkie kapele zaliczane do tego krótko istniejącego nurtu (występującego właściwie tylko w dziennikarskich recenzjach, gdzie przedrostek "positive" nadano zapewne na zasadzie przeciwieństwa do nihilizmu ówczesnego ruchu punk), czyli Southern Death Cult, Brigandage, Rubella Ballet, UK Decay i kilka innych i tak w efekcie zaliczono do sceny gotyckiej. Blood and Roses było jedną z grup upychanych w tę przegródkę. Zespół wydał za lat istnienia dwie epki i longplay, a wszystkie jego piosenki zebrał label Anagram i wypuścił na kompakcie w swej serii "Goth Collectors Series". Blood and Roses to kapela mocno popowa i rockandrollowa. Trochę mroku i post-punkowego zadziora w tym jest, ale co mniej osłuchani na pewno będą przecierać uszy ze zdumienia, że taki rzeczy to też "gotyk". Ano, historycznie rzecz ujmując, tak, i to właśnie w tym całym gotyku zawsze mi się podobało – że obejmuje tak wiele zupełnie różnych stylistycznie formacji. Blood and Roses była na tyle przebojową kapelą, że znalazła się nawet na okładce New Musical Express jako nowo wschodząca gwiazda. Jej historia trwała jednak za krótko, by coś z tego poważniejszego mogło wyniknąć. Pozostała jednak muzyka – doskonała muzyka. Może i kilka spośród 21 nagrań jest mniej nośnych od reszty, ale dominują oryginalne, świetnie zapamiętywalne kompozycje, o chwytliwych liniach, nostalgicznym klimacie, oscylujące od tradycji rock’n’rolla, poprzez punk, pop, do rejonów Batcave. Kilka numerów to zresztą prawdziwie gotyckie, w pełnym znaczeniu słowa, hymny, jak "Necromantra", "Posession", czy nagrany na potrzeby gotyckiej składanki "The Whip" układanej przez Dave’a Robertsa z Sex Gang Children, "ShM YHShVH" (nagroda dla tych, którzy zapamiętają ten tytuł). Mnie muzyka Blod and Roses bardzo cieszy, z każdym przesłuchaniem coraz bardziej, czego bardziej oblatanym z "gotykiem" czytelnikom Colda również życzę.
maniak
www.myspace.com/bloodandrosesuk

BOX OF FISH
"Invented Grunge 1984"
Fish Music
Jak by mi się nie podobały różnorakie współczesne zespoły, to zazwyczaj w prawdziwy zachwyt przede wszystkim są w stanie wprowadzić mnie te z lat 80. Tak też się stało w przypadku australijskiej kapeli Box of Fish, o której istnieniu do niedawna nie zdawałem sobie sprawy. Zespół działał w Sydney w pierwszej połowie lat 80., zawiązał się na koncercie The Birthday Party, obecnie wznowił działalność i przypomniał na kompakcie swój album "Slap Them Round The Gills", do części zasadniczej dorzucając 12 piosenek pochodzących z winylowego singla, prób i koncertów. O ile wspomniane dodatki poprzez swą jakość techniczną mają wartość głównie historyczną (nie da się ukryć, że emocje trochę opadają, gdy kończy się studyjna część albumu), to pierwsze siedem numerów jest zabójczych. Jak najbardziej wpływy The Birthday Party są słyszalne. Brzmienie jest bardzo surowe, kompozycje są ascetyczne melodyjnie, za to jazgotliwe, transowe i jak cholera mroczne. Oprócz fascynacji kapelą Nicka Cave’a słychać w tej muzyce wpływy wczesnego brytyjskiego post-punka: Joy Division, UK Decay, Killing Joke, czy mrocznych kapel anarcho-punkowych typu The Mob czy Zounds. Tak więc siarka, bebechy i złość. Członkowie kapeli lubią też podkreślić, że wiele lat wcześniej niż zastosowano termin "grunge" odnośnie muzyki z Seattle, to właśnie Box of Fish, Dusk Furrow i kilka innych zaprzyjaźnionych bandów tym mianem charakteryzowały swoje dokonania. Tak więc niewiele brakowało, gdyby tylko świat to podchwycił, że dziś gotycko-punkowe granie nazywano by grunge’em – no ale się nie udało, i może to i dobrze. A co do samego albumu, to jest świetnie wydany – w buklecie obszerna historia kapeli, mnóstwo reprodukcji plakatów, kopii recenzji, wywiadów oraz archiwalnych zdjęć. Polecam!
maniak
www.myspace.com/boxoffishmusic  

LOS CARNICEROS DEL NORTE
"13 Cuchilladas"
wyd. własne
Hiszpańska supergrupa nurtu siniestro, w skład której wchodzą członkowie La Casa Usher, Naughty Zombies i Paralitikos. Piosenki tematycznie czerpiące ze starych horrorów i świetna muzyka, w której od cholery punkrocka, nowj fali i rock’n’rolla, czyli deathrock lokalnie zwany afterpunkiem. Nawiązania do hiszpańskich klasyków Paralisis Permanente bardzo czytelne, i bardzo dobrze, bo Paralisis wielką grupą byli. Wspaniale się tego słucha, świetnie się to prezentuje na scenie (znowu wspomnienia z Drop Dead), i w ogóle hiszpańskie kapele rządzą. Polecam, nawet tym nie przekonanym, bo może się przekonają, jak ściągną materiał za darmochę gdzieś z netu (kapela sama udostępniła materiał).
maniak
www.myspace.com/loscarnicerosdelnorte

THE CEMETARY GIRLZ
demo
Najpierw wyliczanka, bowiem The Cemetary Girlz to nowy projekt panów: Alien S. Pagana (znanego we francuskim deathrockowym środowisku dj-a), Romea (wcześniej w Sleeping Children i Wallenberg), Zorch/Factora (ex Sleeping Children, Camp Z, Zorch Factor – jego w składzie The Cemetary Girlz już nie ma, ale uczestniczył w nagrywaniu omawianego demo) i Little Spigaou (z Crimson Muddle – który zastąpił Zorch/Factora). Wydaje się więc, że podłoże do robienia dobrej muzyki stabilne, ale nic z tego. W tej muzyce po prostu nic nie ma. Batcave, deathrock – takie na pewno są inspiracje, ale wykonanie i inwencja twórcza na poziomie minimalnym, zero własnego wyrazu. No ale ja się może nie znam – właśnie zobaczyłem na stronie zespołu, że ma zabukowane występy nie tylko w rodzimym Paryżu, ale i na festiwalach w Madrycie i Blackpool... www.myspace.com/thecemetarygirlz
maniak
 

CHARLES DE GOAL
"3"
Infrastition
We Francji boom na dobrą muzykę trwa w najlepsze. Nie dość, że Francuzi mają od cholery fajnych nowych zespołów, to jeszcze reaktywują im się stare, a na kompaktach wznawiane są na potęgę dokonania francuskiej mrocznej sceny lat 80. I to bardzo chwalebne, bo podczas gdy kolekcjonerzy ówczesnych mroków mają szansę trafić interesujące pozycje na winylach z obszarów anglojęzycznych, to o francuskich czarnych krążkach z epoki lepiej zapomnieć albo przygotować się na gruby wydatek. Francuskie kompakty do najtańszych również nie należą, ale przynajmniej łatwiej je dostać. Mówiąc o Charles de Goal, to zespół działał od końca lat 70. do końca następnej dekady i kilka lat temu powrócił na scenę. Czterech facetów o wyglądzie księgowych, w okularach w rogowej oprawie, a nierzadko i z wąsem, bliżej pięćdziesiątki niż czterdziestki, potrafiło dosłownie zahipnotyzować publikę na festiwalu Drop Dead. Niby nic specjalnego na scenie się nie działo, a była w tym taka magia, że chyba żadna inna festiwalowa grupa nie doczekała się tak dobrego przyjęcia. Koncert Charles de Goal naprawdę był wielkim wydarzeniem, a wznowienie albumu formacji na kompakcie można traktować w podobnych kategoriach, bo wydano perfekcyjny krążek. Minimal-wave i cold wave, to dwa terminy oddające ducha muzyki kapeli. Czysta, selektywna produkcja, dużo przestrzeni, granie raczej eleganckie w formie niż atakujące ścianą dźwięku, a w tym olbrzymia energia, doskonały nastrój i sporo melodii. Ciężko nakreślić jakieś porównania, bo to granie oryginalne, nie zapatrzone w Wyspy Brytyjskie, a muzycy świadomi tego, co chcą osiągnąć. Jako że wciąż nie brak ludzi napalonych na nową falę, to zapewniam, że obcowanie z tym zespołem gwarantuje doznania innego rzędu niż przesłuchiwanie, może i bardzo dobrych, ale jednak kopii Killing Joke, Joy Division czy Bauhaus. Poznanie tej kapeli to obowiązek fana brzmień lat 80.!
maniak
www.myspace.com/charlesdegoal   

CHRISTIAN DEATH
"American Inquisition"
Season of Mist
Długo, bo aż siedem lat trwała przerwa w wydawniczej aktywności ekipy Valora, a powrót zespołu jakoś nie odbił się wielkim echem w gotyckim światku. Ot, raczej małe wzmianki niż wielkie artykuły na ten temat. A Christian Death to wciąż solidna firma, choć obecnie raczej doceniam jej konsekwencję i solidność, niż zachwycam się muzyką. Z tym, że "nie zachwycam" nie oznacza, że mi się nie podoba. Trzy ostatnie albumy orkiestry składają się na jedną opowieść, choć każdy odpowiednio różni się od pozostałych, by można formacji zarzucić zjadanie własnego ogona. "American Inquisition" jest płytą zdecydowanie mniej ciężką niż nagrany z muzykami Cradle of Filth "Born Again Anti-Christian", choć mocne, metalowo-industrialne gitary często sugestywnie grzmią w podkładzie. Ogólnie więcej jednak zmian klimatów, przestrzeni i kompozycyjnej lekkości. Podczas gdy drugi od końca album Christian Death "Pornographic Messiah" to była wściekła jazda na wysokich obrotach, "American Inquisition" jest płytą dużo bardziej stonowaną, ba, momentami nawet po prostu prawie piosenkową, w klasycznym zrozumieniu tego słowa. Kilka numerów z krążka to niemalże materiał na przeboje. Co prawda parę utworów wydaje się trochę nijakich i przemija bez echa, ale w znakomitej większości album wypełniają jednak kompozycje charakterne, pełne, przekonujące melodiami i klimatem. "American Inquisition" to jeden z tych krążków, które może nie wywołują spazmów, ale wzbudzają szacunek. To również jeden z tych albumów, które zyskują przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Napisałem na początku, że nie zachwycam się nowym Christian Death – no nie zachwycam się, ale nie jestem pewny czy nie jest to tylko kwestia kolejnych przesłuchań.
maniak
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl

THE COFFINSHAKERS
Cobra Records
Jeśli ktoś nie wierzyłby, że można grać horror-country, to jest w błędzie – od lat robią to Szwedzi z Coffinshakers. Przekonywałem się do tej kapeli długo, od czasu do czasu słuchając jej produkcji w necie, ale oświecił mnie dopiero najnowszy album, który na siłę wcisnął mi kolega, twierdząc, że muszę to mieć i że to pokocham. I tak też się stało. Pięknie grają Szwedzi na tym krążku. Utwory jeden za drugim to prawdziwe killery, w których country miesza się z małą domieszką surfu, które wypełnione są opowieściami grozy, a zobrazowane zostały głosem typu Johnny Cash potyka się o Dave’a Vaniana i oplecione filmowymi narracjami w stylu Ennio Moricone nagrywa dla Sergia Leone. Dodam, że normalnie daleki jestem od miłości do country – no lubię oczywiście Ghoultown, ale tam tego country nie ma w końcu aż tak dużo. Tak więc polecam The Coffinshakers również tym, którzy gatunek ten słabo trawią.
maniak
www.coffinshakers.com

CURTAINS
"War Paint"
CDR
Nowy, bardzo fajny zespół z Chicago, grający, powiedzmy niespecjalnie naciągając, że gothabilly. Nie jest to gothabilly w stylu Cult of the Psychic Fetus czy Deadbolt, bo zdecydowanie nie ma tu surfu i w ogóle nie jest to "creepy". Jest za to sporo punka i post-punka plus mroczny rock’n’roll/psychobilly i wokalista śpiewający, jakby dziwił się czemuś w każdej linijce tekstu. No więc coś z The Cramps, ale raczej z The Meteors, coś z klimatu brytyjskich goth-punków z Sunglasses After Dark, Ausgang czy Twisted Nerve. Na kolana początkowo kompozycyjna inwencja Curtains mnie nie rzuciła, ale posłuchałem więcej, zobaczyłem kapelę na żywo i przekonałem się całkowicie. Duży potencjał mają chłopaki, a jak wyjdzie album, to go sobie kupię z pewnością...
maniak
www.myspace.com/curtainsdeathbeat  

THE DANSE SOCIETY
"Looking Through"
Cherry Red / Anagram
Trzeci, finalny album jednego z podstawowych gotyckich składów z początku lat 80., zremasterowany (fakt, że jakoś kiepsko, bo brzmieniu brak dynamiki i klarowności) i wznowiony na CD przez Cherry Red. Okazuje się, że pod koniec swej działalności Danse Society byli wciąż w dobrej formie. "Looking Through" kontynuuje kierunek wyznaczony przez drugi album kapeli, "Haven is Waiting" – łagodne brzmienie, kompozycje bazujące na syntezatorach, trochę elektronicznego funku w podkładach. Niewątpliwie zespół liczył na zainteresowanie szerszego odbiorcy, ale to wciąż stary dobry Danse Society. Energia, klimat i urok tej kapeli pozostają takie same jak wcześniej. Byłem przekonany, że zespół na swym trzecim albumie nie pokazał nic, co mogło by mnie zainteresować. Błąd! Krążek bardziej popowy od poprzedników, ale jakże ładna muzyka jest na nim zawarta.
maniak
płyta dostępna m.in. w sklepie serpent.pl

DEADCHOVSKY
"Spiritus Sancti Bizarre"
Manic Depression
Pierwszy album tej paryskiej ekipy przekonał mnie, ale nie zachwycił, choć z biegiem czasu zacząłem go bardziej doceniać. Drugi krążek to natomiast wyraźny progres. Zespół śmiało eksperymentuje z formą kompozycji, nie trzyma się gotyckich matryc i odjeżdża w stronę garażowej, kwasowej psychodelii, jak najbardziej przy tym zachowując swój "batcave’owski" rdzeń. Gdy muzycy podczas wywiadu, który z nimi przeprowadzałem, napomknęli, że duży wpływ wywarł na nich fakt uczestniczenia w festiwalu psychodelicznym w Hanowerze i że w znaczny sposób to, co tam usłyszeli, wpłynęło na ich obecną twórczość, potraktowałem to jako stwierdzenie na wyrost. Ale po przesłuchaniu nowego albumu Deadchovsky’ego mogę tylko stwierdzić, że tę psychodelię mocno w nowej muzyce kapeli słychać. Naprawdę jest ciekawie na "Spiritus Sancti Bizarre" – wykręcone wokale ala Neva, Sex Gang Children czy Les Tetines Noires, zdrowy, mocny, ciągnący do przodu bas, w którego rytm ciężko się nie kolebać, smakowita, pajączkowata gitara, konglomerat transowych bitów i plemiennego bębnienia i archaicznie zawodzące kosmiczno-psychodeliczne klawisze, o brzmieniu jak wyjętym z epoki hipisowskiej (Hawkwind? Popol Vuh? Cholera wie jak...). Dużo zmian, aranżacyjnych zakłóceń struktur, przeinaczeń kontekstu. Fajne to, fajne, może na dłuższą metę trochę męczące, bo bardzo gęsto zagrane, ale wolę dawkę zdrowego odjazdu niż powtarzanie w kółko tego samego, a to ostatnio serwuje nam wielu wykonawców z kręgu deathrocka. Duuuży plus!
maniak
www.myspace.com/deadchovsky

DEEP EYNDE
"Bad Blood"
People Like You
Deep Eynde stanęli w miejscu. Ta kalifornijska kapela wspaniale ewoluowała w przeszłości, a każdy z jej poprzednich trzech albumów był dziełem tyleż dobrym, co różniącym się od poprzednich. "Bad Blood" to jednak powtórka podstawowych wątków z "Shadowland" – niestety nie tak przekonywująca jak poprzednik i jako całość nieco sztampowa. Typowo punkowe kompozycje, utrzymane w stylu "kalifornijskim", wciąż wpadają w ucho, ale pozbawione są tej iskry, która rozpalała starsze piosenki grupy. Melodyjne zaśpiewy w chórkach występujące prawie w każdym utworze i gitarowe solówki (co prawda krótkie, ale jednak) w którymś momencie nieco nawet zaczęły mnie drażnić. Fajne wciąż to granie, ale brak świeżości w poczynaniach ekipy Fate’a Fatala. Deep Eynde na koncertach to cudowny wygar, braku pasji i zdolności do pisania dobrych melodii orkiestrze też nie można odmówić, szkoda jednak że "Bad Blood" nie jest albumem, którym można by się zachwycać tak jak starszymi wydawnictwami kapeli. Jest tylko poprawnie, a po Deep Eynde oczekuję więcej.
maniak


DUSK FURROW
"Step Into The Light 1984-1986"
wyd. własne
Kolejny zespół z Sydney w naszym zestawieniu. Kolejny materiał archiwalny, z tą różnicą, że Dusk Furrow, w odróżnieniu od Box of Fish, nigdy nie nagrali niczego w porządnym studio. Pięć pierwszych piosenek jest jeszcze w miarę przyzwoicie nagranych w jakimś studio robiącym demówki, ale następne nagrania to materiał zarejestrowany na próbach. Techniczna jakość pozostawia więc sporo do życzenia i należy bardzo żałować, że kapela podczas swego istnienia nie wyprodukowała niczego technicznie zadowalającego. Świetną bowiem grała muzykę, a gdyby tylko znalazła się w odpowiednim momencie w Londynie, stałaby się niechybnie jedną z atrakcji Batcave. Mamy więc do czynienia z dźwiękami nasuwającymi skojarzenia z całą gamą brytyjskich goth-punkowych kapel, od UK Decay i Bauhaus, do 1919, Sex Gang Children, Southern Death Cult itd... Pomimo słabej jakości nagrań cieszy mnie posiadanie Dusk Furrow w kolekcji, bo zespół był na pewno wart zapamiętania. Obawiam się tylko, że nikt z czytających te słowa nie będzie mógł pójść w moje ślady, jako że nakład płyty został ponoć wyprzedany...
maniak
www.myspace.com/duskfurrowandstonepuppets  

ECHOES OF SILENCE
In The Night Time Records
Kompletnie nic odkrywczego, granie wtórne przeogromnie, troszkę prymitywne brzmieniowo i aranżacyjnie, a jakże dobrze się tego słucha. Bo jest w tym energia i przekonanie muzyków, że cold wave i tradycyjny post-sistersowski gotyk to najlepsza muzyka na świecie, a Joy Division to najlepszy zespół, jaki istniał. Surowizna tego włoskiego zespołu mnie przekonuje, a kompozycje ujmują klimatem, motoryką i zostającymi w głowie melodiami. To samo w kółko i w kółko i to jest fajne. Dla tych, co nie mają wygórowanych oczekiwań, cenią zaangażowanie i klimat i poważają takie zespoły jak Joy Division, Altered States, Red Lorry Yellow Lorry, wczesny Spiral of Silence, wczesny One for Jude...
maniak

EYACULACION POST MORTEM
"Temblad temblad malditos"
La Oscura Ceremonia
Znałem dwa poprzednie albumy tej ekipy z Barcelony, ale pomimo że na każdym z nich było kilka bardzo fajnych numerów, to reszta za bardzo elektroniczno-rzeźnicza dla mnie była. Gdy jednak zobaczyłem występ Hiszpanów na Drop Dead, od razu nabyłem ich ostatnią, trzecią płytę, i dobrze mi z tym jak diabli. After-punk jak się patrzy – surf, rockabilly, punk, gotyk, plus szczypta elektroniki. Miks, za który kocham hiszpańskie kapele, bo nikt na świecie tak jak Paralisis Permanente, La Casa Usher, Los Carniceros del Norte, Cromosoma 3, J. Horror, czy, teraz, Eyaculacion Post Mortem, nie gra. Ma to lekkość, ma wdzięk, ma potężnego kopa, morderczy klimat, i w ogóle niczego nie fajnego dopatrzeć się w tym nie mogę. Eyaculacion są jak cholera po surfowemu "creepy", po punkowemu surowi, po garażowemu rock’n’rollowi i po deathrockowemu gotyccy. A jak zajebiście wpasowuję się w klimat tej muzyki theremin (instrument o dźwięku kojarzącym się z dźwiękami piły lub skrzypiec, na którym gra się manipulując długością fal wytwarzanego przez niego pola elektro-akustycznego), to musicie się albo domyślić, albo, co lepsze, sprawdzić samemu.
maniak
www.myspace.com/eyaculacionpostmortem

FRANK THE BAPTIST
"The New Colossus"
Strobelight
Muszę przyznać, że nie pojmuję powszechnych zachwytów nad trzecim krążkiem Frank The Baptist, a najmniej pojmuję stwierdzenia, że to najlepszy album tego oryginalnie pochodzącego z San Diego, a od niedawna stacjonującego w Berlinie zespołu. Muzyczka przyjemna jak zawsze, dobre melodie, gładka produkcja, silny głos Franka, atrakcyjna oprawa graficzna. I tylko jestem ciekaw, czy osoby wychwalające najnowszy produkt Franka, gdyby im przedstawić do wyboru piosenki z trzech albumów, byłyby w stanie określić, które utwory pochodzą z którego krążka – choć może i tak, w końcu "The New Colossus" brzmi najbardziej miękko z nich wszystkich. Bo w tym tkwi sęk – Frank pisze dobre piosenki, których miło się słucha, ale one wszystkie utrzymane są w tym samym stylu, co prawda jedynym w swoim rodzaju (bo kto inny z deathrockowego podwórka mógłby występować na festiwalach piosenki szantowej, nie wzbudzając specjalnego zdziwienia?), ale niestety nie ewoluującym. Jest wciąż OK, ale nie wydaje mi się, żeby długo można to ciągnąć w niezmienionej formie. Mnie przez tę powtarzalność przestaje się chcieć słuchać nie tylko "New Colossus", ale nawet i dwóch poprzednich albumów, które przecież bardzo lubiłem.
maniak

FUNERAL CRASHERS
demo
Zespół z Nowego Jorku, działający w latach 90. (jak niosą plotki, zresztą usłyszane u źródła, w składzie pojawił się m.in. Mark Splatter), ponownie powołany do życia kilka lat temu. Omawiane demo zawiera trzy utwory, obecnie wraz z dziesięcioma innymi zawarte na albumie "La fin absolue du monde". Granie post-punkowe ocierające się o indie. Głos trochę pod Petera Murphy’ego, klimat kompozycji trochę jak Audra (którzy z Bauhaus się kojarzą), trochę jak "nowe post-punki łamane przez indie" typu Interpol, trochę jak omawiany obok Opposite Sex. Utwór "Video Killer" bardzo fajny, dwa pozostałe już nie tak bardzo. OK, ale bez rewelacji jak dla mnie. www.myspace.com/thefuneralcrashers
maniak
 

FURYO
Cherry Red / Anagram
Kolejny rarytasik wydany w serii "Goth Collectors Series", chociaż oprócz opisu historii zespołu i kilku fajnych zdjęć nic ponad to, co można było znaleźć na dwóch winylowych EP-kach tej brytyjskiej drużyny. Furyo to projekt, który powstał po rozpadzie legendarnego goth-punkowego UK Decay, a w którego skład weszło trzech byłych muzyków formacji, z wokalistą Abbo na czele, i których finalnie wsparł były muzyk Gene Loves Jezebel, Albie de Luca, osobnik wybitnie pokrzywdzony, gdyż pomimo że wystąpił na dwóch ep-kach kapeli, bracia Aston nie odnotowali oficjalnie tego faktu. Furyo przechodziło kilka zmian nazw i tak właściwie prawie ten sam skład nagrał jedną piosenkę pod nazwą Slave Drive na składankę "The Whip", a kolejną jako Meat of Youth na batcave’owską składankę "Young Limbs Numb Hymns", a i tak w konsekwencji nazwał się Furyo. A co grało Furyo? No, nie jest to łatwa sprawa i chociaż sam lubię ten zespół, to mam wahania, czy mogę go z czystym sercem polecić fanom goth-punka z lat 80. Owszem, z UK Decay ma ta muzyka trochę wspólnego, ale generalnie jest bardziej udziwniona, teatralna, artystyczna, intelektualnie pokombinowana, tak więc zamiast piosenek mamy raczej mroczne post-punkowe minisuity, rozbuchane w formie, chociaż zagrane przez czteroosobowy zespół. Mogę zagwarantować, że do żadnej z tych kompozycji nie da się potańczyć na deathrockowej potańcówce. Dodam jeszcze, że szefowie Anagramowskiej serii bardzo starali się, by reedycja nagrań Furyo nie ograniczyła się do materiału z dwóch EP-ek, ale objęła też album wydany niegdyś tylko na kasecie w mikroskopijnym nakładzie, już po rozpadzie kapeli. Niestety, podobno w tej sprawie absolutnie nie można się było dogadać z Abbo (zresztą również jego sprzeciw, albo totalny brak zainteresowania tematem – nie wiem – analogicznie stał na przeszkodzie jakimkolwiek reedycjom nagrań UK Decay). Fakt ten jest interpretowany w prosty sposób – Abbo odnosi obecnie zbyt wielkie sukcesy jako szef znanego labela Big Cat Records, żeby tracić czas, wracając do chwalebnej, ale chyba nie interesującej go już własnej artystycznej przeszłości. Choć z drugiej strony kapela (UK Decay) ponoć nie wyklucza, że się da namówić i zagra na najbliższym Drop Dead.
maniak
www.cherryred.co.uk

GOTTERDAMMERUNG
"Of Whores... and Culture"
Strobelight Records
Siedem lat przerwy w wydawaniu nowej muzyki nie osłabiło ducha Gotterdammerung. Kontynuując gitarową linię "Morphii", swej poprzedniej płyty, ale w warstwie rytmicznej śmielej nawiązując do wcześniejszego, mocniej elektroniczno-industrialnego okresu, holenderskie trio nagrało kolejny świetny album w swej długiej karierze. Muzyka z nowej płyty ma zajebistego kopa. Jest gęsta, silnie zrytmizowana, transowa, agresywna i przebojowa zarazem. Tradycyjny gitarowy gotyk pomieszano z całkiem sporą dawką elektroniki, ale zrobiono to w jakże odmienny sposób od zastępów germańskich koszmarków, którymi zachwycają się Orkusy, Zilla i wszyscy zapatrzeni w nie lateksowi goci. Na upartego można by powiedzieć, że podobnie grano w latach 90., ale nowa płyta Gotterdammerung nie ma w sobie ani grama plastikowości zespołów nagrywających na przykład dla Nightbreed Records – Holendrzy używają programmingu bardziej dla spotęgowania siły muzyki niż dla osiągnięcia tanecznego groovu kompozycji. Tak w sumie to Gotterdammerung zbiera do kupy wszystko to, co w obrębie głównego nurtu gitarowego gotyku obowiązywało od połowy lat 80. do dziś i nadaje temu może nie nowego wymiaru, ale osobistego sznytu. Bardzo dobry krążek!
maniak

JOY DISASTER
Fake Records
Mam wrażenie, że Joy Disaster to taki trochę francuski Interpol. Muzycznie na pewno bardziej mroczny, bardziej ostry i mniej "indie" niż słynni nowojorczycy, ale komercyjnie mogący być lokalnie nie mniej atrakcyjny i mogący trafiać do szerokiego targetu publiczności, od gotów do fanów właśnie wspomnianego "indie", a to szeroki krąg odbiorców. Chciałem być nawet zrażony do muzyki grupy, analogicznie do mojego stosunku do Interpolu, którego dokonań od drugiego albumu słuchać wcale mi się już nie chce, ale jednak nie mogę. No bo podoba mi się ta muzyka, pomimo że w stosunku do brzmieniowo surowego demo jakoś tak bardzo nośna niespodziewanie się zrobiła. Joy Disaster trochę się mizdrzy do słuchacza – biciki podrasowane w stylu "gitarowo, ale tanecznie", wymuskane brzmienie, niby gitarowo-ostre, ale w sumie popowe, no i w efekcie trochę mało bebechów jest w tym wszystkim. Na razie kapela konsekwentnie trzyma się jednak mrocznej sceny i zakładam, że to jej pasuje. Jeśli chodzi o post-nową falę zmieszaną z indie-popem, to nie można narzekać – świetnie się słucha tych piosenek. Ładne są, w głowę wchodzą, można przy nich potupać, zamyślić się, zanucić. A i drugi album już jest – kapela szuka wydawcy.
maniak
myspace.com/joydisaster

KITCHEN AND THE PLASTIC SPOONS
"Best off"
Ill Wind Records
Dużo ostatnimi czasy powrotów. Można wręcz odnieść wrażenie, że co drugi istniejący w przeszłości zespół znowu działa. To zasługa Internetu i majspejsa. To dzięki www.myspace.com okazuje się, że nie działające od 20 lat kapele nagle zdobywają 2000 fanów, więc myśl o reaktywacji pojawia się dość naturalnie. Szwedzi z Kitchen and the Plastic Spoons co prawda na razie grupy nie reaktywowali, ale postanowili udostępnić światu swoje dokonania na płycie kompaktowej. I bardzo dobrze się stało, bo mamy oto okazję zapoznać się z kolejną porcją dobrej muzyki z początku lat 80. Jako że mamy do czynienia ze składanką, nie wszystko co się na niej znalazło trzyma wysoką jakość, ale większość nagrań owszem. O brzmieniu K&TPS decydowały głównie piskliwe klawisze oraz wykonywane w nieco panicznej manierze zaśpiewy wokalistki o głosie mogącym trochę kojarzyć się z wokalem Siouxsie. Kapela z biegiem czasu stawała się coraz bardziej mroczna i podczas gdy pierwsze jej nagrania mogą przywodzić na myśl rozedrgane dokonania Devo, to później zrobiło się zimniej i spokojniej, choć odjazdu w atmosferze całości nie brakło. Tak więc ni to coldwave, ni to minimal-electro, ni to gotyk, ale słucha się z przyjemnością co najmniej większej części tego albumu.
maniak
www.kitchenandtheplasticspoons.com

THE LAST DAYS OF JESUS
"Dead Machines Revolution!"
Strobelight Records
Słowacka ekipa nie zawodzi na swym czwartym długogrającym albumie. "Dead Machines Revolution!" jest naturalnym rozwinięciem "Alien Road". Zmiany nie są specjalnie zauważalne, ale kapela ciągnie w dobrą stronę. Kompozycje nabrały większej lekkości, stały się jeszcze bardziej melodyjne, a brzmienie nieco lżejsze niż na poprzedniej płycie. Piosenki jedna za drugą są co najmniej bardzo dobre, w tym nie brak kilku prawdziwych killerów. Ciężko uwierzyć, słuchając najnowszego dzieła zespołu, że załoga startowała z pozycji gotycko-metalowych. Teraz w jej muzyce jest tylko to, co dobre: stary gotyk podrasowany nowoczesną produkcją, melodyjny punk, trochę elektroniki tam gdzie trzeba, by zachować ducha XXI wieku. The Last Days of Jesus to co najmniej od "Alien Road" marka sama w sobie. Jak łatwo zaobserwować na wielu przykładach, stosunkowo łatwo jest wyskoczyć świetnym debiutem i na późniejszych albumach nigdy już nie osiągnąć pierwotnego poziomu. Słowacy działają odwrotnie – z ich twórczością jest tylko lepiej i lepiej. Nawet jeśli "Alien Road" było dla mnie większym objawieniem, to nie narzekam, że "Dead Machines Revolution!" kontynuuje tę drogę.
maniak


THE LIVING DEAD BOYS
7", “She’s Dead"
Vanina Hanin Recommends
Zespół ze Szwajcarii, którego singiel wyszedł bez okładki, śmiem więc podejrzewać, że to wydawnictwo z tych przeznaczonych dla dj-ów, tym bardziej że na stronie B znalazł się remiks utworu "We Are The Living Dead Boys" (a remiksów nie cierpię z zasady). Razem z singlem dostałem od zespołu CDRa z ich dorobkiem, więc coś tam na temat muzyki Szwajcarów mogę powiedzieć. Generalnie to klasyczne, ascetyczne w formie electro, tyle że okraszone ostrą rockową gitarą, i to taką której właściciel nie stroni od solówek. I tak, podczas gdy utwór "She’s Dead" zupełnie mnie przekonuje jako imprezowy hit i pewnie dobrze przy nim można by się bawić, to reszta (w postaci trzech utworów – ich remiksy sobie darowałem) już wchodzi mi tak sobie i nie czuję żadnej potrzeby, by do nich wracać. Tak więc pomimo rekomendacji Marka Splattera i wydawcy singla Vaniny Hanin (kimkolwiek ta pani jest) nie zapisuję się do fanklubu.
maniak
www.myspace.com/thelivingdeadboys

LOTO BALL SHOW
wyd. własne
Hopeless, znany obecnie jako Loto Ball, nie złożył broni i po opuszczeniu The Phantom Limbs i przeprowadzce do Chicago powołał do życia nową formację, z którą to nagrał i wydał pięć piosenek. No i jest tak, jak być musiało – odjazdowo, szaleńczo, zadziornie, niepokojąco i garażowo-makabrycznie. Muzycznie trochę spokojniej niż w The Phantom Limbs, to znaczy mniej punkowego czadu, ale brzmieniowego brudu i dźwiękowej nonszalancji nawet więcej. Post-punkowy lounge swing rodem z cyrkowego namiotu, trupa cyrkowych muzyków na gościnnych występach w punkowym klubie. Dużo saksofonu, trąbki i klawiszy, sporo lunaparcznego w wymowie swingowania, ale wykonanie nie pozostawiające wątpliwości, że mamy do czynienia z muzykami o punkowych korzeniach. Dla mnie bomba!
maniak
www.lotoballshow.com

MONOZID
"Waiting for the Circus"
CDR, wyd. własne
Druga EP-ka kapeli z Lipska, na której znalazły się trzy utwory, jest ciekawsza od debiutanckiego czteroutworowego krążka Niemców. Wciąż nie jest to granie, od którego mogłoby mi się zrobić cieplej na sercu, ale jest poprawnie. Zespół hołduje miększym i bardziej melancholijnym odmianom nowej fali, za swych nauczycieli mając And Also The Trees, The Chameleons i The Cure. Romantyczne kompozycje, dobrze zaaranżowane, gorzej wyprodukowane i zaśpiewane z silnym niemiecki akcentem raczej są w stanie spodobać się tylko lokalnie, niż wypłynąć na międzynarodowe wody. Ok, ale daleko od zachwytów.
maniak
www.monozid.de

ONE FOR JUDE
"Regeneration"
Mocno kibicowałem tej francuskiej grupie u jej początków w pierwszych numerach Colda, kiedy to grała cold wave, a później melancholijną muzykę półakustyczną, o wyczuwalnie nowofalowych korzeniach. Obecnie, prawdę mówiąc, One for Jude trochę mniej mnie kręci, głównie dlatego że za spokojne i rozmarzone za bardzo jak na moje aktualne gusta się zrobiło. Sama muzyka jak najbardziej w porządku. Więc jeśli lubicie nastrojowe, często akustyczne, trochę folkowe, bardzo francuskie w klimacie granie, to sięgnijcie po "Regeneration". Płyta dla nieortodoksyjnych fanów neofolku na przykład...
maniak
www.oneforjude.com

OPPOSITE SEX
"Violent Heartstrings"
wyd. własne
Zaczyna się bardzo dobrze – jakbym słyszał Echo & The Bunnymen z "Crocodiles" – podobna melodyka, ton głosu, atmosfera plus ten sam kop. Drugi numer też dobry, bliższy może jakimś Editorsom lub Interpolom, ale fajny. Trzeci, najbardziej dynamiczny z wymienionych, bardzo mocny, czwarty utrzymany w podobnym stylu. Potem niestety atmosfera na kilka numerów trochę siada. Zaczynają się powtórzenia, kompozycje przestają być tak wyraziste. Jest wciąż poprawnie, miło, ale bez fajerwerków. Pod koniec albumu znowu zaczyna się dziać. Przedostatnia i ostatnia piosenka to chyba najlepsze utwory na płycie. Mają siłę i moc. Opposite Sex może się podobać – post-punk zahaczający o indie – mieszanka Echo & The Bunnymen, Sad Lovers and Giants, Interpolu. Granie fajne, ale nie powalające. Może gdybym usłyszał debiutancką epkę tej amerykańskiej grupy albo zobaczył jej koncert, nabrałbym innej perspektywy, a tak mogę stwierdzić, że tylko OK.
maniak
www.oppositesexmusic.com

RED VOICE CHOIR
"A Thousand Reflections"
Atakra
Gdy tylko przeczytałem, że właśnie wyszedł debiutancki minialbum Red Voice Choir, zespołu złożonego z byłych i aktualnych członków The Holy Kiss, Black Ice i Death of a Party, wiedziałem, że natychmiast należy go zdobyć. Muzycy, którzy grali bądź grają w tak dobrych kapelach, nie mogli wspólnie nagrać złej płyty. A "A Thousand Reflections" jest płytą fantastyczną. Wokalnie grupie przewodzi Miss Kel, śpiewaczka Black Ice, ale śpiewa również gitarzysta Adam Beck i ich wokale świetnie się nawzajem uzupełniają. Zmysłowy, tajemniczy wokal Kelly kontrapunktują często okrzyki Becka (tembr jego głosu kojarzy mi się nieco z brzmieniem głosu Thurstona Moore’a z Sonic Youth), sekcja gra agresywnie, w punkowe bębnienie wplecione są od czasu do czasu plemienne rytmy, klawisze pulsują miarowo, gitara nadaje melodię. Jest w tym czad, jest dużo emocji, jest zwierzęcy pazur. Granie bardzo dynamiczne, drapieżne, przy tym melodyjne, niosące w sobie reminiscencje post-punka, post-punkowego bluesa, deathrocka. Kalifornijska scena to rzecz zjawiskowa, gdzie jedna dobra oryginalna kapela goni drugą. Red Voice Choir z miejsca dołącza do grona moich ulubionych tamtejszych formacji: Black Ice, Swann Danger, Sixteens, Weegs – czy muszę dalej wyliczać?
maniak
www.myspace.com/redvoicechoir

różni wykonawcy
"Radioactive Decay (A Drop Dead Compilation of Art Music)"
Mutant Transmissions
Ekipa Drop Dead nie dość że wydaje zajebisty magazyn, robi zajebisty festiwal, to jeszcze wystartowała z własną wytwórnią płytową. Trzeba im kibicować i wspierać każdą ich działalność, żeby więcej dobrych rzeczy mogło zdarzyć się w przyszłości. Na razie, na początek, składanka zespołów, które Polina i spółka popierają, i to na dodatek sprzedawana za grosze (13 dolców łącznie z wysyłką). Mamy kapele z lat 80.: Ausgang, nowofalowy The Dancing Did, deathrockowy Theatre of Ice, positive-punkowo-anarcho-gotycki Rubella Ballet i zimnofalowy Charles de Goal. Z nowych zespołów: szalonych Strip Mall Seizures, nie mniej rąbniętych synth-punkowych New Collapse (ich płyta w planach labela), art-punkowych Experimental Dental School, pierdolniętych kakofonicznych no-wave’owców Din Glorious (kolejna załoga, którą Mutant Transmissions ma wydawać), art-punkowo-popowych Jean-Paul Yamamoto, w poniższej odsłonie przypominających Sixteens (też pojawiających się na albumie) Naked and the Vague i również niedalekich od podanego wzorca Sudden Infant Death Syndrome, popowo-disco-punkowy Dandi Wind, elektroniczno-deathrockowych Naughty Zombies i kilka kolejnych kapel z przegródki umownie nazwanej art-punk: Night Wounds, Marfa & Ne-af, Medio Mutante, Jellowaste, Yip-Yip, Deaf Deaf i I Can’t Read. Wszystkie grupy trzymają poziom, a o przynajmniej kilku z tych jeszcze nieznanych powinniśmy usłyszeć więcej. Generalnie daje się zauważyć, że dropdeadowcy w swoich gustach pożeglowali w stronę synth-punka, art-punka, czyli w stronę szaleństwa i eksperymentu, a dużo mniej niż wcześniej interesuje ich deathrock i rzeczy pokrewne. Jeżeli tylko zachowają odpowiednie proporcje, nie mam nic przeciwko, bo takie granie również mi bardzo odpowiada, często bardziej niż odsłony kolejnych klonów Cinema Strange. Z drugiej strony, gdy nagromadzi się tyle podobnych kapel w jednym miejscu, to też jakoś człowiek przestaje być pewnym, czy w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda. Nie przesadzać w żadną stronę, a będzie dobrze. A Mutant Transmission niech się rozwija na zdrowie. Powodzenia!
maniak
www.mutanttransmissions.com

SAVAGE REPUBLIC
"Siam", "1938"
Mobilization Records
Neurot Recordings
Muszę przyznać, że zmartwychwstanie tego zespołu stało się dla mnie okazją, bym powrócił do starych jego dokonań i odkrył je na nowo. Kalifornijski kolektyw Savage Republic tworzył przez lata 80. wyjątkową muzykę, wyrastającą z punka i nowej fali, ale śmiało czerpał również z ekstatycznej muzyki etnicznej, plemiennego industrialu i brawurowo całość łączył z filmowym, narracyjnym feelingiem. Albumy kapeli przesiąknięte były zapachem Orientu, punkową ekspresją, eksperymentalnym duchem i elegancją charakterystyczną dla filmowej muzyki tworzonej przez Ennio Morricone. Nagrany w rok czy może dwa po reaktywacji "Siam" to jedno z najfajniejszych dokonań Savage Republic. Ten trwający dwadzieścia minut minialbum pokazuje dwa, zawsze w jakiś sposób równolegle obecne w historii formacji, oblicza zespołu – stronę piosenkową grupy i stronę instrumentalno-narracyjno-transową. Bazując na silnie zrytmizowanym, ekstatycznie-bliskowschodnio w warstwie rytmicznej brzmiącym podkładzie i przestrzennej, eterycznej acz gęstej pracy gitar zespół potrafi i zagrać świetne, wciągające, melodyjne piosenki (dwie w niniejszym zestawieniu), i pociągnąć w stronę klimatycznego post-punkowego etno-fusion. Ta i ta wersja Savage Republic w pełni przekonuje, ta i ta wywołuje myśl o tym, jakie to piękne granie i że nikt inny tak nie gra. Na fali emocji związanej z reaktywacją kapeli wybrałem się na jej wrocławski koncert na początku 2007 roku. Niestety, pociąg, którym jechałem, zatrzymał się na postój zaraz za Warszawą i stał tak długo, że nie miałem szans, żeby zdążyć na występ Amerykanów. Gdy będą następnym razem (a będą znowu we Wrocławiu pod koniec stycznia 2008) musi mi się udać ich zobaczyć. Tymczasem jest już kolejna, tym razem długogrająca płyta formacji i jedyne, co wypada na ten temat stwierdzić, to to, że jest tak samo dobra jak "Siam".
maniak
płyta "1938" dostępna m.in. w sklepie serpent.pl


SCARLET’S REMAINS
"The Palest Grey"
Dark Dimensions
Scarlet’s Remains nie dalej niż dwa tygodnie przed tym jak piszę te słowa ogłosili zakończenie działalności. Biorąc pod uwagę, że praktycznie co rok zmieniał się ich skład, mogę sobie wyobrazić, że nie było łatwo utrzymać zespół przy życiu. W każdym razie grupa zdążyła wydać swój drugi album i to jest przynajmniej w tej sytuacji pozytywne. "The Palest Grey" stawiam chyba jeszcze wyżej niż debiutancki album orkiestry, a ten cholernie mi się podobał i do dzisiaj regularnie pojawia się w moim odtwarzaczu. Scarlet’s Remains gra z olbrzymią pasją, idealnie wyważając proporcje między czadem i melancholią, gotykiem i punkiem. Melodie są znakomite, wokal Eveghost oszałamiający, gitara Bari-Bariego dokładnie w jego stylu (od razu przypomina się wczesny Christian Death i Mephisto Walz), no i plemienne bębnienie Tony’ego Havoca pełne wigoru. Wybuchowa mieszanka. Żal, że już nie zagrają, ale Eveghost zapowiada, że rok 2008 będzie należał do zespołów powstałych na gruzach Scarlet’s Remains. Zobaczymy.
maniak
www.myspace.com/scarletsremains

SIXTEENS
"Into the Gold Wave of Future non Rip-Off!"
Hungry Eye
Przez wiele tygodni była to najczęściej goszcząca płyta w moim odtwarzaczu i już ten fakt powinien być odpowiednią rekomendacją. Na swym czwartym albumie kalifornijski duet brzmi trochę inaczej niż na poprzednich wydawnictwach. Chociaż nie, brzmienie pozostaje takie samo – grupa wciąż bazuje na analogowych syntezatorach i brudnym, chropowatym, garażowym soundzie – zmianie raczej częściowo uległa struktura kompozycji. Kilka piosenek obdarzonych zostało tanecznym bitem, co bynajmniej nie spowodowało, żeby zaraz zaczęły one brzmieć jak hity parkietów, ale na pewno w pewien sposób zwiększyło komercyjny potencjał kapeli, który i tak, co tu ukrywać, jest bliski zeru. Sixteens gra muzykę dla wyrobionego słuchacza i nawet te najlżej brzmiące kompozycje nie podpasują raczej zwolennikom disco-"punka". Tym bardziej, że reszta utworów z "Into the Gold..." to raczej powolne, mroczne jak dno piekła, rozwlekłe elektroniczne mantry wypełnione melorecytacjami. Kapela wśród swych najbardziej "popowych" fascynacji mogłaby wskazać Fada Gadgeta, Soft Cell, bardzo wczesne OMD czy takież samo Human League, ale o jej charakterze decydują raczej wpływy no-wave, kalifornijskiego synth-punka, krautrocka czy zimnej fali z Sheffield lub Manchesteru. Pyszna to w sumie muzyka, drażniąca co nieco nerwy, ale i nie pozostawiająca wątpliwości, że mamy do czynienia z pełnokrwistą sztuką, a nie kolejnym plastikowym produktem dla pryszczatych chłopców z grzywką na boczek. Sixteens fascynuje na koncertach, hipnotyzuje każdą kolejną płytą. Myślę i myślę i mało mi do głowy przychodzi nazw innych zespołów, które dociągnęły do czwartego albumu w tak wysokiej formie – zwykle zjadanie własnego ogona zaczyna się już na drugim, trzecim krążku.
maniak
www.myspace.com/16sssss

SPECIMEN
"Electric Ballroom"
Metropolis
I po co nam to było? Bo po co Jonowi Kleinowi, obecnemu liderowi Specimen, to wiem – zawsze łatwiej sprzedać zespół, używając znanej marki, niż zaczynać pod nową nazwą.
Specimen to ikona gotyku. Zespół nie dość, że oryginalny, tworzący porywającą muzykę, czerpiący w równym stopniu z tradycji glam-rocka, co z punka, to jeszcze to kapela, która zapoczątkowała cały ruch, skupiając masę świetnych – później nazwanych gotyckimi – zespołów na imprezach legendarnego klubu Batcave, którego była gospodarzem. Czyż dzisiejsze oldschoolowe gotyckie imprezy nie są spadkobiercami tradycji Batcave? A co z legendą Specimen, formacji nie do podrobienia, ale też, co znamienne, na tyle charakterystycznej i obdarzonej na tyle specyficznym brzmieniem, że mogącej z powodzeniem funkcjonować tylko w określonym czasie, ponad dwadzieścia lat temu. Płyta "Electric Ballroom" odbiera mitowi Specimen znaczenia, nawet jeśli obiektywnie patrząc jest całkiem dobra.
Wszystko zaczęło się, gdy mieszkający obecnie w Kalifornii były gitarzysta Specimen, Jon Klein, postanowił odgrzać numery kapeli i wraz z utworzoną z miejscowych muzyków formacją Azoic (tak nazywał się album Specimen), zagrał koncert wypełniony starym materiałem. Uzyskawszy dla swego projektu błogosławieństwo dwóch pozostałych byłych szefów Specimen, Olliego Wisdoma i Johnny’ego Sluta, przemianował Azoic na Specimen i w ten sposób legenda Batcave reinkarnowała się w zupełnie nowej postaci. No ale Specimen bez wokali Wisdoma i Sluta to nie mogło być to samo, i to pierwsza rzecz, która na "Electric Balroom" daje się we znaki. Druga, to kwestia brzmienia. Wiadomo, że w 2007 roku orkiestra nie może brzmieć tak, jak brzmiała w 1983, a tamten sound był nie do podrobienia. Tak więc pomimo że nowy Specimen dwoił się i troił, by zachować ducha oryginału, co słychać na płycie (zresztą kilka razy prawie mu się to udało, a najlepiej odczuć to można w utworze "Cinema of Attractions"), to jednak osiągnięty efekt mógłby być zadowalający dla grupy o nazwie Azoic, ale nie dla formacji zwącej się Specimen. Bo to nie jest to. Nie ma w tym odpowiedniej lekkości, nie ma charakterystycznego głosu, brzmienie jest za bardzo digitalne, a nie po punkowemu nonszalancko niedbałe, brak jest magii. Wzory niby z jednej strony wciąż te same – glam w całej rozciągłości: Bowie, T-Rex, Roxy Music, ale z drugiej strony brak w tym pozostałych składników koktajlu: punka, Bauhaus i Adam and the Ants, by zobrazować nazwę podstawowymi źródłami wpływów. "Electric Ballrooms", gdyby tylko nie to, że firmowana nazwą Specimen, byłaby całkiem zgrabną płytą. Ba, napisałbym nawet, że zespół niewątpliwie czerpie z dokonań Specimen. Melodie są całkiem do rzeczy, glamowo-mrocznawy klimat jest bardzo przyjemny, nie brak tej muzyce energii. Całkiem OK jak na Azoic, ale jak na Specimen to za mało. Ale jeśli kiedyś będę miał okazję pójść na koncert, to i tak pójdę.
maniak
specimenbatcave.net

STRIP MALL SEIZURES
"No English"
True Painther Sounds, LP
Kolejne kompletne szajbusy rodem z Kalifornii i, tak!, znajomi całej szalonej paczki: The Phantom Limbs, Sixteens, Weegs, Black Ice... W tym przypadku szaleństwo muzyki przewyższa jeszcze odjazd The Phantom Limbs. Powiedzmy, że Strip Mall Seizures zaczynają tam, gdzie ekipa Hopelessa kończyła. Straceńcze tempa, połamane rytmy, mnóstwo noise’u, obłąkańczy damski wokal. Przy tym jak najbardziej trzymanie się struktury piosenek. Śmiercionośny miks punka, deathrocka, nowojorskiego no wave, piosenki jarmarcznej i wodewilowej, plus wstawki o folkowym pochodzeniu – jakaś poleczka, coś tam podsłuchane u orkiestr z Bałkanów. Pełno zgrzytów i dźwiękowej rozpierduchy, szybkich klawiszowych akordów, przesterowanej gitary, rąbiącej hałaśliwie perkusji. Jestem fanem tego rodzaju wywalonych w kosmos bandów. A trzeba jeszcze zobaczyć, jak Strip Mall Seizures wypadają na scenie (koncert do odnalezienia na you tube) – wokalistka wagi ciężkiej naprawdę robi wrażenie, bo energii w niej ponad miarę.
maniak
www.myspace.com/stripmallseizures

SWANN DANGER
"Deep North"
Custody Night School (CD) / Cul de Sac (LP)
Jest jeszcze lepiej, niż spodziewałem się, że może być, znając wcześniejszą dwunastocalową epkę kapeli. Jeżeli dla wielu osób dwa ostatnie albumy Black Ice są mistrzostwem, to nowa płyta Swann Danger, kapeli niewątpliwie z Black Ice zaprzyjaźnionej i tworzącej w zdecydowanie podobnym klimacie, w niczym im nie ustępuje. Jest bardzo mrocznie, bardzo zimno, bardzo tajemniczo. Swann Danger to od niedawna trio, a żywe bębny dodały muzyce formacji nowego wymiaru. Plastyczne, przestrzenne gitary, tkające sieci dźwięków, rozwibrowany sound, echa i pogłosy, dźwiękowe nakładki, głęboki głos Cynthi Mansourian, dynamiczne bity. Przy całej oryginalności tej muzyki skojarzenia z Cocteau Twins ery "Garlands" i grobowym brzmieniem wczesnego Bauhaus nasuwają się same. A dochodzi do tego jeszcze zamiłowanie do zabawy dźwiękiem – flirt z dubem, jakby nie patrzeć skłonność jakże charakterystyczna dla poczynań Bauhausu. Ale Swann Danger to kapela nowoczesna, nie karmiąca się retro-nostalgią i pomimo że wspomniane wcześniej odnośniki pozwalają osadzić dokonania zespołu w obrębie pewnej stylistyki, to nie powinny być traktowane na zasadzie wskazywania podobieństw, a jedynie pewnej drogi, którą Swann Danger po swojemu podąża. "Deep North" stawiam obok albumu "Myopia" Black Ice i nie każcie mi wybierać, który z krążków bardziej mi odpowiada, bo mogę wskazać Swann Danger. Perła! No i polecam wersję winylową, wyglądającą dużo lepiej od skromnego, acz również niebrzydkiego wydania kompaktowego.
maniak
www.swandanger.com

TRAGIC BLACK
"The Cold Caress"
Strobelight Records
Podobno – a z tego co wiem, to nawet na pewno – Tragic Black zebrali ochrzan od Strobelight Records za swój poprzedni album, bo był za mało stylowy (czytaj: za dużo było "darkwave’u", a za mało "batcave’u"). Reprymenda zrobiła swoje i kapela z Utah śmielej podążyła w rejony deathrocka, z darkwave’ów do końca nie rezygnując, ale zostawiając je na deser. No i faktycznie zespół brzmi ciekawiej dla takiego dźwiękowego degenerata jak ja, ale tak jak niezupełnie przekonywał wcześniej, tak i teraz nie przekonuje. Tragic Black to wciąż trochę grupa bez indywidualnego wyrazu, dobrze się wpisująca w pewną stylistykę, ale nie potrafiąca niczym zachwycić. Wszystko jest poprawnie, zgodnie z konwencjami, a trochę mało w tym pasji, żaru i, po prostu, jaj. Plumka sobie ta muzyczka, nie przeszkadza, ale obojętnie jakoś przechodzi przez ucho. Gdy sobie przypomnę, że kiedyś kapelę pochwaliłem, to od razu wiem, w czym tkwi problem – gdy zespołu posłuchać w sześciu nagraniach (a tyle było na chwalonym wydawnictwie), to może oszukać, ale w większej dawce wychodzi padaka albo, mówiąc inaczej, brak silnego kręgosłupa. Może powrót do kapeli byłego frontmana All Gone Dead, Stitcha, pomoże zespołowi (to on w końcu m.in nagrywał wspomnianą epkę, no i jaki był wspaniały w All Gone Dead!).
maniak


WIEŻE FABRYK
"Koncert Aurora 2007"
CDR, wyd. własne
Jeden z tych niewielu polskich zespołów, których istnienie uzasadnia kretynom takim jak ja sens robienia koncertów, zamiast debilnych potańcówek w rytmie germańskiego disco i techno eufemistycznie nazywanymi imprezami dark-independent albo, o zgrozo, gotyckimi. Wieże od lat ściemniają i nie chcą nagrać normalnej płyty. Zamiast wyczekiwanego studyjnego albumu wypuściły więc zapis koncertu, który dały na jednym z Oldskulli i każą się cieszyć, że możemy ich w ogóle posłuchać z płyty. Podobno należy się cieszyć z małych rzeczy, bo poważnych powodów do radości można się nigdy nie doczekać, więc nie wypada nic innego, niż czuć się z tego powodu kontent. A jednak jakby fajne Wieże Fabryk nie były na żywo (a są bardzo fajne, co udowadnia chociażby entuzjastycznie reagująca publiczność), to i tak słuchanie ich w nagraniach koncertowych powoduje, że tylko człowiek bardziej się frustruje, że nie może posłuchać tych piosenek w wersjach studyjnych. Wieże, do cholery, zebrać się w końcu i nagrać, co trzeba! A tak dobrych koncertów jak ten dawać więcej! I tyle mam do powiedzenia...
maniak
www.wiezefabryk.net

ZURUCK PLACENTA
Manic Depression
Wydany dopiero teraz, zarejestrowany we wczesnych latach 90 album francuskiego zespołu, który gdyby wystartował trochę wcześniej i wówczas dokonał nagrań, niewątpliwie zaliczany byłby do klasyki tamtejszej sceny cold wave. Na gitarze w Zuruck Placenta grał muzyk innego, dużo bardziej znanego zimnofalowego zespołu, Babel 17, a funkcję wokalisty pełnił Fabrice Gilbert, dziś śpiewak cenionej kapeli Frustration. Zuruck Placenta to bardzo konkretne, agresywne, mocne gitarowe granie, to dobre melodie i zimny, mroczny klimat. Killing Joke, Bauhaus, Joy Division – inspiracje najlepsze z możliwych. Poprzeczka ustawiona bardzo wysoko, zarówno pod względem rzemiosła, dbałości o kompozycje, jak i nagromadzenie emocji. Świetnych francuskich zespołów jest cała masa, a Zuruck Placenta to niewątpliwie jeden z nich. Pierwsza liga zimnego grania, bez dwóch zdań.
maniak
http://www.myspace.com/httpwwwmyspacecomzuruckplacenta



   alternative.pop


mroki.serpent.pl